W Trześciance cerkiew jest zielona, w Puchłach grantowa, a w Socach jest tylko mała drewniana kaplica filialna. W Wojszkach większa, z białej cegły, ale też tylko kaplica, bo cerkiew jest w nieodległych Rybołach. Do tych nazw, raz trzeszczących, raz miękkich i śpiewnych, podlaskich, otoczonych Puszczą Białowieską, mniej więcej w pół drogi między Hajnówką, a Białymstokiem, prowadzą bezdroża, a zasięg urywa się gdzieś po drodze. Na piaskowe trakty pomiędzy lasami, rozpędzone samochody z zamożnych wielkich miast wjeżdżają miękko, z niepewnością i niedowierzaniem w słowa GPS, że „jesteś na miejscu”. Przez mięciutkie od piasku i leśnego poszycia Puchły nie można jechać szybciej, no bo pierwszeństwo na drodze mają tutejsi – boćki. Kroczą, no to nie wypada burczeć niecierpliwym silnikiem. Odejdą bez pośpiechu na obiadową łąkę, pojedziesz dalej… ale najlepiej zostać.
Kolorowe okiennice, ozdobione okna, nadokienniki, podokienniki i narożniki domów, cudeńka snycerki, skradają spojrzenia, więc trzeba się zatrzymać, żeby się nazachwycać. Pandemiczne wakacje sprowadziły tu tych, których oczy zachwycał dotąd błękit afrykańskich wód, chorwackie wodospady, czy zielenie Krety. Nagle wpadają tu w bezczas i słodki jak tutejszy miód spokój, błogość i urodę zdobionych domów. Oto podlaska Krainy Otwartych Okiennic. Od niedawna przybywają tu ciekawscy i znudzeni, łaknący orientu, odkrywcy, turyści pandemiczni. I w zadziwieniu stają w biegu, oniemiali, że to wszystko tu jest. Te zielenie, te błękity, to palące słońce i orient i egzotyka. Odkrywają i smakują Podlasie wielowątkowe, nabrzmiałe innością. Trześcianka, Puchły i Soce zmówiły się jak panny na wydaniu i prezentują swe wdzięki jako pierwsze, najsłynniejsze. No bo te zdobienia, te koronki, w które ubrane są domy tutejsze, te ptaszki, słoneczka, roślinki, na kolorowych jaskrawych tłach w otoczeniu latem kwitnących kwiatów, śmiejące się do przybysza gościnnością, otwartych okiennic, to właśnie tu.
Zdobienia, dla których przybywają tu turyści, przybyły do tej części Podlasia na początku XX, gdy z „bieżeństwa” (przymusowego wysiedlenia do Rosji) zaczęli wracać białoruscy – tutejsi mieszkańcy wiosek. I na białoruską, a może nawet na modłę z carskiej Rosji zaczęli zdobić swoje domy. I urocze te domki i jakby ich więcej każdego roku. Pierwsza z ozdobionych wiosek i zarazem największa to Trześcianka – już z drogą asfaltową z kapliczkami słupowymi i przystankami z elementami snycerki. Niewielkie chaty, uroczo udekorowane, z otwartymi szeroko okiennicami, stoją szczytem do drogi. To pamiątka po reformie, którą zarządziła Królowa Bona, największej zresztą reformie agrarnej w ówczesnych czasach, w tej części Europy. Nowa miara gruntów nazywana włóką zmieniała i proporcje działek i ustawienie domów, kształty i długości wsi. Zaradna Włoszka uporządkowała w ten sposób własności królewskie. A, że pomysł był wyśmienity, to wsie zachwycają swym porządkiem architektonicznym do dziś. Trześcianka jest nawet objęta ochroną konserwatorską.
Królową wioski, otoczoną kolorowym światem zdobionych domów, jest zielona cerkiew pod wezwaniem Świętego Michała Archanioła. Zbudowana w XIX wieku, po tym jak spłonęła ta wcześniejsza XVI-wieczna. Na wieży obecnej cerkwi był kiedyś ponoć zegar i ponoć zawsze wskazywał godzinę 9.00, potwierdzając niejako panujący tu wszem i wobec bezczas. Tak więc jako bezużyteczny wobec wieczności, został zlikwidowany. Zarówno teraz , jak i przed rokiem cerkiew w Trześciance zastaliśmy otwartą, powitał nas jej opiekun, niezwykle żywiołowego usposobienia, rozmowny, dowcipny, pełen pasji i pełen wiedzy. Cierpliwie odpowiadający na te same niekończące się przez całe wakacje pytania o różnice. Ciekawe, czy ktoś kiedyś pyta go o podobieństwa? Ostatnich zwiedzających ponaglają wpadające do świątyni promienie zachodzącego słońca, dyskretnie oświetlające krzyże na płaszczenicy. Subtelnie towarzyszy mu światło świecy za umarłych z lewej i za żywych pośrodku. W sobotę wieczór zabrzmi tu śpiew i wtedy ten obraz dopełni się.
