Wiosenny, niespodziewany chłód, poza wirusem wyludnił wieczorne ulice, przemykam za sprawą psiego spaceru, zapach jest dokładnie jak wtedy, w październikową, bałkańską noc 2019, a to dziwne…
Po nocnym Sarajewie przemykaliśmy z pośpiechem. Z rozgrzanego upałem i tłumem turystów Dubrownika przyjechaliśmy na opustoszały dworzec skutego nagłym początkiem zimy Sarajewa. Z 30 stopni wprost w objęcia oziębłej kilkoma stopniami stolicy Bośni i Hercegowiny. Mijamy uśpiony gmach amerykańskiej ambasady, a potem mkniemy Zmaja od Bosne – zwaną aleją snajperów, mijając klasycystyczny, dumny gmach Muzeum Narodowego, nowoczesną pojugosłowiańską część miasta, w której mruga do nas jedynie, wielkie oko reklamy z ogromnego ledowego bilboardu przy centrum handlowym. Nie damy się zwieźć, bo celem jest Bascarija – stara otomańska dzielnica, gdzie ponoć mieszkamy. Szukaj człowieku w nocnej plątaninie budek, karawanserajów, w uliczkach, hoteliku. Nie ma kogo zapytać, bo północ za pasem, bo Sarajewo śpi. To dobrze, że śpi, to oznacza, ze jest szansa na wizytę w normalnie funkcjonującym, zdrowym, spokojnym mieście… zdrowym, spokojnym?…
Sarajewo było dla mnie ważne z kilku powodów,. Pamiętam doskonale ten „odległy” dla nastoletniej wyobraźni konflikt w latach 90. XX wieku. Gdzieś tam w jakiejś Jugosławii, jacyś Bośniacy, Chorwaci, Serbowie czy nawet bośniaccy Serbowie skoczyli sobie do gardeł. Brzmiący jak hasła z wieczornych wiadomości, z obcej i odległej rzeczywistości, wojennej w czasie pokoju… Głębiej konflikt przeżywali rodzice i sąsiedzi, zwłaszcza Ci, którzy Jugosławię obnosili w głęboko aksamitnej brązowej opaleniźnie z lazurowych wakacji. Mnie, nastolatce w początkach liceum ta bałkańska wojna kojarzyła się z odległą w czasie lekcją historii o konfliktach z początku XX wieku, skomplikowanych, nie do końca zrozumiałych, nietutejszych…
W pamięci utkwiło mi wówczas grozą i okrucieństwem owiane słowo ludobójstwo, a za nim migotliwa nazwa Srebrenica. No może jeszcze piosenka U2 „Miss Sarajewo”…, ale to duuużo później. Tyle.
Potem przyjechał tu Paweł, który wrócił poruszony do głębi unaocznioną przeszłością i dotkliwą teraźniejszością oblepionego ranami miasta, z trudem oddychającego po niedawnej, potwornej wojennej codzienności z końca lat 90.
Bo Sarajewo to stolica wojny. To miasto, w którym wojna obecna będzie już zawsze i na różnych poziomach. Naznaczył je tym piętnem Gawrilo Princip i jego niewielki Browning M1910, kaliber 7,7, mm wymierzony w pierś arcyksięcia Ferdynanda i jego żony Zofii na słynnym Łacińskim Moście. Tu w austriacko-węgierskiej dzielnicy, rozłożonej pasażem eleganckich kamienic nad rzeką Miljacką miał miejsce pierwszy akt pierwszej w XX- wiecznej historii wojny światowej. To tu, na ten most i do położonego obok muzeum najpierw przyjeżdżają turyści. I choć od tamtego zdarzenia minął ponad wiek, to i miejsce i losy Principa wciąż są w tej bałkańskiej stolicy poddawane doświadczeniom w laboratorium pamięci. Od zamachowca, przez bohatera, po terrorystę. Określenia i przynależności nadaje temu serbskiemu buntownikowi historia i polityka. Dziś na moście nie ma do niedawna jeszcze istniejącego pomnika upamiętniającego czyn Principa. Kolumnę zastąpiła cienka warstwa pleksiglasu z informacją o zdarzeniu z 28 czerwca 1914 roku. Ta przezroczysta szyba, z której trudno odczytać treść, jakby chciała ukryć lub zobojętnić wojenny prolog, i tak gromadzi tu wszystkich, bo ten skądinąd piękny, kamienny XV-wieczny most, nosi w na sobie ciężar nowego podziału fizycznej mapy XX-wiecznej Europy. Tuż obok znajduje się muzeum związane z zamachem. Samochód z epoki, stojący przed wejściem nawiązuje do pojazdu, którym feralnego dnia w feralne miejsce przybyła cesarska para. W Muzeum zobaczyć można i ten pistolet i ubranie Gawrilo i nawet filiżanki, z których arcyksięskie wargi uchyliły ostatni w swoim życiu łyk herbaty.

Sarajewo to miasto wojny. I wojny, II wojny, a po niej trzeciej wojny – rodzimej, bałkańskiej. 4 lata oblężenia, strachu, głodu, bratobójczych walk. Miasto wspaniale położone w kotlinie, otoczone malowniczymi górami, z których każda niosła śmiertelne snajperskie zagrożenie. Oko strzelca doskonale mogło wypatrzyć z tych malowniczych wzgórz idącego po chleb, po wodę, do sąsiada, po leki… Bezpieczeństwa nie gwarantowały nawet przewrócone, służące za osłonę wagony tramwajów.
