W listopadzie myślę o pamięci. Jakoś tak się przyjęło, że listopadowa zaduma tuż po barwach października, a przed wdziękiem świąt Bożego Narodzenia, zatrzymuje nas na chwilę w miejscu i nakłania do wniknięcia w czeluści przeszłości. Bywamy na cmentarzach, zapalamy świeczki bliskim i nieznanym, wspominamy. Postanowiłam, że w listopadzie będzie o tych nietypowych miejscach pamięci, związanych ze sprawami wieczności, jednak nie udało mi się zrealizować planu, aż do wczoraj, gdy przechodząc korytarzem, zahaczyłam o moje dzwoneczki. Ich egzotyczny dźwięk uruchomił moją pamięć… Dziś będzie zatem o miejscu i zwyczaju dla Europejczyka niepojętym, wręcz dla niektórych nie do przyjęcia. Pisano o tym wiele razy, w wielu miejscach przy wielu okazjach, bo robi wrażenie, bo wręcz szokuje, bo tak jest inne, tak niezrozumiałe. Taki to poligon dla inności i naszej otwartości, że lepszego trudno szukać.
Gdzie dojedziemy rozklekotanym pociągiem, tłukąc się 10 godzin przez północno-indyjski Uttar Pradesh, w tłumie pomarańczowo odzianych Sadkhu, kolorowych rozgadanych sari, wśród padającej raz po raz propozycji króla dymiącego czajniczka – „masala chai masala chai”? Próbujemy zasnąć wśród tysiąca innych nawoływań przechodzących przez ten niemiłosiernie długi, niemiłosiernie zatłoczony pociąg, jadący niemiłosiernie długo do najświętszego miasta hinduizmu.

O świcie będziemy w Waransi, czyli starożytnym Benares. Tak, chciałam tu przyjechać, od dawna, tak, dla Gangesu, dla stosów kremacyjnych, dla próby zrozumienia lub przeżycia obrzędu, który rozpala moją teatrologiczną duszę, dla tak potężnej dawki inności, że może albo wypłoszyć, albo przykuć na dłużej. Jesteśmy w Waranasi najbardziej „indyjskim” spośród indyjskich miast. Mieszkamy w domu z widokiem na Ganges. Przedzieramy się codziennie przez morze krowiego łajna, przedzieramy się codziennie na tę świętą, brudną od wszystkiego rzekę, nad to siedlisko Escherichia Coli, nad tę szarą, gęstą od ludzkich popiołów wodę. Mieszkamy z widokiem na dach lepianki, na której każdego dnia młoda piękna dziewczyna odchodami krów uszczelnia ściany swojego domu, a tym co zostało pali w prowizorycznym piecu aby przygotować jedzenie. Mieszkamy z widokiem na bananowce, z których na kraty naszego balkonu codziennie skaczą małpy, i kradną co popadnie – pomidory, kawałki ciasta. Mieszkamy z widokiem na Ganges. Tak, miasto nazywa się Waransi.
Tak, najświętsze pośród indyjskich. Taka Mekka, Częstochowa, Rzym, Asyż, Jerozolima razem wzięte. Z naszego domu nie widać ghat – słynnych schodów – betonowo- kamiennego nabrzeża, prowadzących z położonego na wzgórzu miasta do rzeki. Schodów, które każdej minuty są świadkiem wielu związanych z tą rzeką i z tym miastem rytuałów. Do Waranasi hinduiści przybywają umierać, lub pielgrzymują by oddać Gandze cześć w najważniejszych z momentach duchowego życia. Dla Europejczyka to miasto śmierci, a dla Hindusa to miasto wyzwolenia, bo stąd idzie się prosto w objęcia Nirwany. Tu, w otoczeniu setek świątyń, knajpek, hoteli i hotelików, kramów, sklepików, handlarzy wszystkim, także haszyszem, w otoczeniu tysięcznych propozycji „maybe boat”, „one rupee please”, umieralni, całą dobę palą się kremacyjne stosy. Tu zalegają góry drewna, tu kremacjom przyglądają się zobojętniałe krowy, a Nietykalni sitami przesiewają prochy w poszukiwaniu złotych zębów, a wygłodzone psy zjadają nieodpalone resztki, których ze stosów nie wrzucono do Gangesu, która jak Lete zabiera umęczone dusze do krainy niebytu.

