Lecznica dla ciała i duszy – greckie Epidauros

„Świat cały teatrem, aktorami ludzie,

Którzy kolejno wchodzą i znikają…” – William Szekspir

Słońca! Wołają forsycje, słońca! Wołają fiołki, słońca! Wołają żonkile, tulipany! Słońca, bym chciała chyba, już! myślę sobie. Nie krzyczę, bo zima tego roku była piękna, obfitująca w wiele górskich zabielonych pejzaży, więc się nie złoszczę, czekam, aż ukłoni się po raz ostatni i zejdzie ze sceny. Do słońca wystawiam twarz. Słońca wiele było w naszych podróżach, bo w ciepłe kraje podróżowaliśmy zazwyczaj, albo w stronę słońca, gdy w górach. Gdzie odbyła się moja pierwsza podróż? Szukałam w pamięci, Czechosłowacja z rodzicami, Budapeszt w związku z nagrodą w konkursie… Ale tak naprawdę, pierwsza wielka podróż, taka miesięczna, z lotniczym biletem w dłoni, to na II roku studiów. I odbyła się właśnie w stronę słońca, do kolebki europejskiej kultury, do słonecznej Grecji… Zresztą ostatnia, przedwirusowa, także. Zadziwiające – jak to się stało, że ten właśnie kraj zamknął, zatrzymał w jakimś cywilizacyjnym kole historię mojego przemieszczania się,  poznawania. W starożytności się zaczęło i tam, w ruinach pierwszego teatru, się skończyło. Zima kłania się na scenie. Zapraszamy więc do teatru. Co tam świat nam chce o sobie opowiedzieć?

Teatr Dionizosa w Atenach, siedzę na miejscu dla tyrana… ;-), wtedy jeszcze było można, fot. sam aparat, 1997

Grecja, Ateny. Dwa były powody. Pierwszym była ogromna, rozlewająca się obezwładniająca miłość do teatru, druga, więzy przyjaźni, trwającej od dzieciństwa tylko zintensyfikowanej odległością i czasem. Kacha, Książe cały nadchodzący, wieloodcinkowy grecki epos jest z dedykacją dla Was bez Was, Waszej gościnności by go nie było, a na pewno nie byłby taki sam.

II rok teatrologii, Uniwersytet Jagielloński. Profesor Ewa Miodońska- Brooks w półmroku sali wykładowej włącza wehikuł czasu i slajdami przenosi nas niemal 25 stuleci wstecz, do źródeł opowieści, do pieśni kozła, Wielkich Dionizji, gdzie podczas agonów w szranki stają wielcy: Ajschylos, Sofokles, Eurypides. Podróżujemy w świat, w którym Tespis przy pomocy aktora, wprowadził w ruch machinę opowieści, metafory, mimetycznej hydry, a ta od tysięcy lat pokazuje ludzkości jej dorobek i nad nim płacze. Widzę koło orchestry i ruiny skene z ciosów kamienia, rozbielone słońcem parodosy, kamienny łuk widowni, kołysane przez głęboką zieleń łagodnych wzgórz i otaczającego budowlę gaju. Jest tam słońce.

Nie wiem co stało się w tej sali, podczas tego wykładu, bo zniknęłam nagle…Stoję, siadam na widowni teatru w Epidauros – o nim opowiadała Pani Profesor – nasłuchując czy rzeczywiście usłyszę z górnej części widowni nienawistny szept planującej kolejną zbrodnię kolchidzkiej księżniczki Medei, wnuczki Heliosa, która stoi maleńka na samym dole. Rok później, klimatyzowany autobus przejeżdżając nad błękitną żyłą Kanału Korynckiego, wiezie mnie najpierw do uroczego, nadmorskiego Nafplion, a potem do serca mojej miłości i tęsknoty, do eukaliptusowego sanktuarium, do największego zachowanego starożytnego greckiego teatru, do zobaczonego tak świadomie, na tym wykładzie Epidauro. Tu dusze ludzkie leczy się sztuką. Od samego początku tej podróży taki właśnie był plan, nic nie mogło go zatrzymać. Pamiętam jak z bijącym sercem wydawałam przeznaczone przez dziadka na naukę gry na pianinie pieniądze, na bilet lotniczy. Nie ma już tego miejsca w Krakowie, w którym odbyła się ta magiczna transakcja, a wybrałam szczególne. Z okiem biura widać było Teatr Słowackiego.

