W doliny nie wrócisz taki sam – Grossglockner

Dookoła głosy – o górach, o górach, kiedy będzie o górach? Dobra, to będzie o górach. O wysokich. Tym razem o Taurach Wysokich w Alpach Centralnych. Zaczniemy od jednej z pereł w Koronie Europy. Nie zaczniemy od najwyższej, ale od najtrudniejszej wśród tych przez nas pokonanych i od końca, od tej najświeższej 😉 Droga będzie długa – w górach nie chodzimy na skróty. Gotowi? Przed nami najwyższy stożek Austrii, piękny Grossglockner – Wielki Dzwonnik.

Grossglockner 3798 m. n. p.m. widok od południa, fot. NoszkaPon
Urocze Kalms ams Grossglockner, fot. Kuba Tutak, sierpień 2016

To nie będzie relacja jak z filmików na u-tubie. Nie będzie od momentu podjęcia decyzji, poprzez pakowanie, zakupy, wsiadanie do auta. Nie będzie o długiej kilkustekilometrowej, pełnej wspaniałych widoków podróży, z kilkoma pomyłkami przez Czechy i Austrię. Ale zaczniemy od pewnego początku. Dojeżdżamy do Kalms ams Grossglockner, po kilkunastogodzinnej podróży. Nie witają nas tu przyjaźnie. Z pełnego słońca progu Alp, wjeżdżamy w progi mocno zagniewanego Tyrolu. Ciężkie, stalowe niebo chłoszcze nas potworną ulewą. Wszystko, co tu mają pięknego, właśnie się ukryło. To, co mamy, to tylko pewność celu i przeczucie przygody. Wszystko inne trzeba zdobyć i łatwo nie będzie.. Jednak nawet w tej szaro-burej aurze, w tym rozchlapanym świecie, mijane alpejskie wioseczki olśniewają nas kolorem wybujałych pelargonii, ozdabiających charakterystyczne przysadziste wille. Wszystko tu jak z bajki, poukładane, odnowione, zadbane, dopieszczone. Nic tylko przecierać oczy ze zdumienia, to przecieramy. Nie, nie brakuje nam wielkopowierzchniowych reklam, plastikowych płacht z informacjami o futrzanych kapciach czy sprzedaży blachodachówki. Samo Kalms urocze, informacja turystyczna całkiem spora, choć z angielskim tu krucho, jest za to cała masa życzliwości. Wiemy gdzie się rozbić, wiemy gdzie pożyczyć to, czego ze sobą nie zabraliśmy. Tak więc zaczynamy.  Czujemy się dziwnie, bo ciągle nie widać żadnej góry, zwłaszcza TEJ, ale mamy dziwne uczucie, że ona już o nas wie. Spokój i cierpliwość. Tu nie działa się na czas. Gdy dobijamy do campingu, nieco z ulgą odnotowujemy, że nie tylko my wpadliśmy na pomysł biwakowania w porze przypominającej koniec świata. Jednak znając prognozy z nadzieją patrzymy w przyszłość, a przyszłość to jutro – gdy wyruszymy, by dotknąć wierzchołka. Wielki Dzwonnik  ze swoimi 3798 metrami n.p.m. gdzieś już tam jest. Wieczorem przestaje padać, odsłaniają się widoki – góry są zasypane, świeżą dostawą białego puchu, lukier, cukier puder, jest pięknie. Teraz dla odmiany zaczyna wiać, mocniej i mocniej. Zastanawiamy się w nocy, kiedy nasz namiot odleci, pamiętamy podobne historie z wyprawy na Mont Blanc, gdy latały namioty z całym dobytkiem śmiałków, którzy ośmielili się wyruszyć, aby w niepogodę zmierzyć się z Białą Górą. Rankiem ruszamy, jest pięknie, słonecznie, ciepło. Początek naszej drogi wyznacza osada Lucknerhaus. Nasz plan to zdobywanie góry tzw. Normalną Drogą (Normalweg) od południa.