Przyjeżdżamy z dworca jak zwykle rozklekotanym tuk tukiem. Uliczki centrum starego Waranasi są jednak tak wąskie, że do domu przeciskamy się już pieszo. Przeciskamy się między krowami, ruinami wyburzanych domów, bo Waranasi przechodzi, właśnie obłęd przeobrażenia, bardzo kontrowersyjnego i oprotestowanego. Przez centrum zabytkowego starego miasta ma przebiegać ruchliwa arteria dla pielgrzymów pełna restauracyjek, kawiarni, hotelików itd.! Pod młoty idą świątynie, które stoją tu od 200-300 lat (Waranasi ma 3000 lat ale najazdy wielokrotnie obracały miasto w perzynę) stupy i koronkowo wyrzeźbione sceny z Bhagawadgity, które zdobiły kolumny tutejszych świątyń. Serce nam pęka. Znikają ludzkie domy, bo tu nikt z ludźmi się nie liczy, ich los jest marny, a poza tym w świętym mieście żyje się, głownie po to, aby umrzeć. Niby oczywiste… Wygląda to jak koniec świata, jak powojenny chaos, krajobraz po wybuchy nuklearnym. Gdzieniegdzie wbijają nam się w oko pomarańczowe plamy sygnalizujące święte miejsce, albo resztki świątyni Sziwy, Ganeszy, Humajuna, Wisznu… Ludzie rozpaczliwie ocalają resztki dawnego porządku. Waransi to jedno z najstarszych na świecie. Od zawsze najświętsze – przepływa przez nie Ganges – Matka Rzek, matka stworzenia, początek i koniec. Tu trzeba przybyć pod koniec życia, aby spłonąć na nadbrzeżnym stosie i osiągnąć mokshę.



Dla tego owianego legendami, mistycznego, a dla Europejczyka często strasznego, koszmarnego obrzędu, obcego absolutnie naszej współczesnej kulturze traktowania zmarłych, przyjeżdżają turyści z całego świata.. Ale żeby naprawdę tu być, żeby ze spokojem ducha spoglądać na kremacyjne stosy i z akceptacją odnieść się do innej tradycji, trzeba na chwilę porzucić swoją europejskość. Wtedy spokojnie można usiąść wieczorem twarzą w twarz z tajemnicą śmierci, i wzorem tutejszych, pozwalać myślom płynąć. Nie zatrzymujemy ich, tak jak stosy nie zatrzymują ciał umarłych, jak ich prochów nie zatrzymuje rzeka.
Hindusi nie bronią „białym” dostępu do tego obrzędu, można przyglądać się, zachowując szacunek i dystans należny rzeczom ostatecznym. W sumie jest to radosna i podniosła chwila, zmarły wyzwala się nie tylko z okowów doczesności, ale osiąga „zbawienie” – mokshę czyli wyzwala się z cyklu reinkaranacji, opuszcza krąg samsary. Niech więc będzie wielu świadków tej mistycznej radości. Jednak nie wolno obrzędu fotografować. Hindusi bardzo tego zakazu pilnują. To indyjski paradoks. Ta obojętność wobec śmieci, jako najważniejszej składowej czasem nędznego życia i ten zdecydowany zakaz uwiecznienia tego najważniejszego momentu. Może w tym uwiecznieniu tkwi tajemnica. Może fotografia, utrwala etap procesu, zatrzymuje to, co powinno płynąć, dokonać się bez stop klatki. Byłam tam każdego wieczora, co mam powiedzieć, mam fotografię…

