NoszkaPon kończy rok. Gdy 21 marca, rok temu ukazywał się pierwszy wpis, to pogoda była taka sama… śnieg, zimno, przeplatane deszczem. I dziś jakby się nic nie zmieniło. Była też wtedy pandemia – choć wówczas młoda i był lockdown, silniejszy niż obecnie. Nie zmieniło się jedynie to, że nieustająco ruszamy razem w świat. Zatem, stawiajmy żagle i ruszajmy do Portuglskiej Lizbony, bo to stąmtąd wzięła się winieta bloga… Dwie tajemnicze kolumny zanurzone w wodzie znajdują się w sercu Lizbony – wieńczą pewien plac lizbońskiej dzielnicy Baxia – Praça do Comércio. W tym miejscu miasto kończy i zaczyna się wodą. W zależności od przypływów i odpływów Tagu, woda muska ustami lub gorąco całuje brzeg miasta. Nie może się ta morska stolica definiować bardziej wyraziście. Powstała z morza i żyje morzem. Kolonialne imperium, jeden z najważniejszych graczy epoki Wielkich Odkryć Geograficznych swoje oczy zawsze ma skierowane w oceaniczną dal. Ojczyzna Vasco da Gamy, Julio Cortazara, Bartolomeo Diaza – ziemia żeglarzy, odkrywców, w takim samym stopniu co twórców niewolnictwa, rabusiów bogactw zamorskich kolonii, budowniczych potęgi opartej o krzywdę i wyzysk Afryki i Brazylii.

Dwie kolumny. Symboliczne wyjście na świat, brama morska, słupy Herkulesa wyznaczające granice znanego świata. Wybraliśmy je, bo są znakiem – to wrota poznania, ciekawości i przygody, brama przez którą chętnie wyruszamy w podróż i przez którą równie miło jest nam wracać do domu Niemal słychać w tym miejscu ten sam śpiew syren, który wabił załogę Odysa. My jednak nie przywiązujemy się do masztu. Niech dziś ta brama otworzy się na oścież, wpuszczając nas do portugalskiej Lizbony.

Czy Lizbona jest kobietą? Morska potęga, to ona. Karawela, łódka, żaglówka, podróż, przygoda to ona. Muzyka to ona, stolica to ona, Portugalia, ona! Zawsze czekająca na brzegu na swoich Wielkich, gdzie „jeszcze się żagiel bieli”. A tęsknota, pieśń? Też ma pierwiastek kobiecy. Lizbona, targana namiętnościami, była potężną władczynią. Wielokulturowa, zamożna, bogata ale też okrutna i chciwa. Nie tak gwałtowna jak Hiszpania, nie tak kompulsywnie pożerająca swoje kolonie, może nieco od niej łagodniejsza, bo jakby nieśpieszna… Poddawana działaniom żywiołów, trzęsieniom ziemi, śmiercionośnym falom – niszczycielskiej sile natury. Zawsze się podnosiła. Z takiego materiału – nieugiętego, dumnego, ze snów o potędze, ulepieni zostali tutejsi odkrywcy, wspaniali żeglarze, nieustraszeni zdobywcy. Portugalia do dziś hardo spogląda oceanowi w twarz, sylwetką Henryka Żeglarza z belemskiego pomnika. O tym wszystkim co zaszło śpiewa, kobiecym i męskim, niskim, nosowym głosem w zakątkach najstarszej dzielnicy – Alfamie, gdzie kręte uliczki, wąskie schodki, okna, okiennice i kolorowe azulejos pokrywa niewidoczny woal saudade – tęsknoty, nieustającego mrowienia duszy. Ten smutek fastryguje z sobą skomplikowane, burzliwe dzieje portugalskiej stolicy.


