Trudno w taki czas o czymś innym… Trudno być w Tym miejscu i nie zatrzymać się Tam na dłużej, ba, nie wracać. Nie da się uciec w Izraelu od Jerozolimy z Nowego Testamentu i w sumie z jakiego powodu uciekać? Warto tu być. Z wielu powodów…
Niech będzie pierwszy z brzegu – Jerozolima to największy z istniejących, tygiel religijny o ładunku emocji równemu sile bomby atomowej. Chrześcijaństwo, judaizm, islam i wszystkie ich odcienie, na niewielkiej przestrzeni Starego Miasta, uparcie współistnieją, przecinając się drogami, przeciągając co rusz kawałek poszarpanej tkaniny tej ziemi, w swoją stronę. Wszyscy ze wszystkimi i przeciwko wszystkim. Karabiny, obok różańców, różańce obok chamsy, która dla jednych to ręka Fatimy, a dla innych Miriam, choć dla obu jednakowo chroniąca od „złego oka” 😉. Cierniowa korona obok arabskiej chusty i kolorowej jarmułki. Jak to wszystko okiełznać, jak się w tym nie zgubić, co robić, a czego nie, jak to w sobie zebrać?
Otworzyć się i pozwolić przenikać przez siebie…

Jedni się modlą, inni płaczą, następni bezradnie rozglądają próbując zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi i gdzie ta Golgota, jeszcze inni całują co się da, popadając z ekstazy religijnej w pogańsko-zabobonne rytuały, kolejni stoją oniemiali, ostatni tracą zmysły chodząc w cierniowych koronach boso i w białych szatach, bo już z Syndromem Jerozolimskim. Każdy z nich Tu był, jak nie na początku swojej podróży, to na końcu, nie da się Tu nie być.
Miejsce jest ukryte. Dla nas było ukryte było przez cały pierwszy dzień. Kto był wie, że jest ukryte, kto nie był niech uwierzy 😉
Za pierwszym razem jeszcze w 2013 roku długo szukaliśmy się z Bazyliką Grobu Świętego w Jerozolimie. Tak naprawdę nie chcieliśmy się znaleźć tak od razu, ten emocjonujący moment cały czas odsuwaliśmy, aby był przed nami. Nie ukrywam, że w uliczki Starego Miasta przez bramę Jafy wkroczyliśmy z lekką butą obieżyświatów. Co tam kręte, co tam bez ładu i składu, co tam plątanina… Polegliśmy z kretesem. Co rusz trafialiśmy w to samo miejsce, uparcie próbując znaleźć w sieci suków logikę architektonicznego ładu. Próbując znaleźć Bazylikę trafić w ten jeden maleńki, nic na pozór nieznaczący skręt. Coś stępiło naszą ostrość widzenia, kojarzenie faktów, obserwację rzeczywistości, z której sprawnie układaliśmy mapę miejsc, intuicja została gdzieś za kolejnym zakrętem, w kolejnym sklepiku zwiedziona zapachem kardamonu.
A powinny nas naprowadzić stosy różańców lub koron cierniowych, sklepiki wypchane po sufit ikonami, kuźnie świętości, biblijna jarmarczność wygnana niegdyś zagniewaną ręką Nazarejczyka ze świątyni. Ale umknęło, w zachwycie, zadziwieniu, zmęczeniu, uszło uwadze. Daliśmy się zwieść, a może nie zasłużyliśmy, mając za nic pokorę pątnika?
