Zanim Działyńscy wrócą ze spaceru – Zamek w Kórniku

Władysław Zamojski nie miał w swoim pokoju łóżka. Nie miał, bo nie chciał mieć. Spał przy biurku, z głową  na solidnej grubości słowniku polsko-angielskim. Tak umartwiał ciało i duszę. Jak sam mawiał, chciał w ten sposób odkupić winy tych, którzy szkodzą ojczyźnie… Odchodząc z tego świata w 1924 roku nie zabierał niczego. Zapisem testamentowym cały swój majątek i wszelkie dobra, także te w Zakopanem (Morskie Oko i Kuźnice) zapisał narodowi polskiemu.

Zdumienie jakie odmalowuje się na twarzach zwiedzających kórnicki zamek, a zwłaszcza ten pokój bez łóżka, jest niezmiennie od lat tak samo potężne. Trudno jednak myśleć o Władysławie Zamojskim, ostatnim właścicielu zamku w Kórniku w kategoriach „szalony”, bo jego życiorys to piękna opowieść z wieloma morałami. Podobnie jak twórcy tego miejsca – Tytusa Działyńskiego i jego dzieci. To żywoty ludzi świadomych, wielkich duchem, autorytetów, ludzi spełnionych, głębokich, oddanych innym i ojczyźnie patriotów.

Jezioro Kórnickie, fot. NoszkaPon, październik 2021

Nie mniejszym zdumieniem napawa widok kórnickiego pałacu. Na myśl przychodzi i sewillański Alcazar i Alhambra z hiszpańskiej Granady i indyjski Taj Mahal i Pałac Pena z portugalskiej Sintry. Gorąca smuga wiatrów z południa, w zimny, rześki październikowy kórnicki poranek. Orient w Wielkopolsce. Jakieś 20 kilometrów od Poznania jakiś 30 minut drogi podmiejskim autobusem. To tam ten nasz autobus jak wehikuł czasu wpadł w objęcia mgły i przeniósł nas ponad wiek wstecz, oddając pola wszelkim skojarzeniom i porywom wyobraźni. Czy Kórnik zawsze tak wita o poranku przybyszów, czy tylko jesienią i czy tylko nas? Mleczna zaćma. Niebo nie ma końca, jezioro nie ma brzegu, nie ma widnokręgów. Kładka na jeziorze wiedzie do niepokojącego nikąd. Na obraz jesiennego kórnickiego arboretum składają się uwodzące majaczenia, muśnięcia zgaszonych mgłą barwnych plam. Żółcienie, zgaszone zielenie, burgundy klonów japońskich malują przestrzeń 50 hekatrów w jeden impresjonistyczny pejzaż. Jak złożyć te kórnickie puzzle w całość do opowiedzenia? Kto stworzył to miejsce i dlaczego tak je zobaczył? Czy potem pozostaje już tylko spać na słowniku?

Zamek w Kórniku, fot. Paweł Kubisztal, październik 2021
Fot. Paweł Kubisztal, październik 2021

Zamek w Kórniku – ta niezwykła budowla w stylu neogotyku angielskiego, modnego w XIX wieku jest dziełem Tytusa Działyńskiego, jego syna, a następnie Władysława Zamojskiego, jego wnuka. Rodowód budowli jest wprawdzie XV-wieczny, a z historią tego miejsca wiąże się możny i wpływowy ród Górków. Jednak to XIX-wieczne losy i budowli i działalność ówczesnych właścicieli rozsławiła to miejsce. Tytus Działyński – architekt nie tylko przebudował kórnicki zamek. Ten zapalony bibliofil, który, jak chce legenda wyczuwał nosem wiek rękopisu, zgromadził w kórnickich dobrach jeden z największych, najstarszych i najcenniejszych w Polsce księgozbiór zawierający dziś około 400 tysięcy pozycji z czego 30 tysięcy bezcennych rękopisów Słowackiego, Mikiewicza, Napolena Bonapartego. Jako zapalony botanik założył na miejscu ogrodu francuskiego otaczającego zamek – arboretum, pierwsze w Polsce, a więc najstarsze i czwarte pod względem wielkości w Europie, szczycące się posiadaniem ponad 500 gatunków drzew i krzewów, w tym najstarszego i największego w Polsce cypryśnika błotnego z tajemniczymi oddychającymi na powierzchni ziemi korzeniami – pneumatoforami, 150-letnich magnolii japońskich, jodeł greckich…

Cypryśnik błotny , oddychający pneumatoforami – korzeniami wypuszczonymi ponad powierzchnię podmokłego terenu – oddycha korzeniami – jakie to symboliczne… fot. Paweł Kubisztal, październik 2021, Arboretum Kórnickie