Taką sławę miała wspomniana Aleja Snajperów – główna arteria miasta, po której dziś swobodnie mkną słynne, stare jak świat sarajewskie tramwaje, samochody, którą każdego dnia zmierzają tłumy mieszkańców miasta. O wojnie przypominają, strumienie białych cmentarzy spływające z tych wzgórz kaskadami do miasta. Kuriozalne bazarowe pamiątki z łusek, nabojów i kawałków pocisków. Bracia po dwóch stronach snajperskiego wizjera. Dwa narody władające niemal tym samym językiem, kochający ten sam smak kawy, rozdzielone zwieńczeniem świątynnych kopuł. Prawosławne i katolickie krzyże nie zniosły widoki półksiężyca i siebie nazwajem . Ta niezwykła europejska stolica ciągle nosi rany, ciągle krwawi zatopionymi w chodnikach „Różami Sarajewa” – dziurami w betonie zalanymi kleksami czerwonej żywicy, przypominającym krewi zabitych w wyniku bombardowania. Najbardziej utkwiła mi w pamięci jedna z bazaru warzywnego. W miejscu, gdzie ludzie sprzedają i kupują, to co dała im ziemia, gdzie sprzedaje się zapach, smak i kolor, gdzie nie myśli się o pocisku, śmierci i strachu. Dzisiejszy radosny gwar targowiska, te same kolory, zapachy i smaki, inne kroki, mniej pośpieszne, pozbawione strachu mijają w zapomnieniu tkwiącą w bruku „różę”, nie byłam w stanie na niej stanąć. Mieszkańcy wiedzą, że trzeba, bo tylko tak można ruszyć z miejsca, a trzeba iść dalej, bo trzeba normalnie żyć.
Sarajewo jest piękne, jak twarz Miss Sarajewa, jest to piękno niezniszczalnego ducha, siły życia. Miasto podnosi głowę, choć nie zapomina, jakby nieśmiało rozgląda, się czy można złapać swobodny i głęboki haust wolności. O konflikcie z przerażającą siłą opowiada Muzeum Bośni i Hercegowiny w brutalistycznym, betonowym klocu noszącym porażające ślady bombardwoania i ostrzału. W siermiężnym wnętrzu, w ciszy, w pomieszczeniach, które czasy świetności mają ciągle przed sobą rozsiadła się pamięć o najnowszej historii miasta, o oblężeniu. Fotografie, dokumenty, przedmioty, instalacje, noszą niezwykle przejmujące opowieści o tym co przeżyło to miasto u progu XXI wieku, co zgotowali sobie niedawni sąsiedzi, czego świadkiem były bezradne siły błękitnych hełmów, o potrzebie i próbie normalnego życia w ostrzeliwanym, niemal zagłodzonym mieście. Obraz tego, co przeszło Sarajewo jest porażający i krzyczy apelem do rozognionego konfliktami świata. To bośniackie Powstanie Warszawskie. Serca biją nam mocno. Całe Sarajewo wciąż nosi ślady po kulach i bombach, jak bąble trądu na zakażonym ciele. Tyle, że skóra pewnie wyleczy się wcześniej niż chora dusza tej części Europy. I czy w ogóle jest to możliwe przy tak skomplikowanej codzienności wewnątrzpaństwowych podziałów, przyczajonych ciągle, zabliźnionych ledwo urazów, wrogich spojrzeń, pretensji i pozornie zastygłej lawy nienawiści, ukrytej wewnątrz tej pięknej, rozkosznej i pełnej bezcennej różnorodności ziemi? Sarajewo jest stolicą Bośni i Hercegowiny w skład, której wchodzi Republika Serbska i Federacja Bośni i Hercegowiny. Ale to Wschodnie Sarajewo jest stolicą Republiki Serbskiej, która to Republika jest czymś zupełnie innym niż sama Serbia ze stolicą w Belgradzie… Kto jest w stanie zrozumieć ten obłąkańczy krąg wzajemnych pretensji? Etniczych bruzd pogłębianych politycznym rylcem. To przerażająco niezrozumiałe na pozór, że to co najbardziej urzeka nas w bałkańskim kotle – ta rożnorodność zapachów, smaków, kolorów, kształtów, krajobrazów od lazuru morza po ochrowo-zielone barwy gór, kształty świątyń, wielobarwność melodii śpiewanych pieśni może w jednym momencie stać się składnikiem śmiercionośnej substancji, która podpali ten świat w imię podle pojętych pseudonarodowych interesów?
Sarajewo opłakuje. W każdym parku, na każdym skrawku zieleni znajdujemy cmentarz, cmentarzyk, pomnik zabitego, rozstrzelanego – bo ktoś do kogoś szedł, ktoś komuś chciał coś przynieść, ktoś kogoś zawołał, ktoś chciał się poddać, a oko snajpera wypatrzyło taką chwilę. Bośniacy stracili w tej wojnie bezcenne zbiory Biblioteki Narodowej. Wraz z przepiękną otomańską Vijećnicą spłonęły bezcenne skarby literatury bośniackiej. Miejsce istnieje, odbudowane, jest ozdobą miasta, architektonicznym cudeńkiem dającym zaledwie ułamek pojęcia jak kiedyś mógł wyglądać ten wieloetniczny organizm.
Nie zaglądamy w czeluść tunelu pod sarajewskim lotniskiem, tej życiodajnej arterii, niosącej ulgę wygłodniałemu miastu, choć wiemy, że bardzo warto, nie zaglądamy już do muzeum ludobójstwa, choć na pewno warto, nie mamy czasu, a chcemy popatrzeć na Sarajewo inaczej, zaglądnąć w oczy jego dziedzictwa, sięgnąć do źródeł, zrozumieć…



