Mam przed sobą zasuszoną czasem i światłem palmę Wielkanocną. Inną niż te, które znamy. Nawet inną od tych, które zapewne towarzyszyły wkroczeniu Jezusa do Jerozolimy. Uplotłam ją w zeszłym (2019 roku) w Zadarze pod czujnym okiem pracowników zadarskiego Muzeum Etnograficznego. To tradycyjna palma, jaką plecie się w tej części Chorwacji z liści i gałązek drzewa oliwnego, w specjalny, na pozór trudny sposób, tak aby w efekcie przypominały gałązkę prawdziwej palmy, choć prawdziwych palem tu właściwie pod dostatkiem. Tak splecione, na końcu ozdabia się kwiatem. Takie, podobnie jak u nas, przechowuje się do następnej Niedzieli Palmowej, by chroniły domostwa, dawały obfitość i powodzenie mieszkańcom.
Mam ją i dziś w Niedzielę Palmową, której nie możemy, jak co roku obchodzić, w sposób jaki znamy – spoglądam na nią z tęsknotą.
Ma w sobie wszystko – słońce spod innego nieba – wspomnienie pięknego dalmatyńskiego miasta, pierwszego mojego zetknięcia z Chorwacją, tą jeszcze przedsezonową, nieco uśpioną, raz deszczową, raz słoneczną, kwietniową i tą posezonową, drugą – jeszcze rozpaloną słońcem, choć nie tak pękatą od przybyszów jak to bywa, zapewne, latem. Ta niewielka zapleciona palemka nosi w sobie piękno błękitnej wody oplecionej koronką skał – urodę postrzępionego wybrzeża i wyrastających z morza grzbietów wysp. Ma w sobie smak podróży, której teraz nie mogę odbyć i ma w sobie nastrój duchowości, smak święta, którego nie będziemy w tym zawirusowanym roku obchodzić w sposób, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni, na jaki zawsze czekamy.

Ma w sobie świątynną ciszę i zamyślenie, których teraz nie możemy usłyszeć, których w niezwyczajny, niepojęty sposób jesteśmy pozbawieni. To czas zawieszenia, czas rozmyślania. Taki będzie ten przed -Wielkanocny Zadar, taki był też ten jesienny – zamyślony, uduchowiony, świątynno-cenny, artystyczny. Nie bez powodu to duchowa stolica Dalmacji.
Jakież deszczowe było to pierwsze nasze spotkanie. Zadar w strugach deszczu! Morze zszyte z niebem, i błyszczące deszczem kamienne chodniki, tak to zapamiętam 😉 To może wydawać się niepojęte każdemu, kto odwiedził ten zakątek Europy, w rozsłonecznione wakacyjne miesiące. Dlatego tęskniąc za takim właśnie obliczem miasta zjawiłam się w progach Zadaru także pół roku później – w październiku. I co powiem? Że było warto i wtedy i wtedy.

Stare miasto leży na półwyspie i każdego wieczoru wygrywa symfonię morza, a raczej morze wygrywa mu symfonię. Razem koncertują. Artysta spoił bowiem i morze i to nadmorskie miasto rodzajem artystycznej instalacji, „Organami Zadaru” które zanurzonymi w morzu piszczałkami wygrywają na nadmorskim bulwarze każde westchnienie uderzającej w nabrzeże fali. Morze wzdycha do miasta, miasto wzdycha do morza. Tak sobie wyśpiewują tę miłosną pieśń a lud siedzi zasłuchany, zahipnotyzowany, wpatrzony w dal. Tak miało być i tak jest. Słuchałam w kwietniu, słuchaliśmy w październiku. Im silniejsza fala tym dźwięk mocniejszy. Każdy inny, każda minuta, godzina to niepowtarzalna melodia, działająca jak mantra podwodnego królestwa. Obok Organów Zadaru na tym samym nadmorskim bulwarze znajduje się też instalacja świetlna interpretująca artystycznie układ słoneczny w wieczornych rozbłyskach paneli słonecznych nasączonych światłem dnia. „Pochwała słońca” – to różnokolorowe obrazy, świetlne fale przyciągające przechodniów. Niby fajnie, niby oryginalnie, ale po co komu rozbłyski baterii, jak może oglądać jedne z najpiękniejszych w tej części świata zachody słońca i zachwytem swoich oczu je chwalić? Szukajmy zatem ducha Zadaru gdzie indziej.