Błękitna żyła Kanału Korynckiego, fot. NoszkaPon, 2007

„Syreny teatru urzekają twe oczy by Cię uczynić swym niewolnikiem”

O Festiwalu Ateńskim, a zwłaszcza jego części Festiwalu w Epidauros odbywającym się zawsze w wakacje dowiedziałam się już na miejscu w Atenach – u źródła opowieści, tuż obok pierwszego starożytnego greckiego Teatru Dionizosa i Odeonu Heroda Attyka, na świętym wzgórzu – na Akropolu. Duży brązowy baner zapowiadał festiwalowe przysmaki. Najbliższym – już za dwa dni miała być Medea Eurypidesa, wielkiego greckiego tragika, psychologa ludu ateńskiego, diagnostyka ludzkości. Eurypides, wspaniale! Najtragiczniejszy z tragicznych, poddający ludzką naturę wiwisekcji, nie podając lekarstwa na zdiagnozowaną chorobę, nieakceptowany, nielubiany, bo odrzucający wizję bogów z ich słabościami tak przypominającymi ludzkie, trudny, nierozumiany… Chcę zobaczyć tę jego chropowatą Medeę w dekoracji greckiego wieczoru. Choć to inaczej niż widywali ją niegdyś starożytni Grecy – za dnia, to nic, miejsce – szpital dla duszy będzie ten sam. Bilet drogi jak cały świat jest przepustką do niebywałego przeżycia. Do spektaklu granego na sposób klasyczny w klasycznym kostiumie, koturnach, masce. Gdzie będę nocować po skończonym przedstawieniu? – nie wiem! Jak wrócę do Aten? – nie wiem!, jakoś. Jadę. Potrzebuję tego festiwalu w tym miejscu, w jego koturnowej, archaicznej formie, bo nic w tym świecie – zobaczonej współczesnej Grecji – na razie nie zgadza się z tym obrazem, z którym tu przyjechałam, z tym z wykładu, książek i podręczników. Udaję się więc do sanktuarium- szpitala. Teraz gdy ludzkość choruje jeszcze fizycznie, może się nam to przydać.

Najstarszy gecki teatr starożytny, ten pierwszy – Teatr Dionozosa, Ateny, Akropol
Odeon Heroda, Akropol, teatr z czasów rzymskich, fot. NoszkaPon 2007

Słyszę słowa z Medei:

„Płyńcie wstecz do waszych źródeł, świętych rzek,
I niech wielki porządek świata zostanie odwrócony.”

Wracam zatem do źródeł. Odwracam porządek dawnego greckiego świata teatru i z jasności błękitnego nieba i upału niewielkiego miasteczka Nafplion wejdę w mrok teatralnego wieczoru w Epidauros. Co by na tę odwrotność powiedzieli dawni? Nafplionu- uroczego miasteczka na Peloponozeie, założonego przez Posejdona, boga mórz, pilnuje twierdza, do której trzeba się wspiąć po 900. schodach. Jest tu kilka muzeów, cenny monastyr, ruiny starożytności. To stąd ruszają autobusy do Epidauros. Urocze miasto jest niesprawiedliwie tylko turystycznym bohaterem drugiego planu, odwiedzanym na chwilkę, w drodze do teatralnego sanktuarium, piekne jest więc pewnie tu wrócę.