Do pobliskich, mniejszych Pucheł, już po piasku. Na rozstajach dróg choleryczne krzyże i katolickie i prawosławne, z prośbą, życzeniem, – „Spasi i Sohrani”. Podzielamy prośbę. Cerkiew w Puchałach jest najpiękniejsza, na całym Podlasiu. Dostojna, granatowo-złota. Długi i ciężki kowalski klucz do jej obszernego wnętrza ma w ręku żona księdza, dyskretnie chowa układ zamka. Podlasie ma otwarte okiennice, otwarte drzwi, nawet klucze w tych drzwiach zostają na zewnątrz, otwarte serca, ale największe skarby – ikony, wizerunki proroków, Chrystusów i archaniołów chowa pod kluczem. A to niedawno zginęła skarbonka z datkami, a to złe oko, chciwie spojrzało na ikonę… Ale oglądać można i zarówno batiuszka, jak i żona chętnie pokazują przyjezdnym rozbielony ikonostas i opowiadają o zawikłanych losach tej wioski z białoruską społecznością.
Legenda niesie wyobraźnię i opowieść o nazwie wsi ku choremu na opuchliznę nóg człowiekowi, który doznał uzdrowienia pod lipą dzięki Matce Boskiej. Jak było naprawdę nie wie nikt i nie wiadomo również, jak bardzo jest to komuś z miejscowych potrzebne. W orszaku wsi królewskich, Puchły były wsią prywatną, aż do rozwiązania kwestii prywatności wsi przez władze komunistyczne, czyli do wywłaszczenia ostatnich właścicieli. Puchły są sanktuarium z przeszłością. Wszystkie, dosłownie, odwiedzone przez nas cerkwie, a było ich dziesiątki, noszą historię rabunków, zniszczeń pożarów. Historia znęcała się nad tymi ziemiami, nie oszczędzając cudów, objawień i wierzeń. Stąd pierwsza łaskami słynąca ikona Matki Boskiej Pokrow, spłonęła wraz z cerkwią od koniec XVIII wieku, kolejne świątynie trawiły huragany, pożary, polityczne wichry zamieniające prawosławne wnętrza na unickie i z powrotem na prawosławne.

bsh
Dzisiejszą świątynię zaczęto budować przed I wojną światową, ale budowę przerwało ”bieżeństwo”. Gdy wierni wrócili dokończyli dzieła, choć działo się to bardzo powoli. Polichromie na przykład, pochodzą z lat 60. XX wieku . Nie ujmuje to cerkwi urody i atmosfery. Duchy pokoleń, ludzi pielgrzymujących, miejscowych, wciąż unoszą się w środku. Puchły są wyjątkowe z innego również powodu. W XIX wieku zasłynęły miłością do oświaty. Dwaj prawosławni duchowni dotąd walczyli z tutejszym analfabetyzmem i zacofaniem, aż doprowadzili do powstania sieci szkół parafialnych, w których organizowane były odczyty, prelekcje. Powstała również biblioteka licząca kilka tysięcy pozycji!
Mówi się tu jęzkiem prostym – gwarą podlaską, będącą mieszanką polskiego, białoruskiego, ukraińskiego. W najczystszym wydaniu słyszymy ja w Wojszkach, oddalonych od powyższej turystycznej trójcy. Niby oficjalnie poza szklakiem Krainy Otwartych Okiennic, ale tak naprawdę, tam dopiero okiennice są szeroko pootwierane, tam uroda domków prezentuje się w pełnej krasie. Nic dziwnego, wieś nosiła w czasie międzywojennym sławę najpiękniejszej nadnarwiańskiej osady. Dziś o jej urodę niestrudzenie dbają ręce i wyobraźnia 91-letniego Aleksieja Ryżyńskiego, miejscowego snycerza, który niemal całe swoje życie wykonuje zdobienia domów dla całej podlaskiej okolicy. Gdzie tam dla podlaskiej! Aleksiej ozdobił już okiennice niejednej podwarszawskiej posiadłości, pomorskiej, podkrakowskiej, a nawet oczarował ptaszkami z serduszkiem cały autobus Chinczyków, których do Wojszek ściągnęła sława tutejszej snycerki, a może woń przyszłego interesu…. Jak tu znaleźć te wprawne ręce, tę wrażliwość, ten 91-letni upór tę miłość do ptaszków i tulipanów? Wojszki, choć kiedyś zamieszkiwało 800. osób, dziś ucichły, jakby zmalały. Przycupnęły przy trakcie do Białegostoku i nie czekają na odkrywców, czekają na koneserów ;-). A Aleksieja znają tu wszyscy. A więc trudno nie było. Krucha i wiekowa żona, stara się wyjaśnić, gdzie znajdziemy podlaski thesaurus, ale dzieli nas gwara, której granice w końcu przecina uśmiech i jasny gest. Stodoła. Zresztą słychać. Pan Aleksiej do turystów przywykł. Chcą ptaszki z serduszkiem? To chętnie zrobi! Spracowana ręka szybkim gestem wycina wzór i dopieszcza kształty, wygładza hardość drewna. Błękitne, nieco zamglone oczy z miłością patrzą na dzieło ręki. W stodole wiszą nadookienniki, podokienniki, numery ciepła rodzinnego, którego pilnują pary uroczych ptaszków. I te na zamówienie, i te które na zaś, i deski, które czekają na kształt. Kury znudzone powtarzalnością tutejszych zdarzeń okupują stół, rozrzucają wióry.