Doliny zostają w dolinach, fot. Kuba, sierpień 2016
W drodze…, fot. Kuba Tutak, sierpień 2016
Wielka gąsienica – Stuthütte, fot., Tymek Tutak, sierpień 2016
To, którędy? Fot. Tymek Tutak, sierpień 2016

Sprawdzamy szpej, wszystko co zbędne zostaje i czeka na nasz powrót. Droga wije się łagodnie, schroniska – kolejno: są położone w odległości 40 min, do godziny marszu od siebie, jest weekend, więc jest tłoczno. Tłoczno tutaj to jednak nie to samo, co długi weekend nad Morskim Okiem. To mniej więcej tyle, że co, jakiś czas kogoś się mija. Góry ciągle nie widać.. Jeszcze się sobie nie przyglądnęliśmy. Grossglockner jeszcze chce być zagadką, może nie chce nasz przerażać? Pamiętamy widok Elbrusa z Czegetu, pamiętamy niecenzuralne westchnienia, gdy nagle, gwałtownie wyłonił się z mgieł. Taki gigantyczny i taki odległy…

Nagle … chmury gdzieś zniknęły i wyłonił się ten oczekiwany aktor pierwszego planu, stanęliśmy po raz pierwszy twarzą w twarz. Zmierzyliśmy się wzrokiem, po czym góra zniknęła. Poczuliśmy jednak ulgę, a tę miłą krótką audiencję odebraliśmy jak dobry znak. Chyba dał nam zielone światło. Ruszamy. Po godzinie kolejne schronisto – Stuthütte – położone na wysokości 2800 m. n. p. m. Wygląda jak gigantyczna dżdżownica ukryta wśród skał, która utknęła pod lodowcem. Ostatnie przepakowania i przed nami sam lodowiec. Wbijamy się w niego w totalnej mgle, duszącej, osiadającej na powiekach, tłumiącej dźwięki. Nic nie widać, nic nie słychać.Może sie związać?… Gdy zaczyna wiać, mgła nieco nam odpuszcza i zza mgły wyłania się potężne czarne cielsko góry. Niezwykły to widok. Michał idzie pierwszy i to jego sylwetka niknie w starciu z ogromem dzwonnika. Karzełek i golem, Dawid i Goliat.

Michał i ściana Grossglocknera, fot. Tymek Tutak, sierpień 2016
Mrówki lodowcowe, fot. Michał Tutak, sierpień 2016