Widok z twierdzy w Nafplion ma morze i miasto, fot. NoszkaPon 2007

Jest wieczór. W festiwalowym autobusie jadą tylko widzowie. Lgną jak ćmy do światła reflektora, spodziewając się może lekarstwa, na nurtujące świat i ludzkość choroby – gniew, zazdrość, zemstę, miłość, zawód. Wieczorną, długą aleją mijamy szkielety starożytnych budowli dawnego sanatorium i sanktuarium Asklepiosa, którym było Epidauros w starożytności. W ciemnościach jedynie majaczą zarysy. Schody prowadzą do teatru. Jestem ćmą, widzę światło, przyśpieszam. Nie wierzę, że tam jestem, zastanawiam się jak bardzo mocno śni mi się to, czego doświadczam. Ogłuszającemu koncertowi cykad, towarzyszy zapach dogaszanego przez wieczór upału. Budowla, do której zmierzam Tapochodzi z IV wieku przed naszą erą i jest ogromna. Zbudowano ją dla promieni słońca, ale nadspodziewanie zyskuje w dramaturgii wieczoru, w blasku reflektora. Jest zarazem groźna, jak otwarta paszcza wieloryba. Z wysokości 52. rzędu widowni orchestra – miejsce dla chóru, wydaje się małym kolistym fragmentem, niewielkim sercem całego nieskończonego wszechświata teatru. Poliktet Młodszy architekt teatru zdumiony byłby widokiem swego dzieła, oświetlonego współczesnym reflektorem. Ta umyślna nieautentyczność, ta jedna niespójność realiów, wyłom w tradycji jest ukłonem w stronę współczesności, jest próbą tłumaczeniem tego, co za chwilę się wydarzy na język naszej współczesnej percepcji, jest pomostem pomiędzy galaktykami pokoleń. Tak tylko Eurypides i współczesny mogą się dziś zrozumieć.

 Siadam cichutko, żeby nie zburzyć snu i oczarowana zerkam na „scenę”. W ostatniej chwili przytomności proszę kogoś obok o pamiątkową fotografię. Nie mam wówczas pojęcia, że będzie to jedyna jaką posiadam z tego miejsca i teraz i potem… Zaczyna się….

Jedno, jedyne zdjęcie z Epidauros na godzinę przed rozpoczęciem spektaklu…, Jedno jedyne aż do dziś…, 1997 , fot. ktoś zrobił Noszce zdjęcie…

Niewiele pamiętam, bo przepłakałam całe trzy godziny… Siedziały tam ze mną przez te godziny całe greckie tysiąclecia. Widzowie kolejnych agonów, żywiołowo reagujący na efekty talentów starożytnych dramaturgów. Wśród nich, był i Eurypides, nerwowo, czy ze stoickim spokojem spoglądający na nieakceptujący swojej wizji  i idei ludzkości tłum. Klęska zdradzonej kobiety, jej krwawa zemsta, haniebna ucieczka nie znajdują u Greków zrozumienia i akceptacji. Od wizji choroby bezwolnie toczącej ludzkość, starożytni (my także!) wolimy tępe ostrze przeznaczenia którym dźgają nas bóstwa. Trafnie ujmuje to profesor Zbigniew Kadłubek: „Jak może wygrywać konkursy ktoś, kto mówi smutną, przerażającą prawdę o ludzkiej kondycji? Kto mówi wprost: człowiek jest przewlekle chory; człowiek słabuje od głowy aż po ostatnie członki. (…). Człowiek choruje sam w sobie i poza człowiekiem: w społeczeństwie, w polis, we wspólnocie. Niezależnie od tego, czy zabił matkę jak Orestes (Apollo mu kazał!), czy ukradł dwa piwa w supermarkecie, czy wyciął drzewa z połowy ziemskiej kuli, czy dodawał azbest do płyt elewacyjnych. Albo był uśmiechniętym akwizytorem Monsanto Company Inc. w województwie świętokrzyskim. Człowiek choruje. To podstawowa wiedza o zdrowiu i życiu.”