Zamek kórnicki wygląda jak pałac z „Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Romantyczny, odrealniony, bajkowy, stoi na wyspie. Nazwy jak zaklęcia, obrazy jak metafory, krajobrazy kołysze senna biel…

Uwodzi nas Jezioro Kórnickie. Uwodzi nas kórnicka mgła i ciągnie w zimne wody jeziora, mami nas, że jeziora nie ma i zamyka nas w bezczasie i w bezruchu. Za nami jest zamek przed nami jest otchłań, stanęliśmy na rozdrożu wieków i czasu i wraz z rybakiem w chybotliwej łódce czekaliśmy na ponowne uruchomienie biegu zdarzeń. Wabiła nas ta łódź z tym pochylonym Charonem. Dopiero zimno przenikliwe, strzepnęło z nas hipnotyczny urok mglistej otchłani. Zostawiliśmy przewoźnika w jego łódce-pułapce i wstrzymywani raz po raz zawieszonymi tu i ówdzie strofami Szymborskiej – kórniczanki z urodzenia, wpadliśmy z wizytą do Działyńskich.

Kórnicki charon, fot. Paweł Kubisztal, październik 2021

Gości witają przyjaźnie nastawione psy. Tego z lewej znamy – to słynny „Pies Jenningsa”, czyli starożytna rzeźba psa rasy Molos z watykańskich muzeów czy z londyńskiego British Museum. Wnętrza kórnickiego zamku-muzeum wyglądają tak jakby Działyńscy, lub Zamojscy właśnie przed chwilą wyszli na poranna przechadzkę w tej mgle. Dlatego się minęliśmy niezauważeni. We wnętrzach niemal unoszą się zapachy „perfumy”, po kątach niemal słychać szepty służby, zza ściany niemal dochodzi dźwięk fortepianu poruszany smukłymi placami goszczącego w zamku Szopena. Niemal pachnie świeżo parzona kawa, która czeka na Państwa, właśnie mających wrócić ze spaceru.  Zastanawiamy się jak tę naszą niezapowiedzianą wizytę przyjmą gospodarze. Zostaliśmy zaproszeni na pokoje. Przemierzamy arcydzieła sztuki podłogowej. Drewniane, misternie wykonane dywany częściowo przykrywają chodniki – tylko po to, abyśmy nie musieli nosić filcowych kapci 😉 W oczekiwaniu na gospodarzy, zaproszeni zostaliśmy szerokim gestem obsługi do poznawania gustów i zamożności mieszkańców. Zatem zaglądamy do umeblowanego salonu, bawialni, sypialni, jadalni, kaplicy…  Odrzwia mijanych pokoi zdobią dzieła snycerki – nie pamiętam czy gdzieś widziałam okazalsze. Nasi gospodarze myślą lokalnie –  jak szafy to gdańskie, jak stolik to z drewna z tutejszego arboretum jak obicia mebli, to tkaninami wyrabianymi w okolicy. 

„Pies Jenningsa przed kórnickim zamkiem, fot. Paweł Kubisztal, październik 2021

Snycerskie cuda framugowe, fot. NoszkaPon październik 2021
Jadalnia z Białą Damą w tle, fot. NoszkaPon, październik 2021

Przed nami serce domu, Sala Mautretańska. Już wiemy z czym koresponduje fasada zamku. Oto na pierwszym piętrze mamy kawałek Granady pod Poznaniem. Kto był w Alhambrze będzie wiedział od razu, kto nie, w zachwycie, zaraz wyruszy do słonecznej Andaluzji, by porównać salę Kórnickiej Biblioteki do alhambryjskiego Dziedzińca Lwów. W tym miejscu z największą przyjemnością oczekiwać będziemy na gospodarzy. To skarbiec – Biblioteka Kórnicka – ponad naszymi głowami, na niekończących się regałach, znajduje się dzieło życia pana domu – Tytusa Działyńskiego. Biblioteka należy do Polskiej Akademii Nauk. Na dole – cały pokój wypełniają niezmiernie frapujące zbiory sztuki- gromadzone przez Tytusa, potem jego syna Jana, któremu Sala zawdzięcza obecny wystrój. To kolekcja militariów związanych z husarią, porcelana, sztuka orientu, pamiątki po bohaterach narodowych. Jest w tych przedmiotach ukryta energia i nie tłumi jej szyba muzealnej gabloty, nie tępi ząb czasu. Każdy z członków rodziny pozostawił tu po sobie ślad. Zbiory są zwierciadłem upodobań, warstwami odkładają historię rodu, zamku i koleje życia rodziny.

