Kierunek – jak najdalej na Wschód cz. 1 Nadbużanka

Trasa przemierzała 4 polskie rzeki, trzy puszcze, dwa rozlewiska, trzy parki narodowe, jeden spływ i jedną ważną kulturowo drogę – Nadbużankę. W tym mieszczą się bajkowe krajobrazy, bezdenna cisza, przestrzenie po horyzont, tysiące bocianów, spektakularne zachody słońca, zachwyty nad „wysokonogim”, lasem, nad wciąż żywą wielokulturowością. Śpiewanie białym głosem, życzliwość, dzikość natury, bezdroża, brak asfaltu, bagna, trzcinowiska i drewniane kładki nad bezkresem wód i sitowia. Do tego cztery granice. W tej samej podróży zmieściło się też wojenne cierpienie, pamięć, konflikty, wiele śmierci, zapomnienie, upamiętnienie. Jak to poukładać? Jak to opisać Jak zamknąć ten kawałek świata nazywany wschodnią ściana, kiedy to trzeba zobaczyć, przeżyć, usłyszeć, przejechać… Królować będą rzeki, na końcu wystąpią jeziora, bo jakoś tak od jeziorek w Zatylskich Szuwarkach zaczęliśmy…

Droga 816, ruszamy, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2020

Czasem wstąpimy do miast, ale bardzo niewielu i na krótko, dłużej zagościmy w Zamościu. Nie będzie po kolei. Niech zatem pierwszy wystąpi król Bug.

Bug, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2020
Kraina bocianów, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2020

Król dziki Bug będzie głównie w odsłonie z Drogi 816 – słynnej Nadbużanki, wiodącej tuż przy granicy. Porozpinane są wzdłuż tego traktu zapomniane kilkudomowe wioseczki, kapliczki, często z krzyżami dwóch religii, przyozdobione kolorowymi wstążkami. Mijane łąki zachwycają odurzającym zapachem szałwii, dziurawca, kocanki, dziewanny i wiesiołka, upstrzone buszującymi wśród nich setkami bocianów. W takiej odsłonie występuje tu Bug. Podejrzewam, że gdy rzeczywiście wiosennie występuje z brzegów to krajobraz tego, co widzieliśmy diametralnie się zmienia. Nadbużańskie prawosławne monastyry stają się wyspami, do których mnisi dopływają łodziami. Ciekawe czy zalewana jest urocza Nadbużanka? Droga 816, która raz po raz spotyka dziki Bug, trakt, który dotyka popękanym asfaltem tej kuszącej granicy z Ukrainą, a potem Białorusią. Ludzie żyją tu spokojnie, a przygranicznie, tak jakby nie dotykała ich wschodnia strona świata, trochę jakby jej nie było. Jak pisał w „Drodze 816” Michał Książek –  mogą wyruszyć w trzy kierunki, bo czwarty – Wschód został im zredukowany, zabrany. Tę stronę zamknął wodą Bug, ludzie, państwo Unia, zakazy, nakazy. Tymczasem ogórki i ziemniaki rosną jakby tej granicy nie było, a i na ludziach brak czwartej ściany świata nie robi wrażenia. Świat otwiera im się podczas rozmów, obserwacji mijającego życia podczas, ławeczkowych posiedzeń przed domkami, szczytami ustawionymi do drogi jeszcze , w porządku jaki ustaliła sama królowa Bona.

Nad Bugiem zatrzymujemy się wiele, wiele razy. Ta w całości nieuregulowana, dzika, malownicza rzeka ma kolor miodu. Słońce wnika w jej nurt i gdzieniegdzie spotyka muliste dno, jednak przez 12- metrowe głębiny nie dociera, światło ginie w odmętach koryta. Stoimy na brzegu, zachwycając się pochylonymi koronami drzew, przeglądającymi się w lustrze wody poszarpanym brzegom i uśpioną w leniwym nurcie siłą. Zieleń jest tu bardzo intensywna i podkreśla miodopłynność nurtu. Ktoś zdecydował, że pod drugiej stronie mieszkają ludzie o innym języku, kulturze, ustroju. ale to nie one nas dzielą, tylko te cztery, może miejscami sześć metrów wody. Jakąś magię ma w sobie granica. Zwłaszcza ta, zakazana do przekroczenia, do inności świata, innego języka, do tajemnicy z drugiej strony wodnego lustra. Biało czerwone dwumetrowe słupki wyznaczają linię „swojego”, „naszego”, „dozwolonego lub zakazanego”. Poszukujemy tych znaków pożądliwie, jakby chcąc zaspokoić pożądanie przekraczania, dotykania zakazanego. No i ta dzikość rzeki, obojętnie toczącej swoje wody, magnetyzuje.