Właściciel tego królestwa powoli przechadza się wśród niedokończonych fragmentów i z czułością pokazuje, te które za chwilę ozdobią dawne domy, albo wyemigrują daleko poza rodzinną stodołę. Aleksiej nie ma spadkobiercy swego kunsztu. Synowie pieczołowicie przechowują jego pierwsze narzędzia – walizkę dłut, hebli, niedawno używaną laubzegę. Ale nie rysują, nie wycinają, nie wygładzają Nie ma spadkobiercy. Czy Kraina Otwartych okiennic, wie, że już trzeba szukać uczniów mistrza? Co zrobi kraina, gdy mistrza zabraknie, a deszcz, wiatr, mróz i czas pochłoną ptaszki, tulipany i serca? Nie ma następcy. „Tutejszość domknie się bezpowrotnie”, ustępując, jak niedawno, betonowym klockom, słupkom bez duszy, za to z tykającym głośno zegarem? „Jak nie pracuje to jest chory” – usłyszeliśmy w końcu. A jak nie będzie pracował to zachoruje jego kraina… Czy ktoś ma na to pomysł?
Te Trześcianki, te Soce maleńkie, bez cerkwi, z tym bezdrożem, piaskiem ławeczkami przed domem, na których siedzieli i śpiewali żegnając zachodzące słońce, na głosy, dom domowi, to świat, który znika. „Pani, nie ma komu, nie ma z kim! A śpiewało się i to jak się śpiewało!”, żali się staruszek którego wieziemy po lekarstwa do Zabłudowa. „Nie ma komu!” „Epoka tutejszości domyka się”. Młodych wysysa mrugający neonem świat supermarketu, asfaltowa autostrada. Nie zatrzyma ich Szeptucha i moc jej zaklęć. Nie ma się zresztą co dziwić, nie ma co mieć żalu. Choć jak długo, bez ich korzeni ta kraina wytrzyma pod naporem, kół po asfalcie, ciężarem pieniędzy, które niesie reklama na płocie, komercja oferty turystycznej, skrojona dla turysty, a nie od wzoru tożsamości? „Tak, my przyjezdni zgubimy tę krainę, sprowadzamy się i dodajemy swoje do tutejszego, a swoje jest kompletnie różne, wiele nie wiemy, a uczyć się nie mamy cierpliwości i czasu”, mówią nam nowi z Trześcianki.
Zatem nie ostaną się Puchły, Trześcianki i Wojszki? Na pewno nie pomogą im podgolone karki i noszone na ukraińską modłę w pomieszaniu z białoruską krajki, czy bose kroczenie po podwórku. Młodopolska chłopomania powtórzona przez postmodernistyczny zachwyt nad koszeniem łąki kosą i pieczeniem chleba na zakwasie, ulepieniem glinianych ptaszków, świeczników z kawałka buczyny, które opchnie się turyście za krocie z napisem „made in Podlasie”, „etnodizjan”, czy „tradycyjne”, nie uratuje tej krainy. Potrzeba Aleksiejów, wrażliwości i mądrości od niechby od samej szeptuchy, jak wejść, żeby nie zadeptać, jak się rozgościć, żeby na połamać, nie roztrwonić.
Zastanawiamy się sunąć cicho, po już asfaltowej drodze. We mgle stygnącego dnia, na łące spogląda nam w oczy żubr. Zatrzymany w czasie, zaraz potem w kadrze. Na zeszłorocznej wyprawie szukaliśmy go wszędzie, na wycieczce po puszczy, w rezerwacie, na carskiej drodze… A on był tu, na łące, między Wojszkami, a Trześcianką, o zmierzchu w fiolecie kwiatu, nieco oddzielony od nas mokradłem, spoglądając w naszą stronę ze smutnym pytaniem. Byliśmy powolni, zadumani, uważni, rozkochani w minionym dniu, błękicie oczu Aleksa, wsłuchani w drewniane ptaszki, to się z nim znaleźliśmy, goszcząc na chwilę w jego świecie utkanym z mgieł, łąk, lasów i zmierzchu. Nie bał się, więc my ukłoniliśmy się Królowi tej krainy z szacunkiem i długo spoglądaliśmy sobie w oczy. Potem odszedł spokojnie, chlupotem kopyt znacząc ciszę, uwolnioną wstrzymaniem kół. Odszedł w brzozowy zagajnik. Domknął „tutejszość”.



















