Anchois chwyta księżyc – włoskie, boskie Cinque Terre

We włoskim, liguryjskim  Riomaggiore w niewielkiej galerii, jakieś 100 metrów od morza, kupiłam pewną pocztówkę z plakatem… Była na nim rybka , księżyc i morze…

Manarola, fot. Paweł Kubisztal

 Oto Pięć Ziem, lub po tolkienowsku Pięcioziem.

Cukierkowe, kolorowe pudełka wieńczące bielejące urwiska nad błękitem fal. A nad nimi kolejny błękit – niebo. Mikrocywilizacje, połączone siecią ścieżek trekkingowych, a od XIX w. żyłą linii kolejowej. I szosą. Ale gdzieś hen wysoko, dlatego nie widać jej z miasteczek, a koleją na dole. Dzisiejsze miasteczka, to dawniejsze osady, najpierw rolników i hodowców, a potem rybaków, wyrosłe na urwiskach, między urwiskami, wysoko. Tak, wysoko, aby z okien można było dostrzec zmierzające na horyzoncie złowrogie jednomasztowe sylwetki statków saraceńskich piratów. Tak więc miasteczek jest pięć. Noszą wdzięczne, bardzo włoskie imiona, słodkie jak nazwy wyrafinowanych smaków włoskich gelato – Monteroso, Vernazza, Corniglia, Manarola, Riomaggiore. Słoneczne, romantyczne, melodyjne, smaczne!.

Część z nich założyli w XI w. Rzymianie, choć akurat Riomaggiore uciekający przed Rzymianami, Grecy. To starożytni rozpoczęli uprawianie w tych arcytrudnych warunkach winorośli. Miasteczka są jednak na wskroś przesiąknięte urodą i wdziękiem Italii, bo od kilkuset lat mieli na nie oko genueńczycy. Są barwne jak pływające w tutejszych zatokach rybki. Do końca XIX-wieku bardzo trudno było się do Cinque Terre dostać. Słońce spokojnie muskało tutejsze winnice i pozwalało powoli dojrzewać winogronom. Nie wiem jak hodowano tu zwierzęta, na tych niedostępnych wzgórzach, jak starożytni nawadniali tutejsze winnice, jak tętniło życie w tych osadach- miasteczkach- ze schodami zamiast ulic.. Do przyjezdnych tutejsze kolorowe domki mrugają zielenią charakterystycznych łamanych okienic. Pięć maleńkich, uroczych miasteczek na liguryjskim wybrzeżu między Pizą a Genuą, słynne Cinque Terre… Najpiękniejsze, najdroższe, niegdyś, najtrudniej dostępne, pewnie jedno z najtrudniejszych do mieszkania.

Manarola, Fot. Paweł Kubisztal
Nostalgiczne to morze październikowe, fot. Paweł Kubisztal
Riomaggiore, fot. Paweł Kubisztal
Dniem i nocą Riomaggiore jest piękne!, fot. Paweł Kubisztal

XIX-wieczna decyzja o wybudowaniu linii kolejowej i wybudowaniu drogi sprowadziły do Cinque Terre turystów, którzy nie opuścili tego miejsca do dziś. Osady rybackie zamieniły się w miasteczka, choć łódki nadal są jedną ze składowych tutejszego krajobrazu, po sezonie zaparkowane przed drzwiami domów, tak jak u nas parkuje się samochody.