W okolicach Jabłecznej, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2020
Bug, fot. NoszkaPon, lipiec 2020

Ludzkie granice nie obowiązują jednak panów w czarnych smokingach. Ich przyjaźnie i swojsko klekoczący, czerwony dziób karmi się dobrem zza obu granic. Rybacy nadgryzają granicę długością wędkarskiej żyłki, łowiąc ryby mieszanego pochodzenia. Kaczki wybierając życie nad Bugiem, składają jaja raz po jednej, a raz po drugiej stronie, wędrując bezkarnie z brzegu na brzeg z przychówkiem, niczym w edukacyjnym spacerze o jedności świata. Nadbużanką jechaliśmy sami, czasem mijał nas kombajn, który strzygł złote bezkresne pszeniczne połacie. Horyzont jest tu tak odległy, że niemal się zakrzywia potwierdzając odkrycie Galileusza. Linia zetknięcia się nieba z ziemią jest tak jednoznaczna, że momentami wygląda jak fotomontaż. Tkanina pól i łąk z niezliczoną ilością ziół, pachnących środkiem upalnego lata, spowalnia czas, minuty wydłużają się przyjemnie. Ciszę rozbrzękują owady… Żadnego pagórka, żadnego wzniesienia, łąki, pola i kępy drzew przecięte szarością popękanego asfaltu. To krajobraz pogranicza, gdzie prawosławie spotyka katolicyzm i judaizm, gdzie od wieków splata się wschodni kobierzec wierzeń, zabobonów, fascynacji, niechęci, współistnienia, szacunku. O istnieniu na tej ziemi Żydów świadczą albo cmentarze, albo istniejące do dziś synagogi pełniące różne funkcje, albo obeliski mówiące o śmierci wszystkich powyższych. W uszach brzmi nam charakterystyczny wschodni zaśpiew, mieszczący w sobie wdzięk tej ziemi, jej miękkość i urodę.

Magia drogi 816, for. Paweł Kubisztal, lipiec 2020

Ramą Nabużanki był dla nas Hrubieszów – najdalej na wschód wysunięte miasto Polski. Niewielki i nie senny, a ruchliwy energią małego, nadgranicznego miasteczka, z którego uszło jednak jedno życie. Nie ma przybywających tłocznie jak dotąd Ukraińców. Uszczelniona wirusem granica w nieodległym Zosinie odcięła ruch nadgraniczny. Hrubieszów ma wszystko, co mieć powinno miasteczko z pogranicza. I wielką historię, noszącą w sobie Chrobrowy podbój Grodów Czerwińskich i pierwociny spółdzielczości wprowadzane tu przez Staszica i dworek rodziny De Chateau, który po wojnie był siedzibą NKWD, a dziś jest muzeum i synagogi i cerkwie i kościoły, które były burzone, zamieniane, burzone, odbudowywane i znów zamieniane na świątynie różnych wyznań. Katolickie Sanktuarium Maryjne – Diecezjalne Matki Boskiej Sokalskiej, położone nieco na uboczu, między blokami, na niewielkim wzniesieniu nazywanym Huczwą, (nazwa dopływu Bugu, nad którym leży Hrubieszów) to jedno z najważniejszych hrubieszowskich miejsc. Ale to nie ono gra w Hrubieszowie pierwsze skrzypce. Najpiękniejsza jest tutejsza 13-kopułowa cerkiew pod wezwaniem zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny. I tak jak to na pograniczach bywa. Sanktuarium zanim stało się kościołem było w XVII wieku grekokatolicką cerkwią, od XIX wieku prawosławną. Na kościół katolicki zamieniono ją w 1918 roku. Obraz, który mieści, jest  czwartym obrazem koronowanym na prawie papieskim na ziemiach Rzeczypospolitej, po obrazie Matki Bożej Częstochowskiej, obrazie Matki Bożej Trockiej i obrazie Matki Bożej Kodeńskiej. Po II wojnie światowej obraz został przewieziony do kościoła bernardynów w Krakowie, a od 2002 r. znajduje się w Hrubieszowie. Cerkiew zaś rozbłyskująca żółciami, i złotością kopuł, położona przy głównej ulicy Hrubieszowa została wybudowana w XIX wieku, w miejscu istniejącego tu wcześniej kościoła na polecenie cara w stylu rosyjsko-bizantyjskim. I stoi na przeciwko innego katolickiego kościoła.