Wiele razy myśleliśmy o tej budowli wzniesionej przez cesarza Konstantyna w IV wieku. Tyle razy najeżdżana, burzona odbudowywana, pomniejszana, to powiększana. Czekaliśmy na spotkanie z tym najważniejszym dla chrześcijańskiego świata miejscem. Tak, widzieliśmy fotografie, tak słyszeliśmy, czytaliśmy. Nic to, w oku nawykłym do splendoru włoskiego sacrum oczekiwaliśmy wichury potęgi! Jakież było nasze… rozczarowanie, zaskoczenie, gdy okazało się, że tej potęgi nie zmierzymy splendorem widoku. Prosta kamienna ściana z ciosów, z nie przymierzając lichą przybudówką, wciśnięta przypadkowo w wąski dziedziniec, kilka schodów, otwarte wrota, to już..?…

Wszystko co najważniejsze, co najświętsze, co najbardziej skłócone, co najmocniej przeżywane, co najbardziej niezrozumiałe, jest w środku. W środku… co znaczy w środku, ten kto myśli, że wie, co znaczy środek, nigdy nie był w świątyni Grobu Bożego w Jerozolimie… 😉
Tłum nieprzebrany, będący przedłużeniem tłoku Starego Miasta, szloch, zapach kadzidła, półmrok i wielość doświadczeń, to nas spotka. Ucho igielne jerozolimskiej świątyni to jej drzwi, a potem zaraz strome schody, raz dwa trzy i już. I co? I gdzie jesteśmy? Oto ten najważniejszy ołtarz jednej religii w wielości odsłon. Każdy ma inne lampki, inny kolor tkaniny ołtarzowej, inne szaty, inne nakrycia głowy lub ich brak, inne brody lub ich brak. Rozhisteryzowany, wielojęzyczny tłum na chwilę w tym miejscu jest ujęty w karby zadumy – bo jesteśmy nasz szczycie góry zwanej Czaszką – trudno to sobie wyobrazić, bo góra dawno schowała się pod naporem obudowy ołtarza. Ale jest tu to jedno miejsce, którego wszyscy chcą dotknąć i dotykają, z różnych powodów – Bo ja tu byłem, bo święte miejsce, bo inni tak robią. Ale to jednak chwila sam na sam, w oczekiwani na spotkanie z czymś, czego nie rozumiemy, dla innych w kontemplacji, w zapachu kadzidła w mruganiu świecy odbijającej złoto ikon z carskich wrót, z odczuciem wygładzonej zimnej skały pod ręką, jakby czaszki…
Chwila zostaje przerwana stanowczym „już”. Dotyk pod placami zabieram z sobą. Dotykam opowieści sprzed 2000 lat, o którą walczono, za którą umierano, do której dziś bezustannie przybywa cały świat. To część mojej kultury, z tych opowieści utkany jest mój świat, spotkałam tu jego początek. A więc idziemy na dół, a tam prostokątny, głaz, Kamień Namaszczenia, który pachnie różami. Tu, jak niesie wieść, spoczęło umęczone ciało – tu odbywa się spektakl pogańsko-chrześcijańsko-ludowych wierzeń. Nikt chyba, tak naprawdę nie wie, co w tym miejscu robić. Było ciało, to może będzie szczęście? Jedni przykładają więc do ciepłego marmuru portfele, inni pocierają je chustą, chcąc być może niczym Weronika zatrzymać na niej jakiś znak, pozostali modlą się płaczą, całują. Ludzkość w obłędzie, a obłęd oświetlają piękne oliwne lampy. Dużo lamp. A głaz ma dopiero 200 lat, bo pojawił się na początku XIX wieku, choć na miejscu kamieni wiązanych z pośmiertnym namaszczaniem ciała Chrystusa olejami. Jednak to najważniejsze z najważniejszych miejsc jest kilka kroków dalej. Pierwsze z nim spotkanie robi niezwykłe wrażenie. Olbrzymi okulus kopuły wpuszcza na ciemny edykuł (co za słowo) wiązkę światła. W niezwykle symbolicznym obrazie światła rozpraszającego mroki ciemności.

Dawną kaplicę, prawie zawsze szczelnie otacza kolejka. Setki, setki głów ramion, nóg i dłoni. Myli się ten, kto liczy na moment skupienia czy dłuższą chwilę sam na sam, z tym co tu wydarzyło się ponad 2000 lat temu. Do środka wchodzi się na chwilkę, pod warunkiem, że nie straci się cierpliwości czekając godzinami na wejście, zwłaszcza w środku dnia. Potem jest się poganianym i wyganianym. Grobu pilnują prawosławni mnisi i oni rozdają tu karty, zamykając niespodziewanie i otwierając z równie nieznanych powodów dostęp do tego najważniejszego z chrześcijańskich miejsc. Zanim spróbujemy po raz pierwszy, najpierw zaglądniemy w zakamarki tego obrosłego kaplicami kompleksu.