 A Eurypides tak właśnie to widział, w tej niemocy wyzdrowienia ludzkości upatrywał dramatu człowieka.

W dawnym sanktuarium, lecznicy Asklepiosa, znów, tym razem XX-wieczny przybyły, szukając odpowiedzi, wrażeń, często przyjemności w niemym zachwycie i niemej rozpaczy jest świadkiem zdarzeń, które rozgrywają się między nami od zarania ludzkich dziejów, a opowiadane są w tym miejscu od ponad 2300 lat… Teatr-sanktuarium?  Skoro ludzkość toczy choroba, trzeba ją leczyć. Asklepios leczył przybyłych magią, ziołami, sztuką i zapachem eukaliptusa.

Cieszyłam się, że ten grecki wieczór zdecydowano pozostawić takim, jaki być może był poranek w Atenach w V roku p.n.e..  (Eurypides po raz pierwszy pokazał swój dramat widowni w teatrze w Atenach). Aktorzy mieli onkosy, koturny, proste szaty, chór opowiadał o potwornej zbrodni na dzieciach Jazona i o tchórzliwej ucieczce królewny – czarodziejki.

Katagogion – miejsce, w którym niegdyś znajdowały się hotele dla pielgrzymów i towarzyszących im osób. Fot. NoszkaPon 2007, Epidauros

Nie pamiętam jak wróciłam do Nafplion, ale ocknęłam się na dworcu autobusowym tuz przed północą. Błąkając się od łódki do łódki na gwarnym, mimo pory nabrzeżu, szukałam pod gołym niebem schronienia na te kilka pozostałych godzin nocy. Myśli i emocje tego wieczoru nie zmieściłyby się bowiem pod żadnym dachem tego skrawka Peloponezu. Decyzja zapadła – wzorem myślicieli, starożytnych filozofów – poszukam rozwiązania problemu, a potem odpowiedzi na pytania natury egzystencjalnej pod drzewem oliwnym, u wrót nafpliońskiej twierdzy. Mając u stóp całe miasto, niczym swój mikroświat, wyczekując świtu i pierwszego kursowego autobusu do Aten, pomyślę, ochłonę.

Do Epidauros wróciłam raz jeszcze, dekadę później. Na innym etapie życia, z innymi doświadczeniami, z sercem, w którym miłość do teatru przerodziła się w nostalgię. Wróciłam za dnia i nie na Festiwal Ateński. Chciałam spojrzeć na teatr w promieniach słońca, sprawdzić siłę opowieści tej budowli w warunkach do jakich była przeznaczona. Grecy oglądali przedstawienia w świetle poranka, nawet świtu, który pozwalał na komfortowe obserwowanie zdarzeń jeszcze zanim bezlitosne słońce rozgrzało dzień na dobre. Agony – „konkursy na najlepszą tragedię” odbywały się na przełomie marca i kwietnia. Podczas święta zwanego Wielkimi Dionizjami na cześć boga Dionizosa. Miały charakter święta państwowego (dziś trudne do wyobrażenia!) i były organizowane przez Ateny. Wystawiano trzy tragedie i dramat satyrowy – powiedzmy dziś komedię. Głosowała widownia. Przyznawano dwie nagrody. Miejsce trzecie – było uznawane za porażkę.

Twierdza w Nafplion, fot. NoszkaPon 2007

Przyjechaliśmy – jak poprzednio najpierw do Nafplion (ta sama oliwka czekała u wrót zamku). Tyle opowieści dotarło w tym czasie do Tymkowych uszu, że sam podniecony czekał na spotkanie z siedzibą Melpomeny. Epidauros i tym razem zrobiło wrażenie. Nawet na tych, dla których to miejsce to tylko kolejny do „odrobienia” punkt na turystycznej mapie greckich wakacji, a komiczna i tragiczna maska, to tylko twarze z grymasem bólu i radości, z jakiegoś powodu sprzedawane właśnie w Grecji. Bo nie ma piękniejszego tła dla dziejących się tu niegdyś i teraz opowieści – znów ogłuszające cykady, las widoczny z każdej strony dawnego gaju Asklepiosa, zachwycający i kojący zarówno dusze, jak i ciało, pachnący, dający siłę, tak, jak chciał ten starożytny wspaniały, mądry medyk.