Zanurzam się w obrzęd i codzienność Waranasi dzień za dniem, by zrozumieć wszystko po kolei. Najpierw więc popijając gdzieś w zaułkach miasta niezapomnianą masalę z imbirem, słyszę śpiewy, dzwonki i widzę pędzących ludzi niosących na ramionach mary z ciałem okrytym taką powiedzmy folią NRC i pomarańczowymi nagietkami. Kondukt pogrzebowy właśnie biegnie nad Ganges. Kluczy wąskimi uliczkami, gdy obok toczy się niewzruszone życie. Przejęci wydają się jedynie nowi turyści, przybyli tu przed chwilą, ci co są tu od jakiegoś czasu, spokojnie popijają lassi. Kondukt chce dotrzeć nad rzekę jak najszybciej, obmyć martwe, a więc nieczyste ciało i uwolnić duszę z ziemskiej orbity zdarzeń. Musi oczyścić je ogień. Ciało pozbawione jest owłosienia, nasmarowane balsamami. Jeszcze na noszach zanurzane jest trzykrotnie w Gangesie, potem czeka na swoja kolejkę , na swój stos, a chętnych jest wielu. Sam proces kremacji trwa ponad trzy godziny, stąd robi się korek. Wielu marzy o tym, by zostać spalonym nad brzegiem Gangesu, zwłaszcza na najbardziej prestiżowym ghacie kremacyjnym Manikarnika. Na to trzeba być jednak bardzo zamożnym. Na spalenie jednego ciała potrzebnych jest ponad 300 kilogramów niezwykle kosztownego drewna. Kłody zalegają na całym ghacie, są ważone na gigantycznych szalach. Stosy są potężne, jest ich kilka i płoną dzień i noc. Dodawane do stosu drewno sandałowe (jak kogoś na to stać) lub choć sandałowy proszek powoduje, że nie czuje się swądu palonego ciała. Przy kremacji pracują ludzie najniższej kasty, spoza marginesu społecznego, najubożsi, tak zwani Niedotykalni. Oni wykonują najgorsze, nieczyste prace także w mieście – czyszczą toalety, zbierają padlinę. I choć stosy kremacyjne to złoty interes, i pomimo, że szef Niedotykalnych jest osobą zamożną, nigdy nie wyrwą się ze swojej najniżej grupy społecznej, bo taka jest ich karma, bo stosy to też układ biznesowy. Zajęcie na tym ghacie jest dziedziczone, dlatego bywa, że ciałami zajmują się członkowie tej danej rodziny od kilku pokoleń. Ciało po trzykrotnym zanurzeniu w Gangesie ląduje na stosie, w samym całunie. Mężczyzn kładzie się twarzą do góry i podpala od głowy, kobiety twarzą w dół i podpala od pięt. Mają też różne kolory całunów. Są jednak wśród zmarłych osoby, które mogą ominąć proces kremacji, które są w pewien sposób uprzywilejowane, które z racji swojego stanu lub wieku są „czyste”. Są to święci mężowie – sadkhu, kobiety w ciąży, dzieci do 12 roku życia, śmiertelnie ukąszeni przez kobrę i trędowaci. Tych zmarłych nie czeka stos. Ich ciała w workach w całości wrzuca się do rzeki z kamieniem u nogi (Ci co ugryzła ich kobra często są w letargu i ten sposób pochówku, daje im nikłą, bo nikłą ale jednak szanse na ratunek w razie pobudki).