Do niewielkich rozmiarów krypty grobowej – Santcum Sepulchrum obudowanej edykułem, nad którym dziś wznosi się kopuła kościoła, przylepiona jest w geście rozpaczy maleńka kaplica koptyjska. Smagli mnisi niczym święci z ruskich ikon trzymają się kurczowo swego metrowego spojenia z centrum ich wszechświata, zamknięci, rozmodleni, nie wychylają się poza ten bezpieczny uświęcony kawałek, aby go nie stracić. Zresztą nie ma po co wychodzić, wszystko co najważniejsze bezustannie ich otacza. Naprzeciwko jest tajemnicze wejście do kaplicy z pozoru niczyjej. Kościół syryjski osierocił to miejsce wiele lat temu, po pożarze. Tuż przy najświętszym ze świętych miejsc znajduje się ziemia niczyja, niszczeje ołtarz, obrazy, pusty stoi grób Józefa z Arymatei….
Niczyjość jest tu zagwarantowana Statusem Quo, ale o tym za chwilę. Grób Boży otaczają kaplice, kapliczki, w których modlą się zerkając na siebie od czasu do czasu wrogo chrześcijanie, co to mieli kochać bliźniego, jak siebie samego. Bazylika to symbol podziału, każda jej cześć należy do innego odłamu jednej religii, każdy z odłamów nie ustąpi na centymetr i broni swej części jak niepodległości. Nie sposób zrozumieć mapy tego miejsca, nikt jej nie wyjaśni, nie narysuje, choć od połowy XIX wieku obowiązuje na tym kipiącym krwawą historią miejscu Status Quo, nadany zwaśnionej społeczności chrześcijan przez osmańskich sułtanów. Porządku w wywalczonej wojnami krzyżowym świątyni jerozolimskiej pilnują członkowie dwóch muzułmańskich rodzin: Judeh i Nuseibeh. Klucze od Bazyliki, przekazał im sułtan As-Salih Ajiub w XIII wieku. Chichocze tu historia, ale dobrze to robi temu miejscu. Wszyscy wiedzą co jest czyje, kto kiedy odprawia swoje nabożeństwa, w którym miejscu i dla kogo. Status Quo pozwala omijać mielizny konfliktów i nie rozbić się o rafy interesów poszczególnych odłamów. A jest pomiędzy czym halsować, bo poszczególnym częściami świątyni opiekują się przedstawiciele trzech wyznań: prawosławnego patriarchatu Jerozolimy, Kościoła łacińskiego, który reprezentowany jest przez franciszkanów oraz Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. I to one mogą na zmianę odprawiać liturgię. W największe święta przestrzeń bazyliki jest udostępniana Kościołowi Ortodoksyjnemu i Etiopskiemu Kościołowi Ortodoksyjnemu, który ma prawo tylko do kilku pomieszczeń i wybranych dni, w których może sprawować liturgię we wspomnianej wyżej swojej kapliczce na tyłach Grobu.

Półmrok ozłocony ikonami, świecami, rozbłyskiem szat i kielichów, rozszeptana cisza. Niedaleko stąd jest grób czaszki Adama – pierwszego człowieka, tuż obok Golgoty. Nieco dalej i niżej, w niemal pustej grocie podziemi XII-wieczna Kaplica św. Heleny matki cesarza Konstantyna. Wyryte na ścianach setki krzyżyków wskazują drogę i znaczenie tego miejsca. To tu, w dawnej rzymskiej cysternie, matka cesarza podobno znalazła drzewo krzyża Chrystusa i łotrów. Niewielu tu zagląda, a warto, bo ściany tej niewielkiej kaplicy to także mury pierwszej bazyliki. Tu można usłyszeć własne myśli i poskładać w całość bieg tutejszy zdarzeń. Takich miejsc jest w Bazylice więcej, każde dźwiga ciężar historii, o każdym można by godzinami. Wracamy, może kolejka jest mniejsza? Nie jest, wrócimy tu wieczorem.
