Mirelo, Wesołych Świąt!

W tegoroczny Wigilijny wieczór, na naszym stole, zapłonęło światło wyjątkowych świec. Prawdziwych, woskowych, w charakterystycznym oliwkowo-szarym kolorze. Zostały wykonane daleko, na krańcach Polski, tuż nad brzegiem ostatniej dzikiej rzeki Europy, gdzie codziennie o świcie, stukaniem w drewnianą deskę, nawołuje się do modlitwy. Gdzie na nadbużańskie, wyścielone mgłą i rosą łąki niesie się harmonia cerkiewnej pieśni. Grudniowy wieczór katolickiego wyczekiwania na Boże Narodzenie oświetlał nam płomień świecy z prawosławnego męskiego klasztoru w Jabłecznej. Kiedy latem dostaliśmy je od tamtejszego mnicha znad Bugu, były ciągle ciepłe. Kilkaset podobnych, jeszcze tego samego lipcowego dnia, powędrowało z błogosławieństwem od św. Onufrego do wszystkich prawosławnych miejsc Polesia i Podlasia. Wtedy w tej klasztornej mikrofabryczce świec, otrzymaliśmy je wraz z życzeniami pokoju, miłości, dobra. I to wszystko w ich płomieniu było. Więc na znak pokoju, miłości i dobra zapalimy je dziś wieczór dla tych, którzy dziś 6 stycznia usiąda do, wigilijnego stołu, wyczekując Bożego Narodzenia  według swojej, wschodniochrześcijańskiej tradycji.

Klasztor, któremu patronuje ascetyczny, długobrody św. Onufry, zrządzeniem przyrody i kaprysem wijącego się od dzikości Bugu, leżał czasem po polskiej, a czasem po białoruskiej stronie. Podczas pierwszej naszej podróży na wschodnie rubieże Polski trafiliśmy na niego przypadkiem, choć wędrowaliśmy od kilku dni „nadbużanką”, wodzeni za duszę książką Michała Książka „Droga 816”. Zatrzymał nas niepozorny drogowskaz, proponując zmianę kierunku, na jeszcze bardziej wschodni niż nasz. Jedzie się niemałą chwilkę zawijasami pól, mijając nieliczne domy, do momentu aż cywilizacja rezygnuje i pozostawia ten skrawek ziemi samemu sobie. Koniec drogi wieńczą białe, miękkie kontury bramy klasztornego muru. Pierwszym witającym nie jest jednak widoczny z daleka wychudzony asceta z zaplecioną do kostek brodą. Pierwszym jest potężny, samotny dąb, jeszcze przed klasztornym murem. Starzec. Piękny, sędziwy, godny. Rozsiadł się na wielkiej łące. Przysadzisty bez konkurencji, która zwykle wysmukla pień. Zdobią go dziesiątki kolorowych kokard, wstążek i wotywnych obrazków – mieniąc się w wieczornym słońcu kolorami wiary, a może zabobonu. Może to właśnie pod tym dębem rybacy wraz z okoliczną czcili znalezioną właśnie w rzece ikonie świętego? Bo ponoć było to pod dębem.

Dąb wita, fot. Paweł Kubisztal 2021


Zaraz  potem z lewej strony bramy wzorkiem prześwietla św. Onufry. Zdaje się wiedzieć wszystko i wszystko rozumieć, skupionym wzrokiem, przenikliwie, zagląda w duszę pielgrzyma. A ten jego mur, ta brama, to wstęp do opowieści sięgającej XV wieku, czasu, gdy dzika rzeka przywlokła na te rozległe łąki cudowną ikonę, która wybrała to dzikie porośnięte borem i wypełnione mokradłami miejsce pod budowę pustelni, a potem klasztoru. Zatem wchodząc poznasz opowieść o trwającym do dziś i nieustannie jątrzącym się rozłamie kościoła wschodniego. Ale i o pięknie cerkiewnej nuty, którą z gardeł wydobywali uczący się tu śpiewu psalmiści, o cudach Onufrego, o pogrążonych w złotym śnie figurach prawosławnych świętych z cerkiewnych ikon, o tajemnicach obrzędu, o gościnności, o śniadaniu jedzonym w milczeniu. Wreszcie jak dobrze przyłożysz ucho to usłyszysz historie tabliczkach z napisem granica państwa, o  tajemnicy milczenia drugiego brzegu rzeki.

Mur klasztorny, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2021

Pierwsze nasze spotkanie z Monasterem w Jabłecznej, było jak zderzenie z wehikułem czasu. Zdarzenia, wiadomości niknące wraz z utratą zasięgu zaczęły przepływać gdzieś obok, niezauważone. Rozbici jak pędząca kometa na tysiące kawałków przez tutejszy spokój i dystans do współczesności, zaczęliśmy z przyjemnością wrastać w mury, ogród, łąki otaczające ten XV-wiecznym kompleks modlitwy, pracy, milczenia i wiary.