Podczas kremacji obecni są tylko mężczyźni, którzy wcześniej, na znak żałoby golą głowy i zakładają białe szaty. Ogień podkłada najstarszy męski członek rodziny. Gdy takiego nie ma, robi to kapłan. Wokół stosu wykonywane są różne czynności i rytuały. Ciało płonie, odchodzi w niebyt, nie ma płaczu – bo nie ma kobiet, jest cicho i w pewien sposób dostojnie. Jest w tym jakaś niezgłębiona tajemnica, oczyszczająca moc ognia ma w sobie coś pierwotnego, ma siłę pradawnego rytuału (choć zwyczaj kremacji zwłok nie gości w Indiach od zawsze). Dookoła toczy się życie, ktoś sprzedaje koraliki, ktoś „paszminy”, inny wizerunki boga Ganeszy, ktoś odgania krowę, ktoś obmywa się w brudnej jak kanał rzece, ktoś się modli. Dobrze, że zakazano w Indiach okrutnego zwyczaju – Sati, gdy wdowa zmarłego męża musiała spłonąć na stosie żywcem razem z nim! Zbliża się wieczór, za chwilę na ghatach odbędą się puje (pudże) – codzienne wieczorne modlitwy. Stosy dalej płoną. Ważne aby ciału pękła czaszka, wtedy ciało uwalnia duszę, jeśli nie pęknie sama kapłan rozbija ją pałką. Niedopalone szczątki wyrzucane są wraz z popiołem do Gangesu, czasem jest to więcej niż szczątki. Ciało wraca skąd przybyło. Stos jest gotowy do przyjęcia następnego. Tak to wygląda w dużym skrócie. Widok stosów jest przejmujący, zwłaszcza wieczorem, gdy rozpalają łuną wodę i okolice, gdy dookoła fruwają popioły. Ghat Manikarnika oprócz płonących stosów ma do czerwoności rozpalone krematorium tuż nad brzegiem za stosami. Tamteż non stop płoną ciała. Ludzie na progu śmierci – starcy, chorzy, z całych Indii przybywają, wlekąc swe schorowane i zmęczone życiem ciała do Benares, aby w śmiertelnej ostatniej minucie życia, aby skonać w świętym miejscu i od razu bez cyklu reinkarnacjo osiągnąć mokshę. Coś w stylu opustu zupełnego, jeśli w ogóle mogę to porównać, który otrzymuje się pielgrzymując o świętych miejsc. Dziś nie ma na ulicach ciał zmarłych, działają tu umieralnie, gdzie na śmierć można czekać do dwóch tygodni. Jest za to jak dawniej wielu świętych mężów, pogrążonych w medytacji, niektórzy to po prostu przebierańcy, z jednym okiem przymkniętym do swego wnętrza drugim spoglądającym na zszokowanego turystę który próbuje sfotografować barwną scenę. wtedy następuje czas, by wyciągnąć po rupie.



Manikarnika nie jest jednym, gdzie płoną stosy, kilkanaście ghatów dalej, jest inny, dużo mniej znany i popularny, gdzie ciała płoną jak tam, całą dobę, gdzie dystans dzielący patrzącego właściwie nie istnieje, co jest chyba bardziej szokujące. Nie ma tu jednak tłumów turystów, jest ubożej. Tu dusze odchodzą w warunkach, jak dawniej, w milczeniu, bez tłumów, a często nie żegnane przez nikogo prócz kapłana.



Paweł przeżywa szok. Nie może odłożyć swojej europejskiej głowy, pełnej skojarzeń wojennych z krematoriami i palącymi się zwłokami, dlatego jest mu trudniej, dla niego ta wizyta jest początkowo obciążająca. W końcu jednak intensywność tutejszej codzienności porywa i jego. Ja nie mogę się oderwać od mistyki obrzędów – palenia, obmywania, wrzucania, picia, zanurzania, pochłania też mnie kruchość tutejszego trwania, obojętność na splendor otaczających nas niszczonych starożytnych budowli, a wreszcie festiwal folklorystyczny, który na tym wszystkim wyrósł podczas naszej wizyty.