A! Jeszcze drabina. Słynna drabina – perła Stausu Quo– nikt nie wie kto i kiedy ją postawił przy zewnętrznym oknie Bazyliki (na zdjęciu z zewnątrz Bazyliki okno po prawej stronie pierwszej kondygnacji), nikt jej w związku z tym nie rusza, nie przesuwa, aby nie skruszyć misternie i z trudem budowanego pokojowego współistnienia na tym skrawku świętego z najświętszych. Podobno raz na jakiś czas jest wymieniana aby nie zagrażała życiu tłumów, ale kto, kiedy – może ktoś z rządu?
Nad sklepieniem świątyni, a raczej kompleksu, bo jest to kilka kościołów i świątyń połączonych, nabudowanych na sobie i obok siebie, całkiem na zewnątrz jest mnisia wioska. W prowizorycznych namiotach, jak z afrykańskiej osady koczują etiopscy Koptowie, pilnują tak żmudnie wywalczonych metrów kwadratowych wewnątrz kompleksu.
Świątynię zamyka się o 21.00 Warto być na chwilę przed. To miejsce odzyskuje wówczas należny mu spokój, mistyczną atmosferę, wraca Duch Boży który w ciągu dnia kryje się gdzieś w zakamarkach grobowej groty przed napierającą falą tłumów.

Zapada zmrok. Przed edykułem nie ma nikogo. To nasz czas. Surowe spojrzenie batiuszki zezwala, więc wchodzę najpierw do Kaplicy Anioła, a potem tam, z poruszoną do granic Rosjanką. Miejsce jest niezwykłe. Maleńkie, dwumetrowe, duszne, rozświetlone dziesiątkami płomieniami rozzłocone, z ikonami, kamiennym grobem, pod którym kryje się wapienna krypta, zbadana i potwierdzona także w XXI wieku. Dziś po kilku wizytach mogę ją choć trochę opisać, po pierwszej pamiętałam niewiele. Mój spokój, skupienie zabrał histeryczny szloch kobiety w chuście, dla której być może była to podróż życia, spotkanie z największą z istniejących tajemnic. Przykrótkie syknięcie oznacza ze nasz czas minął. Nie zdążyłam niczego pomyśleć, nic powiedzieć, przemknęłam przez to miejsce, do którego wzdychają każdej minuty miliony ludzi, jakby to był sen. Ale pamiętam jakieś czerwienie, złoto i pachnące kadzidło i ciszę. Potem było wiele wizyt kolejne lata przynosiły kolejne spotkania, za każdym razem to miejsce pozostaje niezwykłym przeżyciem kulturowym, duchowym niezależnie od wyznania lub braku wiary. Każdy kto tu wszedł, wniósł ze sobą jakąś cząstkę siebie –nadzieję, miłość, wiarę lub jej brak, może po prostu ciekawość. I to wszystko tu zostaje, szczelnie wypełnia przestrzeń kaplicy. Gdy dusze masz lekką, wszystko to poczujesz, zabierzesz, to co będzie Ci potrzebne lub będzie ci dane, a masz tu tylko chwilkę, warto wcześniej poszukać skupienia. Kto panuje nad chaosem, z którego składa się ten jerozolimski wszechświat Bazyliki? Świetnie pokazuje to ceremoniał otwarcia i zamknięcia kościoła. Zwaśniony świat z Chrystusem na ustach, zamknięty zostaje na noc we wnętrzu tego miejsca, jak w puszcze Pandory. Trzy zamki, i drabina, która ląduje we wnętrzu, gwarantuję, że na pewno nikt i nic z tego miejsca nie wyjdzie, przynajmniej do rana, kiedy znowu będzie się trzeba z tym niepojętym światem i ze sobą zmierzyć. I tak od dwóch niemal tysięcy lat. Ziemia Święta, najbardziej zagmatwany, obolały, rozedrgany konfliktami kawałek świata, wciąż nieodmiennie fascynujący. Może dlatego Złota Brama, która czeka na Króla Królów jest ciągle na głucho zamknięta.