Przed zadeptaniem, zapływaniem, ostatecznym najechaniem przez turystów, CT chroni od strony lądu i wody Park Narodowy Cinque Terre, stąd tylko w niektórych z nich są niewielkie mariny, oddzielone od części mieszkalnej, stąd szosy są oddalone od miasta, a w miasteczkach niemal nie ma ruchu kołowego. Niewielkie zatoczki służą rybakom i kąpiącym się, a do domów położonych na wielopoziomowych urwiskach prowadzą niekończące się schody, schodki, czasem takie wąskie, że ledwie można się na nich zmieścić. Poza nimi jedna, dwie ulice, uliczki, zaczynające się skałą i kończące się wodą.  Na wodzie nie ma plam oleju czy benzyny, nie ma śmieci. Raz po raz spokój niewielkich portów zakłócają statki wycieczkowe, którymi do miasteczek przypływają turyści  z zacumowanych hen w Genui olbrzymich wielopiętrowych wycieczkowców, które na wody Cinque Terre nie mają wstępu. Stateczki te i wspomniana kolej sprawiają, że to urocze wybrzeże jest pękate od turystów. Niektórzy z nich wpadają tu na chwilę, „zaliczając” Pięcioziem, niektórzy woniej chłoną urodę tych miejsc, udając się z miasteczka do miasteczka ścieżkami trekkingowymi, bogato oplatającymi wybrzeże i okoliczne wzgórza, łącząc sanktuaria, twierdze. Złotym popołudniem w  Manaroli i Riomaggiore ludzie jak kraby wylegują się w słońcu, oblepiają skały i głazy, z których można bezpiecznie dać nurka w błękitne odmęty. O zachodzie słońca wszyscy, niemal w milczeniu, często z kieliszkiem wina w dłoni, żegnają chowające się w morzu słońce. Przeczytacie, że wszystkie Pięć można w jeden dzień, no można ale najlepiej się nie śpieszyć. Bo inaczej wyglądają na początku dnia inaczej wieczorem i najlepiej zobaczyć obie te odsłony, w przeciwnym razie umknie nam anchois, które chce chwycić księżyc.

Schody w górę albo schody w dół, Manarola, fot. Paweł Kubisztal, październik 2023

A przecież CT to nie tylko skały i urocze kolorowe domki. To ponad 1000 lat ciągłości osadniczej na tym przepięknym wybrzeżu i tak samo długa tradycja uprawy winorośli. To chroniony prawem obszar Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. To XIV- wieczne świątynie, to rybacki trud i kunszt oraz upór winiarzy, którzy są dumni ze słynnego białego wina Sciacchetra. To spektakularna  chroniona przyroda,  krystaliczna woda, To zmaganie się z morzem i pytanie o to co dalej… co zrobić z taką ilością ludzi, którzy chcą to miejsce odwiedzić, chcąc nie chcąc pozostawiając po sobie ślad. Przybywają więc turyści niczym dawni Saraceni morzem, choć dziś w nieco innym celu, bo przywożą pieniądze, ale jednocześnie grabią to miejsce z tutejszości, bo miejsce chce się podobać jeszcze bardziej. Czy zatem grozi mu wypełnianie zmarszczek botoksem luksusowej nowoczesności.? Zgubi autentyczność? Sko mer cja li zu je się? Czy da się tego uniknąć? Skoro tak trudno tu mieszkać, a żyć z turysty można dostatnio? A turysta chce jeść najpyszniejszą na świecie foccaccię z pesto Genovese, pić, aperol spritz i tutejsze wino,  pływać, tańczyć, spacerować, dostać się tu i nie spocić się, nie pobrudzić, łatwo wnieść olbrzymią walizkę na kółkach, kupować śliczne pamiątki i mieć widok na morze z każdego okna, tarasu, balkonu?

Tutejsi szukają balansu, chronią tutejszość. Dbają o dawny szczegół, a szczegół zachwyca – stare schłostane wiatrem drewniane drzwi, którym z wdziękiem brakuje jakiejś klepki, na których wisi zużyta główka kołatki z lwem, pamiętającym może nawet najazdy Saracenów? Zużytego nie wyrzuca się, umiejętnie (to włoskie DNA) wkomponowuje w krajobraz, bo nosi w sobie opowieść, bo buduje atmosferę, bo działa na wyobraźnię, uszlachetnia. Świadków historii wystawia się tu na widok publiczny, otacza troską, pielęgnuje się kontekst. Dlatego foccaccia tak pełna oliwy smakuje tu wyjątkowo, mocniej pachną rododendrony, wytarty błękit przypomina burzliwe dzieje zatoki, a lekko zardzewiałe główki pukadełek snują opowieść o tysiącu dłoniach, które otwierały tutejsze gościnne drzwi, także te, bez tej jednej klepki. A to łódeczka namalowana na zapomnianym piwnicznym okienku, a to dawna prasa oliwna, której niw wyrzuca się na złom, ale się należne miejsce świadka tutejszej historii. I UNESCO też chroni, stara się być gwarantem dziedzictwa. Wszystko to – tutejsi mają nadzieję – wabi, zaciekawia i jednocześnie uczy tej tutejszości. Czy uczy? Skoro raz po raz spotykamy tabliczki z prośbą wrzucanie śmieci  i niedopałków do kosza, a nie do doniczek? Widok na morze z każdego tarasu to magnes. Jak zrobić by był uszanowany i ten co chce patrzeć i ten, który zapewnia patrzenie? Limitować odwiedziny? Był taki pomysł…