Wiadomo gdzie zatem zamieszkamy – właśnie tam, w podszewce tej historii – w samym środku nostalgicznego Fado – w lizbońskiej Alfamie, całkiem do niedawna jeszcze osławionej opowieściami o szemranych zaułkach i biedzie. Tu, w miejscu narodzin tej niepowtarzalnej, portugalskiej nuty tęsknej, smutnej śpiewanej przy akompaniamencie dwóch gitar, próbującej wyrazić owo saudade – tęsknotę, za czymś co jest daleko, albo czego być może nawet nie ma… W fado, które rozbrzmiewa tu co wieczór z każdej nieomal kawiarni, będziemy upatrywać owego mrowienia lizbońskiej duszy. A tęsknią w Portugalii okrutnie. Kto tu tęskni i do czego? On do niej, ona do niego, oni za sobą, do miłości, królowie do morskiej potęgi, niewolnicy do wolności, emigranci do utraconej ojczyzny, żeglarze do ukochanej karaweli, do huku oceanicznych fal? Wiatr niesie wodą tę smutną pieśń … Atlantyk zamienia ją w szum fal, może w syreni śpiew, który wabił Odysa… a może ten syreni śpiew to właśnie fado?…
Piękno lizbońskiego smutku jest urokliwe i zniewalające. Trzeba je smakować, doceniając urok tutejszego bycia. Na przykład w słonecznej rozpuście lata, w drobinach historii zawartych na ceramicznych prostokątnych cudenkach zdobiących fasady i wnętrza lizbonskich budowli, w odkładaniu planów na jutro, w gościnności, pozbawionej nachalności, w rytmie nieśpiesznej XIX-wiecznej pieśni z alfamskich zaułków i knajp w zielonej zupie, zielonym winie i suszonym, przyrządzanym na 365 sposóbów bacalhau czyli dorszu. Pozwolić smętkowi rozlewać się w pamięci i zmysłach jak pulsująca, pełna tęsknoty, pieśń z Alfamy, to rytm tutejszej codzienności.


Szkoda, że nie znał tych melodii urodzony w XII wieku w Alfamie późniejszy święty kościoła katolickiego– patron Lizbony Antoni. Nie znał fado, ale patronuje poszukiwaniom rzeczy zgubionej – rzekło by się takiemu materialnemu saudade… Lizbona sprzyja tęsknocie. Jest piękna, przyjazna, uśmiechnięta i życzliwa, nieśpieszna, pomimo stołecznej roli. Rozpostarła swoją urodę na wzgórzach, z których można tęsknie spoglądać w dal. Z kilku miejsc w oceaniczną, z innych, zadumanym wzrokiem muskać sylwetkę miasta. W każdym zaułku owo saudade daje o sobie znać. W każdym miejscu czuje się obecność nieistniejącego. Nie wiem na ilejest to ciekawość historii powstawania morskiego imperium, na ile jest to, to, które stawiało żagle karaweli Henryka Żeglarza, a na ile są to westchnienia i rozpacz skutych kajdanami Afrykańczyków których od XV wieku przywoziły do Portugalii królewskie okręty. Wszak to tu do portugalskiego Lagos w 1444 roku przybył pierwszy statek z niewolnikami z Czarnego Lądu.
Oczywiście, że należy ruszyć żółtym tramwajem nr 28, który jedzie truchtem, skrzypieniem, nieśpiesznie, po lizbońsku przez całe miasto, To taka mniej więcej podróż vaporetto no. 1 po weneckim Kanale Grande. Jako, że to słynne electrico często jest przepełnione i na podróż nim czekają tłumy, to może nie ma co czekać i ruszyć innym, na przykład 15-tką, która często też jest zabytkowym wagonikiem. Na taki właśnie trafiliśmy z Tymem. Ruszamy zatem z serca najmłodszej, zniszczonej w 1755 roku trzęsieniem ziemi dzielnicy Baixa, do tej, któraz kolei cudem ocalała z kataklizmu i która kiedyś była głównym portem portugalskiego morskiego imperium. Jedziemy do Santa Maria do Belèm. Przed nami miejsce, z którego wypływał na ocean Vasco da Gama, skąd wyruszały całe pokolenia odkrywców, skąd i dziśwspó lcześni marzyciele buntowniczo patrzą wraz z Henrykiem Żeglarzem oceanowi w twarz. Jedziemy doń tramwajem, statku nie mamy.