Cerkiew prawosławna w Hrubieszowie, fot. NoszkaPon, lipiec 2020

Trafiamy w cerkwi akurat na godziny zwiedzania więc mkniemy do środka. Bardzo się stęskniliśmy za widokiem ociężałych od złoceń cerkiewnych, mrocznych wnętrz, rozświetlonych światłem żywego ognia, kołysanych śpiewem cerkiewnego chóru. W Hrubieszowie mieszkał profesor Wiktor Zin. Jego Zinówka – urocza wiejska, chałupka z gankiem właśnie jest w remoncie. Górale naprawiają dach (jak się okazało, górale wszędzie robią dachy w monastyrze nad Narwią też ;-). Gdy przybywamy zastajemy niestrzeżony dom – plac budowy, niepilnowani wchodzimy do środka i zaglądamy odrobinę w domowe życie profesora. Trafiła nam się kuchnia z białym wiejskim  kredensem, taka przyprószona czasem, nieczynna, umorusana budową. Na podwórku uroczy wiejski stół z toczonym nogami służy jako roboczy, niszczeje. Trochę nam smutno. Cóż, życie narasta na życiu. Niepilnowany ten dom. Mamy nadzieję, że chroni go sam prestiż miejsca, odchodzimy jednak nieco skonsternowani. Nie ma  profesor szczęścia do tego swojego Hrubieszowa. Jego pomnik najpierw stanął w 2018 roku na hrubieszowskim rynku, a następnie decyzją miejscowych władz, został z niego zdjęty i jak donosi lokalna prasa przeniesiony przed tutejszy Dom Kultury, które to miejsce, w opinii władz, miało być lepszym otoczeniem dla postaci znakomitego profesora, architekta, generalnego konserwatora zabytków (1977–1981), prezesa Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa; popularyzatora wiedzy o historii sztuki polskiej, mieszkańca było nie było. Pomnika jednak przed Domem Kultury nie znaleźliśmy, a Pani w tamtejszej bibliotece, wzruszając ramionami beztrosko odrzekła na nasze pytania, że jak nie stoi, to widocznie go nie ma jeszcze. …No tak… Cóżeś ty Hrubieszowowi zrobił profesorze….

Hrubieszów, fot. Paweł Kubisztal lipiec 2020
Służył kiedyś śniadaniom w ogrodzie? fot. NoszkaPon, Hrubieszów lipiec 2020

Hrubieszów ma „zrewitalizowany” za unijne fundusze Rynek. Taki jak w wielu innych miasteczkach, co oznacza mniej więcej wyłożony kostką lub kamieniem plac, ogołocony z drzew, które zastąpiono rachitycznymi drzewkami w donicach, ławeczkami w pełnym słońcu i niedziałającą wymyślną fontanną. Rewitalizacja przeniosła więc życie z rozognionego słońcem betonowego placu na boki miasta. Zachwyca nas to, że szewc jest w tym samym miejscu od 50 lat, zapiekanki od 30 lat, słynne „sutki” czyli wschodnio-brzmiące w nazwie (od bliskowschodnich suków) tutejsze targowisko, które nadal pełni rolę handlową, choć czasy świetności ma jakby za sobą. Albo przed sobą, biorąc pod uwagę plany rewitalizacji tej części miasta. Wiele tu miejsc poświęconych niepokornemu Hubalowi i światłemu Staszicowi. Otaczają Hrubieszów najżyźniejsze ziemie Polski – słynne tutejsze czarnoziemy, pewnie dlatego gryka tutejsza naprawdę jak „śnieg biała”, ściele biały kwiat aż po widnokrąg.

