Dziś, 7 listopada Lampo, nasz ukochany, dzielny podróżnik, nieustraszony pogromca wilków, najsłodszy ze słodkich, obchodzi swoje 11-ste Przyjmodziny. Tak, takie są, u nas są. Przyjęliśmy Lampo, a raczej on zaszczycił nas swoją akceptacją podczas wizyty w schronisku przy Rybnej 11 lat temu. I tak najsłodszy i najmilejszy ze wszystkich Braci Mniejszych jest z nami na dobre i na złe. Obiecaliśmy jakiś czas temu, że będzie o tym niezwykłym naszym Przyjacielu, naszym pupilu i skąd imię jego, dlaczego Lampo to Lampo – to teraz jest właśnie ten moment.



Lampo to imię bohatera pewnej włoskiej opowieści. Błyskawica, bo tak tłumaczy się z włoskiego Lampo, jest bohaterem pewnej pięknej historii ujętej w książeczkę, która niegdyś, a może i dziś jest szkolną lekturą. Czytaliśmy ją z Tymem i płakaliśmy nad losem dzielnego, kochanego kundelka z Toskanii.
Sympatycznego, rezolutnego Lampo, tego z opowiadania Romana Pisarskiego „O psie, który jeździł koleją”, znają prawie, wszyscy, (a na pewno wszyscy weterynarze – sprawdziliśmy to! ; -). Psiak przybył nie widomo skąd nagle, koleją na pewną zagubioną w czasie i przestrzeni toskańską stacyjkę Campiglia Marittima, opodal położonego nad błękitem mórz Piombino. Jego przybycie nie wzbudziłoby większej sensacji gdyby nie to, że Lampo przyjechał sam, pociągiem, bo pociągiem, jak się wkrótce okazało, lubił podróżować i ciągle to robił. Jednocześnie, nagle, uparcie i nieprzejednanie, wybrał tę niewielką stację na swój dom, a dróżnika – zawiadowcę na swojego pana. I nawet gdy ten przeganiał Lampiego, trochę nieludzko, każdego wieczoru każąc mu biec za pociągiem do swojego w Piombino i nawet gdy Lampo jako persona non grata, został wywieziony gdzieś w głąb Sycylii, aby już nigdy nie wrócił – bo psom nie wolno mieszkać na stacji kolejowej -to uroczy kundelek dzielnie i wiernie wracał do Marittimy. Działo się tak, aż do momentu, gdy zmiękczył serca naczelników, kierowników i wszystkich ważnych osób, które na stacji wcześniej widzieć go nie chciały. Przygód łaciaty Lampo miał wiele, nie wszystkie są zabawne, wiele niebezpiecznych. Skończyły się niestety, niezwykle dramatycznie. Lampo bowiem ginie na torach kolejowych ratując – w książce życie swojej, małej ukochanej przyjaciółki – córki zawiadowcy stacji. Historia ta, najprawdziwszy wyciskacz łez, jest prawdziwa. Lampo rzeczywiście istniał i żył na włoskiej stacji Campiglia Marittima w latach 50. XX wieku, rzeczywiście uwielbiał kolejowe podróże, w które nieustająco się udawał. Rzeczywiście zginął potrącony przez pociąg… Był najczęściej fotografowanym i opisywanym psem tamtych czasów. Gdy zginął, pochowano go pod akacją, przy budynku stacyjnym, a w roku 1961 wzniesiono na tym miejscu pomnik, którego odsłonięcie stało się hucznym, radosnym wydarzeniem. Ukochanego Lampo z kamienia ściskali i całowali i dorośli i dzieci. Uroczystość relacjonowała włoska prasa i telewizja, których był ulubieńcem. Poniżej relacja z tego wydarzenia:
Lektura trzecioklasisty została z nami na długo. Wylaliśmy w czasie jej czytania wiele łez, więc wylane nie mogły zostać zmarnowane. Wiedzieliśmy już wtedy, a Tymek powiedział to głośno, że gdy będzie miał psa, to na pewno ten pies będzie miał na imię Lampo. Nie mogło być inaczej. W naszym podróżniczym, pełnym przygód świecie mógł pojawić się tylko On. Wtedy właśnie już gdzieś na firmamencie psich zdarzeń narodził się Lampo, nasz Lampo.




Campiglia Marittia istnieje naprawdę, podobnie jak nieodległe Piombino, do którego biegał Lampo, aby być blisko swojego przyjaciela dróżnika i jego rodziny każdego dnia. Gdy wysiada się z pociągu w Marittimie, pomnikowy Lampo wita przybyłych sprzed budynku dworca. Ma uniesiona łapkę w sympatycznym geście powitania. Przyjechaliśmy tu w 2006 roku z bardzo daleka, właśnie dla niego, dla tej historii, choć naszego Lampiego nie było wtedy jeszcze na świecie. następnie śladem włoskiego Lampo ruszyliśmy do Piombino. Nadmorskie, urocze portowe miasteczko, jest jednym z najstarszych toskańskich miast. Można stąd popłynąć na przykład na napoleońską Elbę. Położone na cyplu, oblewane jest z trzech stron dwoma stykającymi się tu ze sobą morzami – Tyrreński i Liguryjskim. Urocza starówka i widoki hen aż po Korsykę, są wystarczającym powodem, żeby wpaść tu na popołudniowe espresso i spojrzeć w morską dal z położonego na skalistym cyplu serca Starego Miasta – Piazza Bovio.



Czy przyjedziemy tu kiedyś z naszym słodkim Lampo? Nie wiem. Dziś kończy 11 i troszkę lat, a podróż do Włoch jest długa i męcząca. A nasz Lampo zresztą, kocha głównie górskie, niekończące się wycieczki, na które ciągle ma niespożyte siły i niespożyty apetyt. Jest najdzielniejszym czworonożnym piechurem jakiego znamy. Preferuje zimę i ekstremalne górskie wycieczki o tej właśnie trudnej porze roku. Wygląda wtedy czarująco, ze swoim czarnym nosem unurzanym w białym puchu. Ale wycieczki są dobre też w każdej innej porze roku, byle nie nocą i nie po mokrym, mokrego Lampo nie lubi.







Ma swoje zasady. Chodzi spać o 22.00, nie przepada z hałasem i wspomnianą wodą, nie pogardzi drzemką na poduszce haftowanej we wzory z Dalekiego Wschodu, zawsze skusi się na naleśniki ze szpinakiem. Nie znosi konkurencji, miał w życiu jedną największa, najukochańsza kumpelkę Indię, od której wiele się nauczył i za którą ciągle tęskni.

Nie możemy do dziś pojąć, jak choć przez chwilę mógł być przez kogoś niechciany, oddany do schroniska, skazany na brak tego wszystkiego, co tak bardzo kocha i co może dać swojemu człowiekowi. Może to dobrze, bo dzięki temu 7 listopada 2009 roku, na zawsze skrzyżowały się nasze życiowe szlaki. Czy pisałam, że kocha jazdę samochodem i tramwajem? A, że jak najprawdziwszy Lampo ubóstwia podróże koleją też? No, to,… ubóstwia… ;-)))))


fot. Paweł Kubisztal, 20200
