Mamy 25 marca 2020
No, to od kilku godzin miało być egzotycznie, nieco błękitnie, złoto. Najstarsza medyna na świecie, labirynt, zagubienie, błądzenie… Miasto doskonałe, bo takie w którym można się zgubić, jak mawiał Herbert, a potem góry, a potem ta pustynia i miliony gwiazd w czeluści nocy… Miało być.
10 dni zapomnienia, oderwania, smakowania, poznawania, tułania, doświadczania… Miało być…Oczarowanie barwami, tkaninami, smakami, zachwyt Saharą, miał być… Ale nie będzie, przynajmniej bardzo na razie. Małe, okrągłe, najeżone kolcami jak psia piłeczka – zabawka, zajęło się światem, przemieszczaniem, poznawaniem, spotykaniem. Na dłuższy, niewiadomy czas. Udomowiło człowieka. Nie będzie Maroka, które było z nami już od jakiegoś czasu. Bo wschodni, arabski świat jest z nami od jakiegoś czasu, bo kiedyś oczarowani rudościami i bezkresem jordańskiej Wadi Rum, chcieliśmy zostać oczarowani złotym piaskiem Sahary. Ach, ile o niej słyszeliśmy, ach ile razy dotykaliśmy ziarenek gdy na Sardynii wiał niesforny Sirocco…Ech! A Sahara nadal gdzieś tam.
Nie będzie, na razie. Ani Fezu, ani Marrakeszu ani Warzazat, ani ani.
A od początku było jakoś tak nie tak. Najpierw nie udawało się kupić biletu do Bangkoku, potem jakoś to Maroko, jak po grudzie i długo kupiony leżało odłogiem, nie przygotowywane. To się na nas wypięło, porozumiało się z jakimś nie przymierzając wirusem i pokazało nam środkowy palec.
Pozostaje wspominać… Jordania też dlatego, że Indiana Jones i że wiadomo Petra, ale dlatego też, że pustynia. Ten pierwszy pustynny romans był właśnie tam… W Wadi Rum 😉
Niech będzie tandetnie – miliony gwiazd w bezkresie czarnej nocy, ognisko i hipnotyzujący rytm beduińskich bębnów i ten ich taniec dookoła ognia i ta noc w namiocie i ten bezkres pustyni. I ten Ali szalony Akabejczyk, który mówił, że prawdziwa pustynia jest wtedy, gdy nie ma dookoła nic oprócz piasku i skał. Bo Wadi Rum ma skały – przepiękne, wyrafinowane formacje wyrzeźbione wiatrem i piaskiem. I jechaliśmy razem, aż tam gdzie nie było nic, tylko ten piasek, te skały. Nie wiesz gdzie jesteś, jedna chwila i zginiesz, a oni u siebie, bo to ich puszcza ocean, park. I chusta na głowie nie jest fanaberią, piasek jest wszędzie, a słońce odbiera zmysły.
Kiedyś Lawrence z Arabii, a teraz my ;-). Trzeba tu być, z jaką bądź wycieczką, byle w głąb tego strasznego, nieludzkiego i nieludzko pięknego królestwa piasku i słońca. Pustynnego zachodu słońca, ostro rysującego kontury skał nie zapomina się nigdy. Tęskni się potem zawsze, zazdroszcząc rodzinom Jordańczyków zmierzającym każdego dnia! na to odległe pustkowie tylko po to, by w towarzystwie kuzynów, ciotek, dzieci pożegnać tu dzień. Ali, drogi niesforny Akabejczyku z sercem wielkim jak ta pustynia. Dziękuję. Za Twoją pustynię, której dałeś nam część, za miliony gwiazd, które nam podarowałeś, za tę noc z Jordańczykami z dala od ludzi i światła, za ten zachód słońca i niezapomniany zapach mięty. Dzięki za rysunki Nabatejczyków, za herbatę, muzykę i gościnę. To będzie we mnie na zawsze! Przyjedziesz kiedyś zobaczyć ocean zieloności, który nazywamy lasem? Obiecałeś! Ciągle tęsknisz? Las jest, czekamy.