Pamiątkowy kopiec Unii Horodelskiej, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2020

Do Bielska Podlaskiego to jedyne większe miasteczko na naszej drodze . Ruszając Nadbużanką wstępujemy na chwilę do Horodła z uśpionym ryneczkiem, którego pilnują lwy i weseli panowie na ławeczce opodal. Przy sklepie rozdzierający krzyk ABBY, że „Money, money, money, must be funny” z ciężarówki, któremu wtóruje włączona znienacka syrena wzywająca tutejszych strażaków. Okolice ożywają, bo z prędkością 100 na godzinę do jednostki jadą miejscowi spece od ognia. I znów spokój.

A potem już w drodze kilka kilometrów od samego miasteczka, zatrzyma nas na dłużej kopiec – pamiątka Unii w Horodle zawarta w 1413 pomiędzy Litwą, a Koroną, którą na tutejszych rozległych terenach, wtedy bez granicznych słupków Białoruskich 😉 podpisał król Władysław Jagiełło ze swoim bratem Witoldem. Z kopca rozciąga się przepiękna, rozległa panorama  tych nietkniętych przemysłem, a udekorowanych „zbożem rozmaitem” bezkresnych pól dawnego Królestwa Polskiego. Horyzont dziś zamyka nam kolejny biało-czerwony słupek granicy na Bugu, w 1413 roku ten horyzont zamykała królowi jedynie troska o krzyżackie zagrożenie dla tych pięknych, żyznych ziemi Polski.

Panorama w okolicach Horodła, fot. NoszkaPon, lipiec 2020
Przy drodze, fot. NoszkaPon, lipiec 2020

Ruszamy. Tak naprawdę trochę jedziemy śladami książki….. „Droga 816” i podobnie jak autor smakujemy nadgraniczną rzeczywistość. W Matczach drogę do zapomnianego prawosławnego cmentarza, wskazują nam przyglądający się z ciekawością miejscowi, gdyby nie sianokosy pewnie spytaliby, „Czego szukają w tej zagęszczonej czasem dżungli pokrzyw i siedlisku komarów? Kto tam pamięta czyje to tam, kto tam…”

Matcze, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2020

Na prawosławnych krzyżach jak huby na drzewach krzywo, czasem jakby z boku wyrastają katolickie. Na metalowych granitowe, lepiąc ze sobą krzywizny pamięci i nieporadne twory upamiętniana swoich. Kusi nas Dubienka, podobnie jak reszta miasteczek lekko senna z uśpionym czołgiem, czujnie jednak celującym lufą w pobliską, świeżo odbudowaną cerkiew. Tuż za miastem ścigamy zakole Bugu, i choć jest tuż za rogiem, to nie widać go z kopca, który powstał w miejscu, gdzie Kościuszko kierował słynną powstańczą bitwą w dolinie rzeki.

Nadbużanka kusi Bugiem, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2020
Nawet nie wiemy jak to się stało…, fot. Paweł Kubisztal, gdzieś nad Bugiem, lipiec 2020