Miasto słynie z kilku budowli, jego starówka nazywana chyba nieco na wyrost małym Rzymem, została dość poważnie zniszczona w czasie bombardowań podczas II wojny światowej. Wojna nie tknęła szczęśliwe jednego z tutejszych skarbów – dawnego kościoła św. Donata z IX wieku. To symbol Zadaru, najbardziej charakterystyczna tutejsza budowla, w kształcie rotundy, wybudowana na części dawnego Forum Romanum. Jest to najcenniejsza chorwacka budowla z okresu średniowiecza. Dziś nie pełni funkcji sakralnych, ciało samego Donata – patrona miasta – przeniesiono do katedry obok, wnętrze dawnej świątyni jest puste, ale warto wspiąć się na galerię i spojrzeć z 27 metrów wysokości na 22 metrowe wnętrze. Znakomita akustyka pozwala na organizowanie tu z koncertów, toteż zadarczycy je tu organizują. Na przeciwko rotundy św. Donata stoi niepozorny choć bardzo ładny kościół św. Marii (Crkva sw. Marii) z 1066 r. – jeden z najstarszych w Chorwacji, który mieści w sobie klasztor Benedyktynek i coś jeszcze. Muzeum, a w nim „Złoto i srebro Zadaru” – drogocenne, przepiękne, misternie wykonane przedmioty, a także zbiory malarstwa sakralnego. Wszystko z Zadaru i jego okolic. Jest to bezcenny skarb, który siostry benedyktynki otaczały opieka od stuleci, chowały przed najeźdźcami, a w czasie II wojny światowej ukryły w ziemi, aby ocalić dziedzictwo miasta przed zgubą. Udało się. Wejście do klasztornego muzeum to wizyta w zadarskiej przeszłości, intymna podróż w głąb artystycznej historii tej ziemi, podane w piękny, niezwykle estetyczny sposób dając radość zmysłom i ucztę duchowi.

Duchowośc Zadaru to wiele innych świątyń, także katedra św. Anastazji – nieustająco zamknięta dla naszej przed i posezonowej wizyty, ale moja palma oliwna prowadzi moje wspomnienia do jednego szczególnego miejsca. To kościół z sarkofagiem św. Symeona – biblijnego proroka, który w małoletnim dziecku z Betlejem, w jerozlimskiej świątyni rozpoznał przyszłego Mesjasza. Szczątki świętego sprowadzono najpierw w VI w. z Jerozolimy do Konsatntynopola, a potem w XVIII za sprawą wenecjan, kupca, sztormu i katastrofy statku, szczątki dostały się do Zadaru. Święty Symeon uważany był za patrona kobiet chcących urodzić męskiego potomka, toteż udała się z pielgrzymką do jego relikwii królowa Elżbieta Bośniaczka – niekoronowana żona Ludwika Węgierskiego, króla Polski, również władcy Dalmacji. Elżbieta wówczas bardzo pragnęła urodzić krajowi następcę tronu, toteż świętokradczo oderwała nieszczęsnemu świętemu palec i schowała pod suknię. Ruszona wyrzutami sumienia oddała relikwie i ufundowała jako zadośćuczynienie grzesznemu czynowi ten przepiękny wyrzeźbiony w złocie przez mediolańskiego artystę sarkofag. To późnośredniowieczne złotnicze arcydzieło jest pełne opowieści o życiu proroka Symeona, jest na nim również ta, o skradzionym palcu. Królowej pielgrzymującej do relikwii towarzyszą na jednej z plakiet – córki – w tym przyszła polska królowa, późniejsza święta Jadwiga Andegaweńska. I jest to jeden z dwu istniejących, znanych portretów świętej polskiej władczyni. Sama Elżbieta spoczęła w zadarskim kościele. Znakomicie jest trafić na moment, w którym sarkofag jest otwierany. Można wówczas podejść bardzo blisko, i obejrzeć nie tylko rzeźbione w złocie poszczególne plakiety i przekonać się o maestrii wykonania, ale również coś przeżyć. Bo wizyta przy ołtarzu, blisko tego niezwykłego XIV-wiecznego przedmiotu jest przeżyciem. Dla niektórych duchowym, dla innych artystycznym, dla jeszcze innych kulturowym, dla zadarczyków to miejsce szczególne i od odwiedzjących wymaga się szacunku i powagi dla znaczenia tego miejsca.

Zadar jest wyciszony – ponoć nawet latem daleko mu gwarem do Splitu, żeglarskiego Trogiru, czy sąsiadujących innych znanych dalmatyńskich miejsc. Ze współczesnością spaja go pępowina mostu, która wyznacza właściwym dystans pomiędzy epokami tego miasta. Spokoju strzeże wenecki lew z miejskiej bramy. O ducha dbają tu splatając co roku gałęzie i liście oliwki w kształt palmy na powitanie, na obfitość na spokój temu i mojemu domowi.



