To najdłużej powstająca historia w dziejach bloga. Każde niedbałe przygotowanie do jej powstania przerywane było telefonem, spotkaniem, dzwonkiem do drzwi. Pisanie szło opornie, długo, z niezliczoną ilością porzuceń i równie dużą ilością powrotów. Może dlatego, że jest o ikonie – wizerunku, który też się pisze. W skupieniu, długo, precyzyjnie, z rozwagą. Może dlatego, że potrzebowała ta opowieść specjalnego czasu, skupienia, może deszczu w miejscu beztroski wiosennego słońca, może mroku, podobnego cerkiewnym wnętrzom, a może zapachu kadzidła? Niech zabrzmi nuta cerkiewnego śpiewu… Napisana opowieść niech niesie z sobą przyjemność czytania.

Poczajowska ikona jest niewielkich rozmiarów – 24×22 cm. Eleusa – przytula zbawcę świata. Ileż w tych centymetrach mieści się historii, cudów, oczekiwań. Ileż rozmodlonych szeptów ją wypełnia. Ileż pocałunków złożonych zostało na tym małym prostokącie, na obliczu tej młodej kobiety w srebrnej sukience.
Tak naprawdę szata , którą nosi Matka Boska Poczajowska jest koloru czerwonego. W srebro ubrano ten niewielki wizerunek w XVIII wieku, wtedy też nałożono na głowę Maryi papieskie korony. Jej młodą, uroczą twarz poczernił czas i światło świec. Każdego dnia o poranku zsuwa się bezszelestnie z cerkiewnych niebios, na ozdobnych wstążkach przy wtórze rozmodlonej pieśni cerkiewnych męskich głosów ku rozmodlonemu tłumowi wiernych. Całowana, dotykana, uwielbiana. Wybudowano jej wielką drogocenna szkatułkę, a właściwie kompleks szkatułek – Poczajowską Ławrę, najważniejsze po kijowskiej Ławrze Peczerskiej miejsce prawosławnego życia monastycznego Ukrainy, a na pewno najważniejsze na Wołyniu.
Poczajów. Niewielka wołyńska wioska położona między Brodami, a Krzemieńcem. W swej niewielkości jest wielka duchem, bo jest ukraińską Częstochową. Jednym z dwóch ukraińskich miejsc mających prawo nosić miano ławry. Tutejsza, to Ławra Zaśnięcia Matki Bożej w Poczajowie.

Nie wiem, kto z nas wpadł na pomysł pojechania właśnie tam. Jak ominąć takie miejsce? A jednocześnie jak można trafić tam tak późno, dopiero przy trzeciej ukraińskiej wyprawie? Jechaliśmy do Poczajowa długo, okrężną drogą, bo nie wiedzieliśmy o jego istnieniu. Na pierwszy trop – nieświadomie, trafiliśmy w Odessie rok wcześniej. Wówczas w jednej z cerkwi naszą uwagę przykuł niewielki obrazek – reprodukcja ikony w typie Matka Boża Eleusa – archetyp matki, opiekunki, piastunki. Młoda matka trzyma w ramionach wpatrzone w nią Boże Dziecię. Przed nimi widać kamień, na którym odciśnięta jest stopa Maryi. Urzekła nas uroda tej ikony. Oczarowało spojrzenie młodej, pięknej kobiety, pełne łagodności i jednocześnie siły. Chyba nawet nie było na obrazku podpisu, nazwy wizerunku – w sumie po co? Tu, na Ukrainie, tę twarz zna niemal każdy.

Minął rok i w kolejnej wyprawie na Wschód znalazło się miejsce dla słynnego sanktuarium. Skoro to ukraińska Częstochowa, to musi być ciekawie, wiadomo, że jedziemy. Sanktuaria noszą w sobie energię skupienia i ludzkiej modlitwy. Troski powierzanej siłom mocniejszym od ziemskich mocy człowieka. Tu, dodajemy walor egzotyki Wschodu, piękno architektury, urok religijnego obrzędu i harmonię, którą niesie cerkiewny śpiew. Bo w cerkwi tylko się śpiewa, mowa bowiem nie uniesie, nie opisze boskości i tajemnicy Stwórcy. Te można jedynie wyśpiewać. Nastrój miejsca udziela się nam już w marszrutce. Kobiety po wjeździe do wioski okrywają głowy chustami , a gdy na horyzoncie ukażą się cebulaste kopuły cerkwi w pojeździe rozlegają się szepty i z namszczeniem czynione znaki krzyża. Tłumek wysypuje się na podjazd przed alejką prowadzącą na święte wzgórze. Cebule kompleksu odbijają gasnące słońce. Płomienie złota wypalają źrenice. Na wejście na świątynne wzgórze musimy poczekać. Panujące na terenie sanktuarium rygorystyczne zasady ubioru i zachowania wymagają od nas przygotowań.