Varansi jest fascynujące. Lepi się od brudu, jest pękate od mistycyzmu, pełne kuriozalnych zdarzeń i malowniczych obrzędów, jego rzeka ma kolor niemal atramentu. Wszędzie znajdują się prowizoryczne aśramy, świątynie, a tuż przy nich golarnie i fryzjernie, niosące pomoc w żałobnych przygotowaniach. Warto przyjść na ghaty o 18.00, szczególnie na Ghat Dasaswamedh – najważniejszy w Benares. Tu ma miejsce każdego wieczoru Ganga Aarti , słynna, niezwykle widowiskowa, pełna muzyki, dymu i ognia puja poświęcona Matce- Gandze. Bramini w otoczeniu kapłanek, przy ogłuszających dźwiękach bębnów i dzwonków, którymi poruszają obecni na pudży, dziękują Matce –Rzece, oddają jej hołd. W powietrze rzucane są płatki kwiatów, ryż, rzeka okadzana jest dymem z kadzielnic. Wszystkiemu w spokoju przygląda się złoty posąg Wisznu dzierżący trójząb. Modlitwa trwa niemal dwie godziny, taka nazwijmy to suma ;-)))). Jest pełna kolorów, światła i bardziej przypomina spektakl, a może nawet znane nam procesje katolickie, tylko, że ta ma miejsce każdego dnia. Po Gangesie pływają wtedy setki łodzi wypchanych turystami, chcącymi obejrzeć ceremonię z wody. Przychodziliśmy codziennie, oczarowani, zasłuchani, zabrani w bezczas przez dźwięk dzwonków, kadzidła i rozsypywanych kwiatów. Takie puje odbywają się na każdym z ghatów, które mają świątynię. Uczestniczyliśmy w takiej, która prowadził tylko jeden Bramin. Były i kwiaty i dym i światło, ale modlitwa wydawała się głębsza i pozbawiona cech spektaklu turystycznego, jakich siłą rzeczy nabrała ta główna, pełna obecności turystów.




Każde z 88 ghatów, które ciągną się wiele kilometrów wzdłuż Ganesu, zostało kiedyś ufundowane i było lub jest utrzymywane przez głównie maharadży, klasztor, świątynię. Przy każdym jest jakaś świątynia, często kilka, a prowizorycznych aśramów są dziesiątki. Zwiedziliśmy może jedną trzecią, a i tego nie jestem pewna. Na jednym jest słynna umieralnia założona przez Matkę Teresą, w sąsiedztwie Ghatu Manikarnika na Mir Ghat zawisła nepalska świątynia. Piękna wyrzeźbiona w drewnie, ze scenami erotycznymi, pilnują jej głowy smoków. W środku i w otoczeniu panuje spokój. Wybudowano ją wysoko , na skale, stąd można ogarnąć panoramę obłąkanego Benares i złapać na chwilę dystans i równowagę, spróbować podsumować myśli. Przyjazne spojrzenia mnicha, brak pośpiechu, cisza oczarowały nas, spędziliśmy tam kilka godzin, siedząc po prostu na progu świątyni obok niego. Brakowało nam tylko na horyzoncie ośmiotysięcznych pobielonych śniegiem szczytów Himalajów…

Postanowiliśmy złapać oddech oddalić się nieco od rzeki i zanurzylismy się w rozorane nowym planem zagospodarowanie centrum starego Waranasi, zaglądnęliśmy w jego zaułki, spoglądając w oczy kozom, krowom, w twarze przyprószonym pyłem bóstwom. Długo nie mogliśmy trafić do Kashi Vishwanath (inaczej Złotej Światyni), najważniejszej świątyni w Benares, poświęconej bogu Shiwie – według legendy założycielowi miasta. Do niedawna nie-hinduista nie mógł jej zwiedzać. Dziś dla obcokrajowca jest osobna kolejka, krótsza (wszyscy turyści siedzą na ghatach i nie zaglądają tu), przechowalnia bagażu i obuwia – do świątyni wchodzimy bez plecaków i oczywiście boso (lub w skarpetach). Wymijamy więc sznur bosych, dzierżących w dłoniach płatki róż i mleko wiernych i oczarowani lądujemy w kompletnie obcej nam boskiej kosmogonii.


