Ci Włosi i te ich balkony! To życie wylewające się z bloków, domów, palazzo i willi. Włoskie arie balkonowe, włoskie radości i niepokorności, zamknięte wirusem w ścianach z betonu, musiały wyjść na balkony. My też je mamy, ale nie ma na nich tłumów, raczej dyskretne opalanie, niż rozpruwająca ciszę wystraszonego miasta symfonia spontaniczności tłumu, który w każdym ręku ma przynajmniej tamburyno. Skąd u nich te tamburyna?! To naród śpiewaków, pieśniarzy, kuglarzy, rodów zawartych w poematach i największych dramatach znanych ludzkości. Włoskie balkony wzruszają,bawią nas, nic dziwnego, że poruszyły wyobraźnię geniusza spod stalowego nieba i ołowianej mżawki. Stradfordczyk zakochał się we włoskiej opowieści balkonowej. Przyjął ją i na zawsze opowiedział światu swoją wersję historii Romea i Julii. Dziś zatem, spotkanie z werońską Julią od balkonu, bo w czasach balkonów, będzie jak znalazł. Czymże jest bowiem dla Europejczyka kalambur: Włochy z Julią na balkonie i Romeem pod balkonem? To opowieść o tysiącu kłódek w najsłynniejszym włoskim podwórku w słonecznej, dostojnej Weronie, gdzie ten jeden balkon porusza serca, ducha i emocje całego świata. Adres Casa di Giulia w Weronie, to epicentrum zakochanych.

kwiecień 2012, fot. Paweł Kubisztal
Ściany przy wejściu na dziedziniec Domu Julii ze słynnym balkonem są upstrzone milionami serc, namalowanych, napisanych wydrapanych, wypłakanych, wyklejonych. Gdy wyklejania, wydrapywania zakazano, pojawiły się miliony kolorowych karteczek dających upust uczuciom i pragnieniom. Dotknięcie smukłej piersi posągowej Julii stojącej pod balkonem, przynosi powodzenie w miłości. Stąd błagalny dotyk miliona dłoni wyzłocił i wypolerował kibić słynnej ukochanej Romea. Ozłocona pierś, to ślad światowej tęsknoty za wielką, co najmniej szekspirowską miłością. Na balkonie trudno o samotność. Każdy chce być Julią, na chwilę, na jeden pstryk i jedno tęskne spojrzenie w oczy czekającego Romea, a Romeo ma tu tak wiele twarzy… a mało która to ta, ze spojrzeniem di Caprio. Każda potencjalna Julia chce zabrać na zawsze ze sobą część historii tego domu. To chyba jeden z niewielu tłumów, w którym dwoje widzi tylko siebie, w którym samotność wyczekuje spojrzenia zamglonego oka, w którym ktoś czeka na ten jeden moment olśnienia, strzałę kupida i wszystkie takie tam 😉
Z drugiej strony to ciekawe, że historia tak porażająco smutna, tak nieszczęśliwie zakończona, jest symbolem czegoś co w życiu najpiękniejsze… To tak, jak z piosenkami o miłości, najpiękniejsze to te, o najbardziej nieszczęśliwej… 😉??
A sam Dom Julii? Miasto zakupiło budynek w 1905 roku. Należał wcześniej do rodziny Cappellich, a więc prawie jakby do Capuletich. Balkon dobudowano w latach 30. XX wieku. Nad wszystkim czuwał Antonio Aveo – kurator werońskich muzeów – rzec można śmiało, ojciec architektonicznej werońskiej legendy Romea i Julii. I zaczęło się! Sama historia ponoć jest autentyczna i była znana na długo przed Szekspirem, nawet Dante wspomina o Montecchich w Boskiej Komedii.
„Romeo, Romeo dlaczego ty jesteś Romeo” – a jakże, krzyknęłabym z balkonu do tłumu, który wije się i kłębi pod najsłynniejszym balkonem świata, ale sobie pomyślałam najpierw, że się wstydzę i że chyba oszalałam biorąc udział w tym zbiorowym szaleństwie, w tym komercyjnym miejscu, a zaraz potem, że dlaczego besztać się, za to, że ta historia tu działa. Że to szalone? Ale czemu nie szaleć? Lepiej z wirusem w domu, w internetach oglądać? I nie daj Boże wzdychać? A potem druga myśl z zacięciem przebiegła przez moją głowę jakby sama Wanda i Banda zanucili, że ja to raczej wierną Julią na balkonie nie bedę, bo mi to nie pasuje, i bez żalu westchnąwszy zmrużyłam oko do Pawła pod balkonem i zabrałam ten swój balkon dla siebie.