Dbałość o małe, śliczne, fot. Paweł Kubisztal, październik 2023
Vernazza, fot. Paweł Kubisztal, październik 2023
Manarola wieczorem, fot. Paweł Kubisztal

Rybki z Cinque Terre, fot. Paweł Kubisztal

Nie rozwiążemy problemu licznych wizyt w  Cinque Terre, uroda tej ziemi również nie pomaga. My staramy się nie zostawiać śladów, mówimy dzień dobry, nie traktujemy tej pięknej ziemi jednorazowo. Szykujemy się na wieczorne zabawy ryb i księżyca, to trzeba nam się bliżej poznać, zacieśnić więzy, zwolnić. Zabieramy stąd jedynie piękne widoki i zapach, wieczorny zapach stygnącego morza, wpadamy w objęcia ciszy tutejszych kościołów.

Bo każde z miasteczek ma swoją świątynię, czasem nawet więcej niż jedną, przynajmniej XIV-wieczną. Wszystkie są do siebie podobne, panujący tu genueńczycy zadbali o jakość architektury, przed nami liguryjski gotyk w czystej postaci, z charakterystycznym pasiastym wnętrzem, ołtarzem niczym statek i spektakularną, koronkową, kamienną, gotycką rozetą w każdej sakralnej fasadzie. W niektórych kościołach zachowały się freski, w innych arcydzieła rzeźbiarskie i malarskie, nawet w najmniejszych świątyniach, ale to nic dziwnego jesteśmy we Włoszech. Poza domkami, mini portami, mini placami, okazałymi świątyniami niektóre z miasteczek posiadają też klasztory i twierdze, z których rozciągają się znane pocztówkowe panoramy miasteczek. W Vernazzie, ten najpiękniejszy i najbardziej charakterystyczny, taki z pocztówek i zdjęć jest akurat z przeciwległego do twierdzy wzniesienia, z drogi do Corniglii. Tylko kilkaset nierównych czasem bardzo wysokich stopni w upale i znoju i mamy pzred sobą jeden z najpiękniejszych widoków na ten niewielki, uroczy skrawek raju.

Vernazza i jej najbardziej znany profil, for. Paweł Kubisztal
Vernazza ze szlaku, fot. Paweł Kubisztal, październik 2023
fot. Paweł Kubisztal, październik 2023
Riomaggiore, późnym wieczorem, fot. Paweł Kubisztal, październik 2023

Zresztą każde z miasteczek wspaniale widać z tras trekkingowych, bo każde zawsze opuszcza się i wita z bardzo wysoka. Nieraz wymaga to sporo wysiłku. I lepiej nie przemierzać tych tras w środku lata, w środku upalnego dnia, bo będzie bolało.

W dogłębnym poznawaniu Cinque Terre pomaga Cinque Terre Card. Jeśli chcesz udać się na szlaki trekkingowe, to wcześniej, czy później trafisz na ten płatny – Błękitny. Wiodą one wśród zapierających dech w piersiach panoram i zdecydowanie warto się skusić. Część wciąż jeszcze jest zamknięta po tragicznym trzęsieniu ziemi z 2011 roku, gdy lawiny błotne uszkodziły część tras. Riomaggiore do dziś liże rany po tych zdarzeniach. Wciąż nie można pokonać Ścieżki Miłości, którą odbudowuje się tu z ogromnym poświęceniem i nakładem gigantycznych środków. Beton dowozi tu latający niemal cały dzień tam i z powrotem helikopter, bo ani z lądu ani z wody nie można tu dostarczyć materiałów do budowy takiej inwestycji. Byliśmy świadkami tego remontu i przecieraliśmy oczy ze zdumienia patrząc na akrobacje, jakie wyczyniał helikopter, dostarczając wypełnioną betonem beczkę do robotników naprawiających ścieżkę nad samym morzem. Szczerze współczuliśmy wczasowiczom w Riomaggiore, bo helikopter pracował i hałasował cały dzień, szczerze podziwialiśmy budowniczych i pilota helikoptera, to dlatego ten remont tyle trwa.