Stauropigialny Męski Monaster pod wezwaniem. Św. Onufrego założony został w 1498 roku. Jest jednym z trzech istniejących obecnie prawosławnych klasztorów męskich w Polsce. Położony jest dwa kilometry od wioski Jabłeczna, która jest położona ileś tam kilometrów od kolejnej wioski. Kilkadziesiąt metrów od Bugu, od magnetycznej, zakazanej linii granicy z Białorusią, ze światami kaplic rozłożonymi pośród łąk. Gdy Bug wiosną kaprysi, kaplice stają się wyspami, do których mnisi dopływają łodziami. Widzieliśmy to tylko na zdjęciu, te łodzie. Na zdjęciu też, widzieliśmy czerwcowe nabożeństwo o świcie, gdy wioska wyrusza przy blasku świec i modlitwą śpiewaną na głosy w te łąki zamglone, do tych kaplic…

Latem łaki, wiosną woda z wyspami, fot. Paweł Kubisztal lipiec 2020

Klasztor oparł się wielu historycznym huraganom. Przede wszystkim pomimo postanowień Unii Brzeskiej pozostał prawosławny, wciąż uważając unickość za wadę nabytą wschodniego kościoła. W jego życiorysie znajdują się i pożary i dewastacje wojenne. Zbudowaną i odnowioną w XIX wieku cerkiew zdobi piękne, rozświetlone bielą i złotem wnętrze pełne ikon w tym dwóch bezcennych dla duchowego życia wioski i klasztoru – św. Onufrego ozdobionego srebrną koszulą i Matki Bożej, która wiekowi dorównuje Onufremu. W rysach klasztornych budowli odnajdziemy kształty ludowej architektury, klasycystyczna dostojność i miękki kontur renesansu, a także rosyjskie cechy charakteru. Budynki wchodzące w skład kompleksu – murowana cerkiew ze złotą kopułą, mieszkalne zabudowania klasztorne wraz z refektarzem, biblioteka i szkoła dla psalmistów, pełniły i do dziś te, które istnieją, pełnią swoje pierwotne funkcje. 

Święty Onufry co woda przypłynął, niemal 500 lat temu, fot. Pawweł Kubisztal, lipiec 2021

Po odbudowie klasztoru ze zniszczeń wojennych  powstał dom pielgrzyma, z miejscami dla 30 osób. Rytmiczna codzienność klasztoru umknęła nam podczas pierwszej wizyty, bo byliśmy tam przelotem, na chwilę. Ale już wtedy zapadła nam w duszę. Rozbudziła naszą wyobraźnię niedomknięta furtka do klasztornego ogrodu, rozkochała w sobie łąka za klasztorem, ze ścieżką wprost w objęcia Bugu. Skusiła i oczarowała tajemnica nadgraniczności i rozczuliła samotność biało-czerwonego słupka z napisem Polska. Bliżej białoruskiej strony mieszkać już nie można. Wówczas wiedzieliśmy, że wrócimy i że na pewno na dłużej, że do napełnienia duszy i głowy tym miejscem potrzeba nam cerkiewnej nuty o świcie, nocnego cykania świerszczy, bramy zamykanej na głucho o 21.00, rozmowy, z tą  tajemnicza czwórką mnichów w rozwianych wiatrem czarnych szatach, zrośnięcia się z tym miejscem za pomocą nocy i dni.

NoszkaPon duma nad Bugiem, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2020
Trzymam się swego, jak swego. Dziś o takich uściskch można tylko pomarzyć… fot. Paweł Kubisztal 2020

A w lipcu telefon w Monasterze uparcie milczał. Nerwowe myśli, pośpiech przedwakacyjny, zaogniał sytuację. W naszej wschodniej wyprawie-układance brakowało tylko tych kilku puzzli,  dwóch nocy w Jabłecznej. Wymarzonych, wymyślonych rok wcześniej. Nagle, spokojny głos w słuchawce, wyjęty spoza pośpiechu i nakazu natychmiastowości, odpowiedział na pośpiesznie wyrzucane słowa o możliwość przenocowania –  „Damy radę, przyjeżdżajcie”. I tyle i nic więcej, żadnego pośpiesznie zapisanego numeru, żadnych nazwisk, dat i godzin z minutami. Tak się zapowiadało to spotkanie z innym wymiarem rzeczywistości. Tylko tyle: „Przyjedziecie, to będziecie”. To przyjechaliśmy, bo bardzo chcieliśmy zacząć być.