W Dorohusku przeciskamy się między stonogimi tirami, oczekującymi na złoty bilet przy granicy z Białorusią, a tuż za Dorohuskiem w Świerżach, trafiamy na kolejną neogotycką świątynię architekta Józefa Piusa Dziekońskiego, którego realizacje od jakiegoś czasu raz po raz wpadają nam w oko, to w Radomiu, to w Warszawie. Tutejszy Piotr i Paweł bronił się przed humorami Bugu skarpą i zaporą, sąsiaduje z nieistniejącym spalonym najpierw przez Armię Czerwoną, a następnie przez Niemców przepięknym ponoć pałacem Orsettich. Przeganiają nas komary, nie wchodzimy nawet do romantycznego pałacowego parku. We wsi nie ma cerkwi, została spalona w 1938 roku w akcji likwidacji prawosławia na Ziemii Chełmskiej i południowym Podlasiu. Palono, burzono, niszczono lub przejmowano cerkwie, szczególnie pounickie na rzecz kościoła katolickiego. Ta brudna karta w historii Polski pozostawiła widoczne blizny. Znakami nieobecności usłana jest ta podróż. Historia nie była dla tych ziem łaskawa. Właściwie każdej miejscowości dostało się od konfliktów równo – albo nie ma cerkwi, bo najpierw spalili ją bolszewicy, albo potem Polacy, albo jeszcze później Armia Radziecka, albo Niemcy. A jak jest cerkiew to nie ma kościoła z tym samych co wyżej powodów, tyle, że spalił, zamienił na cerkiew car, albo po prostu „tutejsi”, co wierzą w nieco innego Boga. Rachunek niezgody, wypielęgnowany przez obcych na gruncie tutejszego wielowiekowego, pokojowego współistnienia na końcu jakby się zgadza. W Woli Uhruskiej znów zwodzi nas Bug, bez Bugu nie przejedziemy kolejnych 10 kilometrów. Ta rzeka jest magnetyczna. Dzień się nachyla, a nad wodą kąpią się młodzi chłopcy – letnicy? Chyba jednak miejscowi.  Bug miękko opływa ich ciała i twarze roześmiane, Bugowi znajome. Chyba tutejsi, wiedzą, że rzeka jest w tym miejscu łaskawa, płytka, wręcz plażowa. Skaczą z drewnianego pomostu, rozbryzgując w wieczornych promieniach krople wody, jak pył złotego runa. Pogranicze kulturowe, pogranicze światów, znaczeń, smaków, zwyczajów i religii.

Wola Uhruska, lipiec 2020, fot. Paweł Kubisztal

Noc zastaje nas w Kodniu, w tutejszym klasztorze braci Oblatów. Bazylika  pod wezwaniem św. Anny, znana jest bardziej jako Sanktuarium Matki Boskiej Kodeńskiej – Królowej Podlasia – Matki Jedności , wyrasta nagle z drogi i i jest okazałe. Jest tu przepięknie urządzony, potężny ogród, ciągnący się aż do samego Bugu czyli do granicy, (którą zresztą widzimy z okna pokoju). Imponujący kompleks kościelno-klasztorny znajduje się na szlaku renesansu lubelskiego. Wnętrza budowli tego szlaku są wyjątkowo piękne, tak też jest i w Kodniu. Najpierw kaplicę, potem kościół, który zamieniono na cerkiew, a potem znowu na kościół itd., wybudował, a potem ozdobił lukrem gipsowych stiuków i barwną, mocną polichromią właściciel Kodnia książę Mikołaj Sapieha zwany Pobożnym. To z jego życiem i pewnym występkiem wiąże się historia sanktuarium i obrazu, którą usłyszymy nazajutrz. Zostajemy na noc u Sapiehów ;-), w domu Pielgrzyma, bo jesteśmy pielgrzymami wszystkiego: smaku, zapachu, krajobrazu, podziałów, zgody, przenikania, przygraniczności i bezkresu, podróżujemy przez dzieje. Do snu klekocą nam bociany, słychać śpiew, tym razem nie cerkiewny i nie tak wyczekiwana białym głosem wyśpiewywana uroda tej ziemi.

Kompleks kościelno-klasztorny w Kodniu, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2020
Widzieliśmy go przez okno naszego klasztornego pokoju, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2020
Kodeń, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2020

Gdy rano ruszamy oglądać to, czego dokonali w dawnej posiadłości Sapiehów Bracia Misjonarze, naszemu podziwowi nie ma końca – urokliwe sadzawki, niekończące się ogrody ziołowe, świątynie dumania, nawet zaznaczono miejsce dawnego portu rzecznego. Wiele fragmentów tego ogrodu pamięta czasy Sapiehów, a sam założyciel sanktuarium jest pochowany w rodowej, zamkowej kaplicy, ukrytej wśród starodrzewia. Pozostałości murów pałacu przypominają o znaczeniu, zamożności, ale i hojności właścicieli Kodnia (zresztą pradziadów kardynała Sapiehy, Metropolity Krakowskiego). Od jednego z zakonników dowiadujemy się o kontrowersyjnej historii kodeńskiego obrazu. O paraliżu, który był powodem pielgrzymki Sapiehy do Rzymu, o cudownym wyzdrowieniu i niespełnionej prośbie do papieża Urbana VIII, o podarowanie księciu wizerunku uzdrawiającej Maryi w gregoriańskim czy guadelupiańskim wizerunku.