Belèm, jak nazywają lizbończycy, tę oddaloną o 6 km od centrum część miasta, jest jedną z wizytówek portugalskiej stolicy. Dla morskich opowieści – kilku miejsc należy się tu pojawić: dla klasztoru Hieronimitów, dla Torre do Belèm, Pomnika Odkrywców i Muzeum Morskiego. Dzielnica leży na styku Tagu i Oceanu Atlantyckiego. Wyśmienita lokalizacja dla portu! Pozostałością po świetlanej morskiej przeszłości miasta jest 30-metrowa, XVI-wieczna Torre de Belèm – czyli wieża, niegdyś strzegąca wejścia do portu. Dziś, w wyniku trzęsienia ziemi, które zmieniło koryto rzeki, znajduje się na prawym brzegu Tagu. Jej historia, romantyczne usytuowanie tuż przy ujściu rzeki do oceanu, przepiękna manuelińska architektura, koronkowe zdobienia i zapach morskiej przygody działają na wszystkich jak magnes. Spędzimy tu trochę czasu, widzę w Torre ten lizboński pierwiastek kobiecy, strażniczki, pięknie odzianej, wyłaniającej się z portu, jak w piosence o wiernym czekaniu na brzegu. To jednak zaledwie ułamek urody innego manuelińskiego cacuszka, wpisanego wraz z wieżą na listę UNESCO – Klasztoru Hieronimitów. A właściwie kompleks klasztorny, będący największą i najbardziej spektakularną budowla Belèm. Perła , diament, cud, piękno, maestria zastygła w kamieniu, jakieś poskręcane i roziskrzone żywioły, ujęte w bezruch, a mimo tego dynamiczne, poruszające zmysłami i wyobraźnią. Do wieży jeszcze wrócimy, na razie żaden żagiel nie bieleje na horyzoncie.

Klasztor Hiernonimitów to jeden z siedmiu cudów Portugalii, ucieleśnienie stylu manuelińskiego łączącego późny gotyk z renesansem, idealne odzwierciedlenia hiszpańskiego plateresco. Styl manueliński zawdzięcza swą nazwę portugalskiemu władcy – Manuelowi I Szczęśliwemu, twórcy potęgi Portugalskiej wczasach Wielkich Odkryć Geograficznych. To tu w kościele kompleksu (Kościół Najświętszej Marii Panny z Belèm) znajduje się między innymi grób jednego z najwspanialszych i najsłynniejszych żeglarzy świata – Vasco da Gamy, odkrywcy drogi morskiej do Indii i południowych rubieży Afryki. Klasztor powstał w 1502 roku właśnie jako votum dziękczynne, za pomyślność indyjskiej wyprawy da Gamy. Jego wybudowanie zlecił Manuel I, a zakończył odmową dalszego finansowania budowli, syn Manuela I, Jan III. Do 1833 roku klasztor należał do zakonu św. Hieronima, stąd nazwa kompleksu. Król Manuel tym właśnie braciom polecił modlić się za portugalskich żeglarzy, dokonujących podbojów nowych ziem. Po wygnaniu Hieronimitów w 1833 roku , do 1940 roku w klasztorze mieścił się sierociniec i szkoła. Budowla jest piękna i potężna – imponujące są jej rozmiary – 300 metrów długości. Samo sklepienie – przypominające pnie i liście egzotycznych palm ma szerokość 30 metrów! W okresie renesansu była to najdroższa inwestycja architektoniczna w Europie. Potwierdzała tym samym transkontynentalny zasięg, pozycję i zamożność kolonialnego imperium. Koszty budowy pokrywał specjalnie ustanowiony 5-cio procentowy podatek od przypraw przywożonych z indyjskich kolonii. W 1604 roku klasztor stał się królewską nekropolią, a od 2016 roku ma status panteonu narodowego.


Imponujące są,wykonane w kamieniu, koronkowe zdobienia, skamieniałe liny okrętowe, przeplatające wieżyczki . Trudno oderwać wzrok od uśpionej sylwetki samego wielkiego Vasco da Gammy. Jego nagrobek zdobią motywy roślinne, wspomniane liny okrętowe i sam okręt przypominjący kim był ten postawny, odważny, obdarzony intuicją, talentem, wiedzą i jakimś rodzajem brawury czy wizjonerstwa żeglarz, który śpi snem wiecznym, tuż przy wejściu. Sąsiaduje z nim jedengo z największych portugalskich poetów-Luísa de Camões. Grób Vasco przeniesiono do Belem w XIX wieku i z tego okresu pochodzi nagrobek autorstwa Costy Mota.