Miejsce było święte nieomal od zawsze. Pustelnicy pojawili się wzgórzu jeszcze w XIII wieku, a więc na długo przed 1559 rokiem, w którym Anna Hojska z Poczajowa otrzymała z rąk bizantyjskiego duchownego (późniejszego patriarchy Konstatynopola), uchodzącego przez ziemię Rzeczpospolitej przed karą za domniemane szpiegostwo na rzecz Turcji, słynącą świętością bułgarską lub macedońską ikonę. Podarowana ikona już w domu szlachcianki Anny miała emanować światłem i uzdrowić członka rodziny. Zatem szlachcianka podarowała ikonę wspólnocie mnichów i ufundowała dla niej pierwszy tutejszy klasztor. Niewielki święty wizerunek jest od tamtej pory nieustannie własnością tutejszych i z małą przerwą od XVI wieku przebywa klasztorze. Bo Poczajów stracił swą Panią z oczu za sprawą walczącego z prawosławiem kalwina Andrzeja Firleja, kasztelana ełskiego, spadkobiercy Anny Hojskiej. Ten najpierw obrabował klasztor, a potem wywiózł ikonę do Kozienic, skąd powróciła w 1643 roku, dzięki działaniom przełożonego poczajowskiego monastyru, ihumena Hioba w 1643 r. Ów Hiob jest dziś ukraińskim świętym, a jego relikwie spoczywają w podziemiach kompleksu i są darzone szczególnie gorliwym kultem. To dzięki niemu i Matce Boskiej oblegany w XVII wieku przez Turków klasztor miał w cudowny sposób ocaleć.

Codziennie o świcie, zanim Matka Boska zjeżdża na szarfach z cerkiewnych sklepień. Tłum wiernych cierpliwie czeka w długiej kolejce do krypty, na spotkanie ze szczątkami Hioba, spoczywającego w podziemiach, w trumnie ze szklany wiekiem. Nieznany nam zwyczaj całowania trumny w miejscu ust, rąk świętego, nakładanie przez batiuszkę „czapki” świętego na głowę pielgrzyma wywołało w nas lekki popłoch, ale obyło się bez skandalu obyczajowego i wojny religijnej, gdy nie całowaliśmy. Ksiądz, za co jesteśmy wdzięczni, zrozumiał zaciekawienie przybyszów z innej kultury i zadowolił się okazanym szacunkiem. Nie zrezygnował jednak z nieprzepartej ochoty i słusznej w swoim przekonaniu czynności rytualnej, obdarowania nas zaszczytem założenia słynnej czapki, którą z godnością przyjęliśmy, mając z tyłu głowy świadomość krążącej i chichoczącej hordy pewnego niepewnego wirusa. Dla przybyłych ten moment wizyty w krypcie Hioba jest najważniejszym punktem dnia, spotkaniem ze świętym, spełnieniem pielgrzymiego pragnienia. W związku z powyższym, mimo palącej ciekawości i chęci obserwowania rytuałów, szanując wierzenia i świętości, wycofaliśmy się z krypty, prawie niezauważeni, oczywiście twarzą do sarkofagu, raz po raz potykając się jednak o własne nogi. Krótko mówiąc zwialiśmy na górę. A na górze trafiliśmy akurat na moment zjazdu ikony, podawanej cisnącemu się tłumowi do ucałowania. Udało się spojrzeć postaci w twarz bez składania pocałunku. I po przyjrzeniu się z bliska wizerunkowi, olśniło nas. Bowiem w spojrzeniu oczu z niewielkiego prostokątnego obrazka rozpoznaliśmy tę sama łagodną , piękną twarz z niewielkiej reprodukcji kupionej przed rokiem w Odessie. A więc to wtedy spotkaliśmy ikonę po raz pierwszy, i to tam los zaplanował i zapowiedział nam tę kolejną wyprawę, a potem gładko nas tu przyprowadził, po drodze zakładając czapkę dla pokory. Dość zręcznie udało nam się ominąć rytuał wspólnego picia wody ze świętego źródełka wspólnym, cerkiewnym kubeczkiem, podawanym kolejno wiernym przez mnichów. A święta woda wypływa ze źródełka, ze skały. Według opowieści tej właśnie skały dotknęła stopa Maryi. Same święte źródełka nie są niczym złym, jednak patrząc na kubeczek, z którego przed nami wypiły święta wodę setki pielgrzymów wyhamowała w nas ostatecznie chęć udziału w rytuałach, a urosło wyobrażenie o zarazach, które gęsto siały trupem nie tylko średniowieczną i nie tylko Europę.