Cinque Terre Trekking Card uprawnia do wędrowania płatnymi szlakami, A Cinque Terre MS Treno Card także do bezpłatnych, nielimitowanych podróży pociągami „regionalne”  na trasie La Spezia – Levanto czyli na całej linii kolejowej przecinającej Pięć Ziem. Warto. Zwłaszcza, że miasteczka są położone bardzo blisko siebie, najdłuższy przejazd z jednego do drugiego to 5-8 minut. Tylko do jednego pociąg nie wjeżdża, i jest to Corniglia, do której z pociągu trzeba się wspiąć po 400 schodach.. Corniglia jest w ogólne najtrudniej dostępnym miasteczkiem. Tam jedliśmy najlepszą foccacię z pesto. Jest jedynym miasteczkiem, w którym nie ma nawet mini portu, a jedynie niewielka przystań dla łodzi rybackich. Nie ma tu też plaży. To prawdziwe orle gniazdo, z spektakularnymi widokami na morze, spokojem i uroczymi zakątkami z ukrytymi tarasami widokowymi, knajpkami i wspaniałą ścieżką trekkingową, wijącą się wśród winnic. To właśnie tu na nasłonecznionych, trudnodostępnych tarasach położonych kilkaset metrów nad ziemią, rośnie, dojrzewa, a potem przemienia się we wzmocnione wino to słynne Sciacchetrà. Całe wzgórza usiane są siecią stalowych zębatych mini wyciągarek, które pomagają w transporcie winogron po zakończeniu winobrania, gdzieniegdzie widać tradycyjne kamienne domki rolników. Wszędzie wzgórza przed osuwaniem się chronią charakterystyczne, budowane bez zaprawy kamienne murki. Praca w tych warunkach to ponadludzki wysiłek, stąd właściciele tutejszych winnic nie bez przyczyny nazywani są winiarskimi bohaterami.

Winnice przy Volastrze, fot. Paweł Kubisztal
Corniglia, przystań rybacka, morze trochę się gniewa…fot. Paweł Kubisztal, październik 2023
Riomaggiore, fot. Paweł Kubisztal, październik 2023
Vernazza, fot. Paweł Kubisztal

Które najpiękniejsze? Zależy – od momentu, nastroju, światła, towarzystwa. Niedostępna, maleńka Corniglia składała moje serce kameralnością pośród i tak już kameralnych pozostałych czterech. Urzekła mnie i wzruszyła samotna skała na plaży w Monterosa, Pawła oczarował tutejszy św. Franciszek.  Byliśmy zachwyceni wieczornym widokiem morza ze skał Riomaggiore, ale i z dziedzińca katedry San Lorezno, skąd miasteczko wyglądało jak coś, co nie istnieje, czyli jak alpejski port. Maleńka Manarola zwabiła nas dwukrotnie na zachód słońca, zakochaliśmy się w marinie Vernazzy. Na wybieranie, zdecydowanie potrzeba dużo czasu, to co może jednak ten uspokojony a wciąż upalny październik?

Bo październikowe Cinque Terre jest wyciszone, snuje się. Przyjeżdżają tu wtedy tłumy zachodnich emerytów w znakomitej kondycji i z kijami trekkingowymi w dłoni przemierzają wybrzeże trawersując solidne wzniesienia. Miasteczka późną jesienią wciąż pulsują turystami, ale nie ma tu wtedy hałasu, kakofonii dźwięków dyskotek, klubów (tu chyba w ogóle nie ma klubów!). Tu słucha się morza. Światła restauracji gasną przed północą, bo miasta idą spać.

Wtedy to właśnie anchois chwyta księżyc. W morzu odbijają się gwiazdy. Czy smukła rybka wyskakuje, czy też księżyc odbija się w wodzie muskając pyszczek ryby? Żeby to zobaczyć nie można się spieszyć. Trzeba smakować pięć miasteczek powoli, od rana do wieczora, może nawet przez pięć dni. Bo anchois chwyta księżyc nocą. Być może nasze powoli, to wciąż było jednak za szybko, skoro mam to tylko na pocztówce? Popracujemy nad Festina lente… i jak tylko zastaniemy tę scenę, pierwsi się o tym dowiecie.

Pocztówka…