Wracamy do bramy strzegącej morskiej stolicy. Z wieży dawnego punktu obserwacyjnego i orientacyjnego dla żeglarzy przybijających do portugalskiego wybrzeża, roztacza się szeroki, niczym nie zmącony widok na Ocean Atlantycki. Ten strażnik spokoju i dostatku lizbońskiego portu, pamięta gwar portowego nabrzeża, kupiecką ruchliwość, rozładunki i załadunki zamorskich przypraw. Wrażliwemu słuchaczowi opowiada o cerowaniu żagli, o werbowaniu majtków okrętowych, o transportach złota, korzeni, ale także o niechlubnej karcie portugalskiej historii – niewolnictwie. Portugalia, podobnie jak inne imperia kolonialne nie lubią tych rozdziałów opowieści o epoce wielkich Odkryć.



O tej wybielonej pamięci świadczy pomnik, który w 1960 roku stanął na nadmorskiej promenadzie. 50-metrowa, betonowa karawela niesie swoim przesłaniem mocarstwową, dumną historię morskich podbojów Portugalii. To Pomnik Odkrywców. Król, żeglarze, kupcy, odkrywcy, mężowie stanu, artyści, władcy zamorskich kolonii, dźwigają padrão – kamienną rzeźbę, znak portugalskiego panowania na odkrywanych ziemiach. Ku wodom oceanu wiedzie ich sam Henryk Żeglarz, trzymający w dłoniach statek. Wspinają się ku nowym światom, budując portugalską fortunę, zmieniając kształty lądu na globusach, niosąc sławę swoją i swojego kraju, hen na krańce świata. Na pomniku zdobywców nie ma miejsca na prawdę o ciemnej strony tej mocy, a jednak duch tej winy powoli skrada się nad dumne od osiągnięć czoła dawnych morskich imperiów. Dopóty nikt nie zechce w imię dekolonizacji historii odbrązawiać tego pomnika, siła jego wyrazu działa, bo rozpala wyobraźnię. Zwłaszcza gdy w duszy zagnieździła się uporczywe saudade… Patrząc w nieustraszone oczy bohaterów tej opowieścim ruszasz mimowolnie wraz z nimi w oceaniczną nieznaną dal…


Nie uciekniesz od „morza” w Lizbonie. Po co zresztą uciekać, przybywa sie tu także dla oceanu. No i dla tej tęsknoty, za tym czego nie ma, albo czego jeszcze nie ma, albo czego już nie ma. A czego już nie ma? Nie ma dawnej dzielnicy Baixia – Dolnego Miasta, okolonego wzgórzami, na których zbudowana jest Lizbona. Zniszczona trzęsieniem ziemi powstała w XVIII wieku niemal od zera. To część miasta odbudowana w zdesakralizowanej postaci, z regularnym układem ulic i okazałymi budynkami okalającymi ulice. Autorem projektu tej odbudowy był reformator i wizjoner, markiz de Pombal. Spiął dzielnicę szeroką promenadą Rua Augusta, która łączy dwa główne place miasta – wspomniany Prado do Comercio, będący niegdyś dziedzińcem pałacu królewskiego, z drugim słynnym placem Rossio, mieszczący niegdyś rzymski hipodrom, potem, arenę walki byków, a jeszcze później siedzibę inkwizycji. Dziś przy Rossio wznosi się słynny lizboński dworzec kolejowy. Bo to ciągle te podróże, to przemieszczanie, tutejsza ruchliwość, potrzebuje tak wyjątkowej oprawy. Stąd pewnie Lizbończycy, te miejsca nostalgiczne – porty, dworce takie piękne budują, aby się pięknie żeganć i jeszcze piekniej witać.

Pewnie dlatego wędrując reprezentacyjną Rua Augusta oczywiście zmierzamy w stronę windy Santa Justa – najsłynniejszej chyba spośród lizbońskich elevadores, jedynej wożącej w pionie 😉 Na szczycie windy znajduje się jeden z wielu lizbońskich punktów widokowych. Neogotyckie cudo o wysokości 45 metrów powstało na początku XX wieku. Winda wiezie na Largo do Carmo – plac jednej z najwyżej położonych dzielnic Lizbony – zamożnej, eleganckiej, pełnej dobrych restauracji, znanych kawiarni i znakomitych antykwariatów, do Chiado.