Poczajowskie sanktuarium to potężny kompleks. W jego centrum są dwie świątynie. Znajduje się tu także Dom Pielgrzyma ze znakomitą stołówką z przepysznym, wegetariańskim jedzeniem, przygotowywanym przez mnichów. Ważnym miejscem jest studnia ze świętą wodą. Pierwsza, ze świątyń, najważniejsza, w której znajduje się cudowna ikona, to sobór Zaśnięcia Matki Bożej, wybudowany w XIX w. w stylu późnego baroku. Do dziś uważany jest za największe osiągnięcie architektoniczne wzniesione w tym stylu na terenie Wołynia. W czasach, gdy monastyr był w zarządzie zakonu bazylianów, stał się centrum religijnego życia unitów. To własnie bazylianie jako pierwsi zaczęli poczajowskie sanktuarium nazywać Ławrą. Za ich czasów powstała również druga świątynia – sobór Trójcy Świętej – do dziś najważniejszy zabytek wczesnego rosyjskiego modernizmu. To w niej odbywają się regularnie obrzędy związane z egzorcyzmami. Bazylianie mieli tu też drukarnię. Największą uroczystością w historii sanktuarium była koronacja obrazu koronami papieskimi w 1775 roku. Była to jednocześnie największa uroczystość religijna na terenie ówczesnej Rzeczpospolitej. Spowodowała rozpzrestrzenienie kultu poczajowskiej ikony na teren całego kraju, także wśród katolików obrządku łacińskiego. Ławra powróciła w prawosławne, rosyjskie, ręce po powstaniu listopadowym. Wygnanie zakonników z Poczajowa, było karą za udzielone powstaniu poparcie. Na początku XX wieku sanktuarium stało się ośrodkiem nacjonalistycznej propagandy rosyjskiej.

Mieszkamy w wiosce. Nasza gospodyni, jest przeuroczą, uśmiechniętą kobietą, bogobojną, rozmodloną, z otwartym, dobrym sercem. Gości nas tak, jak tylko na Wschodzie przyjmuje się gości – wszelkimi dobrami natury i wspaniałą herbata z ziół zerwanych świeżo z łąki obok. Tutejsi ludzie żyją prosto, w harmonii z przyrodą, jako część tutejszego ekosystemu, a nie jako jego władcy. Łagodność i obfitość otaczającego krajobrazu, odwdzięcza się wytchnieniem, inspiruje pielgrzymów, a miejscowych cieszy, karmi i daje głęboką wiedzę o życiu.
W Poczajowie odwiedza się jeszcze jedno niezwykłe miejsce. To skit św. Ducha, filia Ławry. Oddalona od sanktuarium o kilka kilometrów, zaś o lata świetlne od pośpiechu i pułapek cywilizacji. Miejsce zanurzone w modlitwie, skupieniu, podziwie dla Stwórcy i pomocy dla chorych psychicznie. Mnisi zamieszkiwali teren dzisiejszego skitu już w XII wieku, a więc jeszcze zanim powstał pierwszy klasztor w Poczajowie. Pierwszą drewnianą cerkiew, w XX wieku zastąpiła murowana z pięcioma złotymi kopułami. Do skitu prowadzi droga otoczona polami, najlepiej przebyć ja pieszo. Spotykać można wówczas po drodze rozmodlonych pielgrzymów, podziwiać niezliczone ilości bocianów i sylwetkę sanktuarium, która towarzyszy wędrowcom. Skit przeżył wiele. Także radzieckie próby desakralizacji miejsca, kiedy pod koniec lat 50. XX wieku cerkiew św. Ducha zamieniono na magazyny, dolną cerkiew św. Serafina na prosektorium, a mieszkania mnichów na szpital psychiatryczny. Obiekt zwrócono klasztorowi w 1989 rok. Szpital pozostał.

Na terenie skitu obowiązują jeszcze ściślejsze nakazy względem ubioru niż w Ławrze. Jeszcze przed bramą kobiety muszą nałożyć długie spódnice, którymi zapełnione są wiklinowe kosze przed wejściem. Zakryta musi być też głowa, natomiast mężczyzn obowiązują długie spodnie, niezależnie od panującej na zewnątrz temperatury. Jest tu cicho, spokojnie, nieśpiesznie. Podobnie jak w sanktuarium i tu jest znakomicie zaopatrzony sklepik cerkiewny. Stąd zatem przyjechały do Krakowa zapasy miodu z poczajowskiej pasieki, Michał Archanioł o surowym, mistycznym spojrzeniu, smak najlepszego tofu pod słońcem i może jakaś opieka przed złym…w końcu jakoś musi działać ta Hiobowa „czapka”…?

