Spotkanie – Sarajewo

Dzień kolejny nie pobytu w Maroku. Myślę o medynie, myślę o innych starych miastach arabskich – W Stambule w Sarajewie w Mostarze… To z Sarajewa – to dawna otomańska dzielnica Bascarsija – niewielka, pełna drewnianych kramików, poprzetykana meczetami. Baaardzo turystyczna, ale umiejętnie wplatająca tutejszość. Z tym niezapomnianym zapachem kawy, której normalnie na co dzień nie piję ale którą tam, prawie codziennie.. Taka tycia w tygielku szatańsko mocna z kosteczką rachatłukum, w uroczym dzbanuszku wprost od puncownika za rogiem. O tym jednak za chwilę. Czemu akurat Sarajewo? Przecież było jednym z kilku miejsc w zeszłorocznej (2019) bałkańskiej wyprawie. Myślę o Sarajewie, z wielu powodów, ale jeden jest szczególny. To spotkanie. Siedząc w zamknięciu, przymusowym, wirusowym myślimy o sobie, dzwonimy, rozmawiamy, być może odżywają dawne znajomości, troski o drugiego, nie tylko o swój mało fitnesowy kaloryfer na brzuchu. W Sarajewie oprócz wielu spotkań z przeszłością, bolesną, wojenną w wielu wymiarach wydarzyło się coś niezwykłego. To spotkanie niby było zaplanowane, umawiane, przez Facebooki. Ale kto tam wie, czy umawiane Facebooki to prawdziwe spotkania czy pobożne życzenia pod wpływem chwili? Wiadomo było, że będziemy w Sarajewie, ale czy jeśli nie widziało się kogoś ponad 20 lat, to czy takie spotkanie jest naprawdę możliwe? Czy wspaniałe studenckie wspomnienia, przyjaźni niemal siostrzane naprawdę warto skonfrontować z 20. latami późniejszych doświadczeń, losów, języków, krajów światopoglądów? Czy się dogadamy? Zrozumiemy? Czy Mirela mówi ciągle tak dobrze po polsku? Niby mówi, bo pisała po polsku ale tyle lat w ojczystej Serbii, czy to możliwe, aby było jak kiedyś? A czy musi? Czy da się nadrobić 20 lat w jeden dzień i czy warto? I w końcu czy faktycznie przyjedzie – dzieli ją od stolicy Bośni i Hercegowiny pięć godzin i jedna jakby granica…

Tak, naprawdę w tym pijemy, fot. Paweł Kubisztal

Na 11.00, na Placu Gołębi, przy słynnej fontannie Sebilj się umówiłyśmy. Jestem poruszona, podniecona, niespokojna. Już nie widzę tych najpiękniejszych haftowanych poduszek, tych bajecznie kolorowych tkanin, dywanów, tych misternie wypuncowanych orientalnych w kształcie dzbanuszków, kawowych tygielków, a nawet nie mam ochoty na burka. Czekam. Paweł obserwuje ten niepokój, pełen empatii i chyba ciekawości, tyle słyszał o tej naszej dawnej przyjaźni o tej babskiej drużynie z Reymonta, nastrój mu się udzielił. Czekam, Jest!!! Nic się nie zmieniła, nic a nic ta nasza malutka, drobniutka Misia, czarnookoa, czarnobrewa, czarnowłosa ! W naszym rozpłakanym uścisku zmieściły się wszystkie lata rozłąki, wszystkie granice, wojny, spory polityczne, przebyte kilometry, niepokoje, ciekawości i oczekiwania. Zaciekawiony tłum podobno przyglądał się niezwykłej scenie powitania i szlochu trwającego kilka dobrych minut… nie wiem ile, bo to nie miało wówczas żadnego znaczenia, ten gwarny tłum na gwarnej Bascariji, który na moment zatrzymał się, dzieląc z nami tę chwilę. Ruszyliśmy w miasto. Mieliśmy dla siebie dzień. Było w nim wszystko i było w nim o wszystkim. Był czas na wspomnienia ale i trudne pytania, by móc zrozumieć bośniacko-serbsko-chorwackie dramaty, czas na wysłuchanie nie czarno-białych historii, na łzy współczucia, na wspomnienia, beztroski śmiech. Jedno czego naprawdę wtedy nie było to tych 20 lat.  Był Kraków, Nawojka, 96 rok, koncert Bregovica pod Wawelem, na którym podobno krzyczałam do Gorana , że przed sceną jest Mirela z Bośni i że on musi się z nią zobaczyć, co się zresztą wydarzyło. Autograf zostawiony na chusteczce do nosa Misia ma do dziś. A potem losy potoczyły się w swoim tempie, Mirela po wojnie wróciła do siebie. Niby do siebie, bo nigdy chyba do końca mentalnie. Wielka część jej serca, wspomnień, przyjaciół i tego co ważne została w Polsce, w nas i z nami. My na zawsze otrzymaliśmy w ten październikowy rześki dzień niepowtarzalny smak głębokiej, bałkańskiej, gorącej przyjaźni, w smaku potraw, w smaku kawy, czekolady. Takim zostawię w sobie Sarajewo, też takim, bo pamięć Sarajewa jest dla mnie wielowarstwowa, ale już nigdy nie tylko moja, bo współdzielona, choć ani polska, ani serbska, nawet jeśli bośniacka. Bo nie zwiedzaliśmy tego dnia Sarajewa, snuliśmy się od kawiarni do kawiarni, potrzebna nam była przestrzeń do rozmowy, do patrzenia sobie w oczy, czasem do milczenia. Dzień zakończyliśmy pędząc do ostatniego autobusu, który znów zabierał Mirelę w pięciogodzinną podróż do „siebie” przez jedną granicę, na jak długo? Od tygodnia u Mireli znów jest stan wyjątkowy… Pisze, że do takiego stanu są przyzwyczajeni, ale , że tym razem wroga nie widać… Wróg na W jak wirus. Spotkamy się znów na pewno!. Wiem gdzie leży Sarajewo, a i do Twojego Bosanskiego Brodu dojedziemy! Czekam, bo to, co dobre między ludźmi nie może czekać, musi się spotykać, bo tym trzeba się dzielić, żeby się mnożyło, zwłaszcza tu na tej zmęczonej, zabliźnionej po wojennych ranach ziemi.

Sarajewo, październik 2019

Fot. Paweł Kubisztal
Fot. Paweł Kubisztal