Tu chyba do niczego się nie tęskni, bo się wszystko ma, ale jest za to pewien smutek, który ogarnia na widok dawnego kościoła i klasztoru karmelitów Convento do Carmo. To świadek apokaliptycznego, XVIII-wiecznego trzęsienia ziemi, które pozbawiło tę piękną XIV-wieczną gotycką budowlę sklepienia. Połamany, wyszczerbiony kościec jest blizną na zadbanym i wypieszczonym dobrobytem ciele tej dzielnicy. Jest przestrogą dla tych, którym Dolne Miasto z butnie rozpartym łukiem triumfalnym, pozwala zapomnieć o tym, że natura czai się do skoku, aby pokrzyżować plany ludzkości wznoszącej nową Wieżę Babel. Ruiny kościoła mocno odznaczają się w panoramach miasta. Szary, miejscami poczerniały kościec, odcina się na tle wesołej czerwieni dachówek. W ruinach kościoła odbywają się koncerty, przedstawienia nadając szkieletowi nową funkcję – nowe życie, znajduje się tu Muzeum Archeologiczne. Lizbona nigdy się nie poddaje, żyją w nim nie tylko sny o potędze, żyją w nim nawet ruiny potęgi.

Takich punktów z widokami na urodę miasta jest więcej, bo na Lizbonę składa się kilka wspaniałych wzniesień, z których można podziwiać jej różne oblicza, piękne rysy. Jest przygotowana i umalowana, wystrojona na niemal każdą okazję i jak dobra gospodyni zawsze ma coś w zanadrzu dla każdego przybysza.


Z kolei, z tęsknoty za nowoczesnością Lizbona wydała na świat Park Narodów, dzielnicę – wizytówkę współczesnej architektury. Definiują ją szkło, stal, biel i przestrzeń- przymioty nowoczesnego żaglowca. Ten kwartał miasta zwany też Oriente, z kolejką linową, mostem Vasco da Gama długim na ponad 17 kilometrów, rozpiętym tuż nad szeroką taflą Tagu, łączącym dwie miejscowości położone na przedmieściach Lizbony, największym w Europie oceanarium, powstał po Międzynarodowych Targach Expo `89. Rzeczywiście związków z morzem jest tu bez liku. Bramą do tego świata jest dworzec kolejki i autobusowy zarazem, jeden z największych dworców autobusowych w Europie. Jego konstrukcja, dla oka lekka jak piórko, wysmakowana, ażurowa jest dziełem słynnego Santiago Calatravy – hiszpańskiego architekta. Olbrzymie bliźniacze wieżowce – prują przestrzeń niczym dwa potężne statki. Gigantycznych rozmiarów most wybudowany został w 500. rocznicę urodzin Vasco da Gamy i nosi jego imię. W świat morskich przygód i tajemnic z dna oceanów zabiera z kolej oceanarium.


W tym pięknym mieście- kobiecie można się zakochać, można się zapomnieć, można się zatracić. Lizbona oddała się pod opiekę dwóm mężczyznom, świętym- Antoniemu i Wincentemu. Mężczyźni również nią rządzili, jednocześnie rozsławiając jej imię na nowych lądach. A ona wiernie czekała na brzegu, wypatrując czy „się tam żagiel bieli”. Co gnało w świat mężczyzn Lizbony? Wszak piękności zatrzymują przy sobie wielbicieli. Inna kobieta? – Afryka, Azja, morska toń? Inna ona? – kochanka karawela, fregata przygoda, podróż, syrena? Bo „męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać”? Ja tak nie czekam, ale owszem znowu zatęskniłam. Obudził się w mnie wirus, co to wypycha w świat, co niespokojność budzi, co tamtych nękał ciekawością zamorskich krain. Saudade wpełzło na nowo do mojej duszy przez oczy, przez uszy. Spoglądam w morską dal, znów słyszę tę pieśń… Syrena? Kto chce, niech wiąże się do masztu.