Nasza miejscówka, na tę nadbużańską noc, fot. NoszkaPon, lipiec 2020, klasztor Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, Kodeń

Jak się to mówi, jak się czegoś bardzo chce, a nie wolno, to można, tak też zrobił Sapieha. Przekupił człowieka, a przekupiony wyciął z ram zwinął i dał księciu cudowny obraz, aby rzymskie cuda mogły dziać się również na podlaskiej, pięknej ziemi. Tu czekała na Maryję wciąż niedokończona przez chorobę kaplica. Stąd obraz ukryto początkowo w zamkowej kaplicy św. Ducha. Ekskomunikowany świętokradca, bardzo długo pozostawał nierozgrzeszony, z zakazem pochowania w poświęconej ziemi, ekskomunikę nałożono zresztą na cały Sapieszy dom – żonę i dzieci. Koniec końców karę (ekskomunika jest karą poprawczą) księciu odwiesił ten sam papież , który ją nałożył, czyli Urban VIII. Obraz został w udokumentowany sposób już podarowany, a książę mógł wreszcie spokojnie modlić się w kościele, który był jego dziełem, a do którego na mocy papieskiej kary, od momentu kradzieży obrazu, nie miał wstępu. Obraz w Kodniu jest, odsłaniany w asyście fanfar, każdego dnia o 10.00. Był koronowany papieskimi koronami jako trzeci w Polsce w XVIII w. zaraz po obrazie Jasnogórskim i Trockim. Urocze to miejsce, z nietuzinkowymi dziejami, koniecznie do odwiedzenia na dłużej. W niewielkiej Jabłecznej, hen na końcu świata, Bug wita nas zręcznym nurtem zakola nadgranicy. Rozsiane po niewielkim terenie dwie prawosławne kaplice należą do położonego na styku Polski i Białorusi monastyru św. Onufrego Wielkiego. Skąd Onufry w Jabłecznej? Jak to skąd? Najpierw objawił się tutejszym rybakom, a potem przybył w postaci ikony rzeką Bug i tym samym wyznaczył swoja uświęconą ziemię. Klasztor prawosławny powstał tu w XV wieku.

Ikonostas z cerkwi w Jabłecznej, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2020
A jak Bug wylewa, to do kaplic pływają łodziami, fot. Paweł Kubisztal, Jabłeczna, lipiec 2020
Ładnyś Bugu…, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2020
Pamiątki pielgrzymie na jabłeczyńskim kilkusetletnim dębie, fot. Paweł Kubiszta, lipiec 2020

Jednak, jak cała podlaska ziemia przeżył wiele, łącznie z kradzieżą drogocennej pod względem materialnym (XII-XIII wiek) i mentalnym ikony.Tutejszy ksiądz (mnichów jest trzech) wyjawia nam tajemnice i losy monasteru i uzmysławia, że gdy na wiosnę Bug wylewa, do kaplic trzech braci mnichów może dostać się tylko łodziami. Czy wtedy granica na Bugu również się rozlewa, rozmywa?

Sobibór był na naszej liście od początku. Potworność zbrodni, bestialstwa, którą kryje w sobie ta umęczona tysiącami śmierci obozowa ziemia, kiedyś znajdzie osobną opowieść. Powstaje tam muzeum, którego planowane otwarcie odbędzie się w październiku, więc pewnie wtedy… Wyjeżdżamy stąd wzdłuż torów, które wiozły przepełnione ludzkim towarem śmierci wagony. Zdecydowaliśmy, że to dobry kierunek, piaskowa droga, które wyprowadza nas z lasu, wbrew temu co robiła tu niemiecka maszyna śmierci, wracamy. Przed nami Orchówek i trójstyk granic – Ukraina, Polska i Białoruś spotykają się tu w uścisku rzeki. Miejsce niełatwo jest znaleźć, dlatego drogę wskazują nam pogranicznicy. Wodują tu swoją patrolową łódkę, a obok stoi wiata z informacją , że to tu. Wyboje, piaski, błota i rysujące karoserię krzaki. Ale warto. Gdyby nie atak komatów i bąków, które wygłodniałe rzuciły się do naszych żył i tętnic pobylibyśmy tu dłużej. A tak uciekaliśmy jak oparzeni, pogryzieni, pokąsani.