Sala Mauretańska, fot. Paweł Kubisztal, październik 2021

Władysław Zamojski oddany społecznik, współzałożyciel wielu fundacji dobroczynnych, a przede wszystkim fundator Zakładów Kórnickich, którym zapisał cały majątek jaki posiadał, by służył dobru ojczyzny, nie jadł mięsa, spał przy biurku, jeździł koleją  w wagonie trzeciej, najniższej klasy, żył niebywale skromnie. Polska zawdzięcza mu posiadanie tatrzańskich Kuźnic i Morskiego Oka. Wiele podróżował. Dwa lata spędził w Australii i Oceanii, jako członek francuskiej wyprawy rządowej. Z tego czasu pochodzi bardzo ciekawa kolekcja etnograficzna w baszcie myśliwskiej oraz kolekcja minerałów. Bumerangi, maski, egzotyczna biżuteria, przedmioty związane z kultem musiały stanowić w czasach Zamoyskiego ogromna atrakcję, sokor i dziś robia ogromne wrażenie.

Dziadek Władysława – Tytus Działyński – jako jeden z pierwszych Wielkopolan zgłosił się do Powstania Listopadowego, za co ukarany został konfiskatą majątku, odzyskanego później w długiej batalii sądowej. Kórnik zawdzięcza mu oryginalny, bardzo polski zapis nazwy, przez „ó”. Broniąc majątek przed zniemczeniem nawet w nazwie zdecydował o polskich charakterze miejscowości, stosując nowy zapis Kórnika w miejsce dawnego Kurnika, jak wiemy bibliofil, założyciel kórnickiego arboretum. Syn Tytusa, Jan, społecznik jak ojciec i jak ojciec powstaniec tyle, że styczniowy. Córka Tytusa – Jadwiga służebnica boża niestrudzona społeczniczka, założycielka szkół dla kobiet. W 2012 roku rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny. Wreszcie Teofila – matka Tytusa, babka Jana, prababka Władysława to słynna „Biała Dama” legendarna strasząca o północy zjawa zamkowa o najdłuższym w Polsce legendowym stażu. Jej portret w białej sukni zdobi jadalnię. Mieszkały tu osobowości, charaktery, upodobania, poglądy, pracowitość, oddanie i miłość. Nie możemy się doczekać spotkania.

Zamek w Kórniku, „sala turecka”, fot. NoszkaPon, październik 2021

I oto są, od samego początku naszej wizyty. Patrzą na nas z portretów, fotografii, osobistych pamiątek, mówią do nas z listów. Z fragmentów  ślubnych koronek – próbek sukni ślubnej i spisu wyprawy, poznajemy radość z planowanego szczegółowo wesela, z pośmiertnych odlewów dziecięcych nóżek, rączek, twarzy, fotografii dzieci, poznajmy smutek, ból i tragedię po stracie najbliższych. Z obciętych pukli włosów odczytujemy przywiązanie do tradycji, pamiątki i symbolu. Wkraczamy w dorosłość i emocje, gdy czytamy miłosne, listowne wyznania, poznajemy troskę ojca i wartości w jakich wychowywali swoje dzieci, czytając rady o ożenku z prawdziwej miłości i służbie majątkiem dla dobra ogółu. Jesteśmy w ich życiu na tę chwilę tej niezwykłej wizyty.

Próbki koronek do sukni ślubnej, fot. NoszkaPon, październik 2021
Maski pośmiertne Marii Zamoyskiej i Witolda Zamoyjskiego, fot. NoszkaPon, październik 2021

Gdy opuszczamy zamek arboretum mieni się wszystkimi możliwymi odcieniami słonecznej jesieni. Mgła rozpierzchła się, zostawiając na niebie chmurkę jak kropkę nad opowieścią o losach kórnickiego zamku. Była tu, czy tylko ją sobie wymarzyliśmy? Idziemy szukać gruszek na wierzbie. Obiecała nam je Pani Kinga z PAN-U, która jak nikt inny opowiada drzewa gościom Działyńskich. Słońce pieści każdy żółty listek, spadają nam na głowę kocie uszy tulipanowców, wchodzimy do cisowej puszczy, gdzie czerwone, drobne owoce zdają się być wilgotne jakby od niedawnej mgły…

Widok z zamkowej fosy na kolory arboretum, fot. NoszkaPon, październik 2021
Fot. Paweł Kubisztal, Arboretum Kórnickie, październik 2021

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.