Jedna z kaplic za klasztornym murem, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2021

Nikt nas nie witał, brama na teren klasztoru i na jego dziedziniec jest otwarta dla każdego, aż do zmroku. Namiestnik Monasteru – Archimandryta Piotr objął spokojnym wzrokiem nasze roztargnione pośpiechem spojrzenia i podarował nam uśmiech taki lekki i naprawdę rozbawiony widokiem plecaków, bagaży i zdawanych nieustająco pytań. „A co Wy książkę piszecie?” Przybył zbędny natłok cywilizacji, wirus, zarazek, dwa zarazki. A tu nic dookoła, żadnych zbędnych zasięgów, sieci, telefonicznych dzwonków, zwalniamy. W zamian jest cisza, spokój, zieleń, rzeka, skupienie, śpiew i tajemnica ich tkwienia, w tym upartym stałością miejscu. Cichutko, niemal na palcach wędrując do miejsc, do których wydawało nam się, że możemy, znaleźliśmy klasztorną kuchnię. Wypełniona garami, palnikami, chlebami, kaszami, warzywami i naczyniami. Zdziwił nas rozmach pomieszczenia i ilość naczyń w klasztorze, który zamieszkuje czterech mnichów i pracownik – ogrodnik Gabriel. No tak, pielgrzymi, to dla nich przeznaczony jest ten nadmiar kuchenny. Kilka razy do roku to odludne, odcięte od świata miejsce tętni gwarem rozmodlonego tłumu.

Paweł z jednym z braci próbuje wyprodukowac świece…, fot. NoszkaPon, lipiec 2021

Tym razem jednak w domu pielgrzyma, obwieszonym z zewnątrz tłustymi, nażartymi komarami pająkami, byliśmy zupełnie sami i to w ostatnim pokoju, w izolacji, dystansie, jak ten wirus cywilizacji. Nawet nie zauważyliśmy że całą noc spaliśmy z otwartymi na oścież drzwiami. Pan Michał od „Drogi 816” wspominał, że mnisi też umieścili go w ostatnim pokoju, jakby oddalając od siebie, od swojej codzienności, którą przybysz tak bardzo chciałby podglądnąć, i choć na chwilę, stać się jej częścią. Można. Dostaliśmy więc zaproszenie na nabożeństwo o świcie. Na co najmniej 2,5 godziny w cerkwi. W zaproszeniu była iskierka przekory – tacyście ciekawi – jest okazja. Drewniane wezwanie dotarło do nas, ale nie na tyle, aby stawić się o świcie. Byliśmy godzinę i staliśmy urzeczeni barwą głosu Namiestnika Piotra. Nie na darmo była tu kiedyś szkoła psalmistów, nie na darmo wyruszali stąd w cerkiewne muzyczne światy najlepsi dyrygenci cerkiewnych chórów. Śpiew w cerkwi Onufrego w Jabłecznej jest koncertem mistrzowskim.

https://www.youtube.com/watch?v=mvpqnLN4E-w&ab_channel=Cerkiew.pl

Mnisi mieszkają i sypiają w innym budynku, przemykają między zadaniami i pracami, zbierają się na modlitwach i posiłkach, czasem wyjeżdżają samochodem po składniki do świec, a potem ze świecami do innych miejsc modlitwy. Mnisi nie prowadzą rekolekcji, ale zawsze można porozmawiać. Zatem nie poddajemy się. Pałętamy się mnichom pod nogami, zjawiamy się tu i tam przed oczyma. Pada zatem zaproszenie do wspólnego śniadania w refektarzu. Jedliśmy zgodnie z zapowiedzią brata Piotra w milczeniu. I szybko. Posiłek zaczyna śpiewna modlitwa, kończy po kilkunastu minutach dzwonek Namiestnika. Żadnej celebracji smaków i rozwodzenia się nad wykwaszeniem ogórka. Mnisi nie jedzą mięsa. W jednym z dni nie jedzą ryb, w innym nabiału, zaś  w sobotę, o ile dobrze pamiętamy poszczą, nie zapraszają wtedy do wspólnego posiłku. Zatem kolejne śniadanie znów do kuchni, może uda się znów pogadać z Gabrielem? Czy mnisi wiedzą, że na przykład trwają igrzyska? Pytamy znów wieczorem w klasztornej kuchni Gabriela? Czy korzystają z internetu, chyba nie – nie ma zasięgu. W cywilizację zanurzają się poza murami klasztoru. Ale rzadko. Na miejscu ledwie działa jeden stacjonarny  telefon. Już wiemy dlaczego tak długo milczał gdy dzwoniliśmy, trudno oczekiwać od tego miejsca, aby ktoś biegał tu do telefonu, odbiera się, jak się akurat obok telefonu przechodzi.

Refektarz, fot. NoszkaPon lipiec 2021

Wchodzimy w klasztorny dzień. Ciekawość działa w obie strony. Jeden z  braci zaprasza naszą dwójkę do swojej fabryczki świec. Do klasztoru powoli zjeżdżają pojedynczy turyści, w ich rozbieganym wzorku, zachwycie widzimy siebie sprzed roku. Bracia idą do pracy w ogrodzie, produkują świece, rozwożą je po bliższej i dalszej okolicy, oprowadzają turystów po cerkwi. My ruszamy nad Bug, kwiecie pachnie, rzeka wije swoje nieprzeniknione wartkie nurty, po drugiej stronie jeszcze wtedy żywego ducha…

W Jabłecznej dziś wielkie święto! Wesołych świąt prawosławny i grecko-katolicki nadbużański świecie!

Kwiecie pachnie, lipiec 2021, fot. Paweł Kubisztal

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.