Gdy dobijamy do Włodawy dzień chyli się z wolna ku końcowi, Ale nie ominiemy tutejszej synagogi i tutejszego sanktuarium i tutejszej cerkwi. Wielokulturowa Włodawa. Trzy wielkie religie od wieków zgodnie obok siebie.

Włodawa miasto trzech kultur, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2020
Włodawska Synagoga Wielka, z tyłu mała, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2020
Wnętrze wielkiej Synagogi, fot. NoszkaPon, lipiec 2020
Fot. NoszkaPon, lipiec 2020, wielka synagoga we Włodawie

Wielka i Mała Synagoga warte są uwagi. Piękne wnętrze Wielkiej komentują eksponaty –  pozostałości po włodawskich Żydach – wspaniale zdobione srebrne pojemniki na etrog, tojady, zwoje ocalałej tory i niewielka książeczka do modlitwy należąca do ostatniej włodawskiej Żydówki. Cerkiew jest w remoncie, a zniszczony podczas rewitalizacji sąsiadującego z cerkwią skweru, płot cerkiewny stał się zarzewiem konfliktu z władzami miasta. Świeci z naprzeciwka odnowiona, piękna, harmonijna barokowa bryła kościoła św. Ludwika. Jego ciemne, spektakularne, malachitowe wnętrze mam ciągle przed oczami. Ale magnesem przyciągającym turystów do Włodawy jest tak naprawdę wodowskaz na Bugu, znany każdemu z komunikatów polskiego radia, oświadczających bezpieczeństwo lub zagrożenie idące od tej dzikiej wody. Bug znowu nas tu przynęcił i posadził w zadumie i podziwie na drewnianej ławeczce z serduszkiem. Wodowskaz znajduje się przy nieistniejącym moście kolejowym, łączącym niegdyś dwa polskie brzegi Bugu – Włodawę i Tomaszówkę. Dziś słupki dwóch różnych państw spoglądają na siebie z dwóch brzegów z sąsiedzką życzliwością. I choć Włodawa graniczy z dwoma państwami, to próżno szukać w okolicy przejścia granicznego na jedną lub drugą stronę. Sąsiedzi wiedzą o sobie, ale spotkać się nie mogą. Kiedyś brzegi rzeki łączyły rodziny, interesy, handel, sąsiadów. Rozdzieliła te związki nie tylko mostowa katastrofa, ale katastrofa wojen i konfliktów i umówionego podziału.

Wodowskaz na Bugu we Włodawie, fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2020
Bug czaruje, fot. NoszkaPon, lipiec 2020
Tak też jest, fot. Paweł Kubisztal, Włodawa, lipiec 2020

We Włodawie jest jeszcze jedno odwiedzane przez wszystkich chyba miejsce, w którym jak chce gminna opowieść, miał odbyć się słynny pojedynek Wołodyjowskiego z Bohunem. Czworobok – bo tu się to działo, w podwórzu miejskich jatek, mieści się przy rynku włodawskim i po usunięciu niebieskich kontenerów na śmieci z powodzeniem mógłby stanowić plener tej XVII-wiecznej potyczki. Ale jednym z najcenniejszych włodawskich  prezentów znaleźliśmy w tutejszej aptece – porządny środek na komary, którego, jak powiedział szeptem Pan aptekarz, używają pogranicznicy. Mamy więc broń na komary z pogranicza, mamy jakby udział w tej tajemnicy nadbużańskiej, która rwie, przyspieszając na zakrętach, głębokie koryto unijnej granicy.

Ruszamy w stronę Drohiczyna. Żegnamy zatem Nadbużankę, ale nie Bug, który odtąd towarzyszył nam będzie w całości po polskiej stronie. Żegnamy się na noc tylko z krajobrazem złożonym z łąk, po których snują się wieczorne mgły. Różowo, stalowoszare niebo maluje pejzaże, codziennie kompletnie inne, zachwycające. Jak to złapać przytrzymać i przywieźć? Pachną łąki, od Bugu wieje chłodem…

Okolice Drohiczyna, Fot. Paweł Kubisztal, lipiec 2020
Bug idzie spać, Fot. NoszkaPon, lipiec 20202

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.