Ale nie możemy się uwolnić od Gangesu. Varansi pełne jest pielgrzymów. Aby obmyć swe ciała z grzechów muszą obmyć się jednego dnia na pięciu najważniejszych ghatach, w określonej kolejności. Tak więc obserwujemy młode pary, które przybyły tu po błogosławieństwo na nowej drodze życia, medytujących sadkhu, słuchających nauki, patrzymy na kąpiących się, a wieczorem wiedząc, że Tymo ma bardzo trudny egzamin ofiaruję Gandze płatki róż i światło w ryżowej miseczce, a co mi tam. Czekamy na ostatni dzień, aby o wschodzie słońca wypłynąć łodzią na rzekę, by zobaczyć te najważniejsze poranne ablucje. Pamiętam je z opowieści. Wschodu nie było, bo nad Benares nadciągnęły chmury, a my i tak spóźniliśmy się przez moją kraksę na schodach przy hostelu. Łódka jednak zabrała nas w rejs z naszym ubogim i życzliwym Charonem i nie bez obaw, rozpadająca się krypką, wkroczyliśmy na mętne wody wieczności. Niezwykły jest drugi brzeg Gangesu, niezabudowany, pusty ze stadami krów i pasterzami, ale i śmietniskami, na których często bywa lądują wyrzucone przez rzekę ludzkie szczątki.


Obmywanie się w Gangesie trwa właściwie w Waranasi całą dobę, Hindusi przebywają tu całymi rodzinami z różnych okazji. Trudno uwierzyć, że można przeżyć kąpiel w tym grzęzawisku ludzkich prochów, śmieci, szczątków ludzkich i zwierzęcych, jedzeni, odchodów, chemikaliów – bo ludzie w Gangesie się myją i tu robią pranie. Im jednak nie szkodzi, niektórzy tę wodę piją – święta woda, nie może szkodzić. Na wielu twarzach widać radość, uniesienie, ekstazę. Przerażające jest to jest to, że w tej samej wodzie prana jest również pościel z hosteli otaczających ghaty, a są ich setk i różnych standardówi! Tak więc uwaga, nie ma szans aby w Waransi nie mieć kontaktu z z życiem Gangesu – spisz w pościeli, która na pewno była wyprana w tej wodzie poniżej! Cóż, zanim spięliśmy malowniczo rozłożone pranie na ghatach w kolorze niby białym, z pościelą hostelu, dziwnie szarą i lekko wymiętą, jakby ktoś jej wcześniej używał, to przywykliśmy.


Chciałabym wrócić. Waransi pełne krów, kóz, duchów, bóstw, psów, napisów w języku, który Hindusi uważają za angielski, sadkhu z paznokciami i dredami do pasa, modlitw, śmierci i wyzwolenia, zalęgło się we mnie na zawsze. To miasto rozsadza umysł Europejczyka, dlatego nie próbuję go podsumowywać, zrozumieć, dlatego ten tekst jest tylko relacją, tego co widzieliśmy i przeżyliśmy. Ganges przepłynął przez moją głowę i oczyścił ją z wyobrażeń o niemożliwym. Dlatego gdy dopaliło się kolejne ciało , poszliśmy na samosy, ucztowaliśmy jak Hindusi, ciesząc się, że kolejna dusza uwolniła się z cyklu reinkarnacji, czy ona jest czy jej nie ma. Pod nami (siedzimy na pięterku), tysiące sprzedawców sprzedaje to co zwykle. Dzwonki wzywają na Puję Aari. Po spokój, skupienie i dźwięki mantry, ruszymy nazajutrz do buddyjskiego Sarnath.

To taki nasz autoportrecik waranaski…, fot. NoszkaPon 2020, styczeń 2019