Epidauros, dziś nie jest już miastem, a stanowiskiem archeologicznym. Trzeba poświęcić mu dzień. To starożytne sanatorium, wraz z dawną świątynią Apollina nie wypuści Cię tak szybko. Coś nadal powoduje, że przybysze odruchowo siadają na widowni i patrzą w dal. W każdej wyobraźni miejsce to buduje inne obrazy, których karze być być widzem, uczestnikiem, a może twórcą. To wielki konfesjonał ludzkości. Być może magia tego miejsca, albo wrażenie jakie zrobiło na mnie po raz kolejny, spowodowało, że nie mam zdjęcia Epidauros… Pamiętam doskonale wiele kadrów, w które chcieliśmy ująć ogrom, majestat, historię i znaczenie teatru w Epidauros. Nie chciało zmieścić się w żadnej z prób. Może dlatego coś, ktoś, zdecydował, że skoro nie można doskonale to nie będzie wcale? Tak więc nie mam zdjęcia teatru w Epidauros. Kadry, które przywieźliśmy są pzrewietlone, białe… Stąd załączam czyjeś – wikipediowe, aby było choć zobaczone, komuś pzowolił sie sfotografować i zabrać swoją duszę ;-). Mnie pozostała ta jedna, jedyna fotografia z pierwszej, wieczornej wizyty… No i jak tu nie wierzyć w siłę tego miejsca?

Kojące oko widoki z Nafplion, fot. NoszkaPon 2007

Do dziś teatr w Epidauros żyje życiem artystycznym. To wzruszające, że czas, który najpiękniejszym, najważniejszym nawet budowlom odbiera ich przeznaczenie, czy życie, dla tej wyjątkowej świątyni sztuki był łaskawy, ciągle jest sceną.

Pięknie położony jest teatr w Epidauros –  wśród wzgórz porośniętych oliwkami, cyprysami, wśród traw. Liszaje porostów i zmarszczki pór roku, dodają jej jedynie uroku. Chropowaty, mocno rozgrzany słońcem dotyk siedziska widowni, mam pod palcami do dziś. Ludzki twór, znakomicie, wzorem wrażliwości starożytnych estetów, wkomponowany w przyrodę, dyskretnie ułatwiający kontemplację tego, co daje stwórca i pełne przeżywanie tego, co uczynił człowiek. To miejsce kompletne. Także dziś pomimo tego, że całość założenia możemy tylko poznać z opisów. Nasze oko nie podniesie i nie poskłada w całość cytatów architektury. Kilka świątynnych kolumn, fundamenty gimnazjonu, hotelu dla przybyłych kuracjuszy, pozostałości po stadionie, czy świątyni Asklepiosa. Potężny kompleks budowli był miejscem pielgrzymkowym, w takim stopniu jak lecznicą. Dla starożytnych oczywistym było że choremu ciału, towarzyszy chora dusza i odwrotnie, stąd leczono chorobę ludzkości i choroby ludzi, nie tylko przy pomocy świętych węży, snu,  ziół, magii, ale też ćwiczeniem tężyzny fizycznej sprawności ciała, sztuką zaś leczono ducha. Tamto miejsce wpisało się w DNA innych diagnostów ludzkości: Szekspira, Schillera, Moliera, Osterwy, Witkacego, Stanisławskiego, Appii, Artaud`a, Craiga, Grotowskiego, Wyspiańskiego, Swinarskiego, Kantora, Barbery, wielkich którzy próbowali opisać, zrozumieć lub pokazać nam chorobę ludzkości……

Dlatego ten teatr ma takie rozmiary…

Teatr w Epidauros – źródło: Wikipedia

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.