W domu oprócz balkonu jest też muzeum – trochę mniej oblegane niż sam balkon. Można tu zobaczyć stroje z epoki, prawdopodobny wystrój wnętrza domu z czasów Romea i Julii, prezentowane są karty z poszczególnym scenami z dramatu Szekspira. Jest to właściwie bardziej muzeum dramatu Szekspira, ale warto zajrzeć do środka, bo do środka zaglądają nieliczni, skupiając się zdecydowanie bardziej na akcie balkonowym. Ciekawe, że w Weronie jest również dom Romea – w średniowiecznej twierdzy, ale nie można go zwiedzać. Z szekspirowską tragedią wiąże się inne mejsce zwiedzane również przez nielicznych, śmiało można powiedzieć psychofanów szekspirowskiej historii,a więc wiadomo, że idziemy w to! Idziemy w to! Oto kolejne dzieło kustosza werońskich muzeów Antonio Avena czyli Tomba di Giulietta w oddalonym o kilometr od domu z balkonem kościele San Francesco al. Corso. Symboliczny grób, a raczej pusty sarkofag z różowego marmuru znalazł się w krypcie franciszkanów w latach 30 XX wieku. Avena chciał nadać werońskim śladom szekspirowskich kochanków romantyzmu, toteż unaocznił śledzącym ślady Romea i Julii smutek końcowych scen z dramatu. Co prawda nieco rozminął się zamysłem Szekspira, ale Włochom wiele się wybacza. Miejsce ma tyle wdzięku, że nic to, że Szekspir pochował nieszczęśliwców razem, kładąc w ten sposób kres śmiercionośnej waśni wrogich włoskich rodów. Bardzo ciekawą historią jest opowieść o listach, które przychodzą do Julii. W Weronie działa stowarzyszenie, które otrzymuje listy miłosne z całego świata adresowane do szekspirowskiej kochanki. Odpowiadają na nie wolontariusze, dając upust swojej empatii. Co ciekawe częstokroć niosą w ten sposób pomoc nieszczęśliwie zakochanym, pogrążonym w rozpaczy po stracie ukochanej osoby. A za najpiękniejsze, rokrocznie przyznają nagrodę wręczaną w Domu Julii! Podobno wydano nawet książkę zawierającą tę korespondencję i wspomnienia „juliowych” wolontariuszy. A zaczęło się ponoć od pierwszego listu, na który odpowiedział ówczesny stróż grobu, wzruszony tonem i treścią listu.

Rody Werony:wraży raban.
Młodzi:hormony.Starzy:szlaban.
Mnich:lekarstwem zielarstwo?
Finał:trup grubą warstwą.
I jak tu nie kochać Barańczaka 😉
Werona zasługuje jednak na więcej niż tylko westchnienie z balkonu. Sama Adyga opasająca Weronę, migotliwą od słońca wstęgą, zaprasza do zachwycania się miastem z perspektywy rzeki, a góra Castel San Pietro, ze wzgórza. Adyga przecinana mostami, w tym jedynym z czasów rzymskich Ponte Pietro, daje wiele perspektyw, które wywołają westchnienia nie tylko dzięki romantycznym historiom ale przede wszystkim wywołanych urodą miasta.

Tak jak w momencie, w którym zaraz po wejściu przez imponującą Portoni della Bra z zegarem i popiersiem Szekspira, na Piazza Bra, naszym oczom ukazuje się imponujący antyczny teatr, nazywany tu Areną. No tak, nie uciekniemy w tym mieście od skojarzeń i faktów teatralnych. Oczywiście ta budowla z I wieku n. e. służyła do walk gladiatorów i do walk z dzikimi zwierzętami. Te starożytne brewerie mógł podziwiać 30 tysięczny tłum, który wchodził do teatru przez 64 wejścia. Dziś zachowały się 2 kondygnacje, ale budowla nadal robi wrażenie! Teatr nazywany Areną żyje artystycznym tętnem miasta. Służy koncertom, przedstawieniom, ma na swoim koncie nawet „Aidę” Verdiego.. Czy ma Romea i Julię? A może nie musi jej mieć, przecież historia Szekspira jest tuż za rogiem, na i pod najsłynniejszym włoskim balkonem…