Docieramy w coraz mocniejszym wietrze, około15.00, do ferrat, które doprowadzą nas do bezpiecznego schronienia i jutrzejszego startu. Dołączymy do śmiałków i nieszczęśników. Póki co, w perspektywie ciepło, odpoczynek i względna cisza. Rozwiązujemy się, szpeimy i w górę, bo droga nie jest szczególnie trudna, taka tatrzańsko-perciowa, choć niezwykle męcząca w tej mgle, mżawce i wichurze. Droga się dłuży, jesteśmy zmęczeni. I nagle z mgły wyłania się  drewniane cielsko naszego schronienia. Lubię ten moment, gdy wydaje się, że nie dasz rady jeszcze raz dźwignąć w górę ciała, że ręce przymarzły do karabinka, że nie ma tchu, a zimno przenika do kości, a jednak zbierasz moc i okazuje się, że to już. Schronisko… jak to zwykle wysoko w Alpach wisi jak orle gniazdo – tu akurat tuż pod szczytem – na wysokości 3200 m. n.p.m. Dlatego wygodnie stąd ruszać na szczyt. Do najwyższego wzniesienia Wysokich Taurów, znanego jako Ggrossglockner, mamy stąd jakieś dwie godziny wspinania.  Nareszcie. Ciepło, bezpiecznie, sucho. Obsługa wskazuje nam miejsce, które dziś wydaje się wyśnionym rajem – prycza na poddaszu z kocem, poduszką. W sąsiedztwie jakieś 20 podobnych, jednak jest tu niezwykle miło, wręcz uroczo, przytulnie, czysto. Wiatr się wzmaga. Nawet nie przypuszczaliśmy jak bardzo nas wyczerpał. Leżymy dłuższą chwilę. Wieża Babel. Jedni czekają tu na okno pogodowe dłużej, inni, jak my, przyszli tu przed chwilą. Miejsca jest niewiele, namioty są zabronione, toteż szczęśliwi, którym udało się zarezerwować miejsce, tuż przed oknem pogodowym. Gwarny, wielojęzyczny światek górskich fanatyków. Przewodnicy, klienci. Tymek jest tu chyba najmłodszy (on zawsze wszędzie jest najmłodszy – Elbrus zdobywaliśmy, gdy miał 14 lat, Mont Blanc, gdy miał 15, teraz jest już 17-latkiem). Najmłodszy a jednocześnie najbardziej doświadczony wspinaczkowo, Michał też, my z Kubą mniej, choć wysokogórskie doświadczenie mamy wyrównane. Nasza rodzinna czteroosobowa, nierozłączna drużyna zawsze wzbudza zdziwienie i sympatię. Trójka rodzeństwa i dzieciak – nastolatek. Bliźnięta, ich siostra, a zarazem matka 17- latka i sam 17-latek; -). Ten układ niezmiennie jest rodzajem sensacji. My, nie wyobrażamy sobie inaczej. Znamy się jak przysłowiowe łyse konie, rozumiemy bez słów, znamy swoje wady i braki i doceniamy możliwości. Tak klasycznie jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Wiatr jest coraz mocniejszy. Nachodzą nas szare myśli, na czarne zawsze przyjdzie pora, teraz wszyscy z lekkim niepokojem spoglądają za okno, zachodzące słońce oświetla góry, które wyglądają jak posągi ze złota, jak żarzące się pochodnie, postrzępione chmury mienią się wszystkimi kolorami. Przed naszymi oczami rozgrywa się barokowo-rokokowy spektakl przyrody. Ale nikomu nie śpieszy się do tego, aby wychylić nos z ciepłej kryjówki schroniska i stanąć z tym przedstawieniem twarzą w twarz, z aparatem, bo wieje jak nie powiem, co. Wiatr nie ustaje. Trzeba iść spać. Atak, pod warunkiem, że wiatr nieco ustanie, planujemy na 5.00 rano, a więc trzeba wstać przed 4.00. W schronisku, jak to zwykle w Alpach, w cenie noclegu jest śniadanie, więc odpadnie cały korowód z gotowaniem wrzątku, przygotowywaniem śniadania. Na Blancu zajęło nam to wieczność. Nie mogę spać. Na mnie ta wysokość odbija się w ścisku żołądka. Wiem, że tak będzie, bo tak jest zawsze, mój organizm aklimatyzuje się wolniej i potrzebuje tego procesu już od wysokości 3000 m.n.p.m. Chłopaki mają lepiej, jeszcze nie czują wysokości, jeszcze nie. Trochę może w oddechu, ale na to nikt już nie zwraca uwagi. Schronisko wydaje się być uśpione… Nasłuchuję wycia wichru i wszelkich potworności pogodowych, które docierają do nas przez dach. Ktoś tam na zewnątrz się z kimś mocuje, ustala, paktuje, negocjuje. Dźwięki jak z piekielnych czeluści – wycia, pohukiwania, trzaski, jęki, grzmoty. Niech już będzie rano.

Przedwieczorne kłęby, fot. Kuba Tutak, sierpień 2016
Ciepły, wakacyjny, sierpniowy poranek… fot. NoszkaPon, sierpień 2016
Poranne szpejenie, Tymo buchtuje linę, fot. NoszkaPon, sierpień 2016

Po ekspresowym śniadaniu, które jak zwykle z trudem przełykam, zostawiamy dobytek w schronisku i „na lekko” ruszamy w górę. Pogoda jest perfekcyjna, wyśniona, mroźna, słoneczna. Wieje ciągle mocno, ale słońce i bezchmurne niebo obiecują niezapomnianą wspinaczkę. Śnieg skrzypi pod rakami. Wiążemy się i po chwili ruszamy. Na górze, jeśli wszystko pójdzie dobrze, będziemy za jakieś 2-3 godziny. Sympatyczne podejście przez śnieżne plateau, skosem, pod samą grań, pokonujemy w milczeniu, paktując z brakiem tchu i lekkim podnieceniem. Po drodze życzy nam powodzenia jedna z najpiękniejszych górskich sylwetek   – majestatyczny królewski Matternhorn. Jego piramidka znakomicie widoczna jest z wypłaszczenia tuż pod podejściem na grań. W skalnej rynnie zostawiamy czekany, kijki wbijamy się w skałę. Jesteśmy dość wcześnie, więc jeszcze nie ma tłoku. Droga jest wspaniała choć rzeczywiście bardzo eksponowana. I wiedzie sama granią. Idziemy jak po rybim grzbiecie. Zakładamy punkty asekuracyjne pomiędzy tymi, które już tam są – metalowymi prętami. Tymek jest na prowadzeniu. Myśleliśmy o podzieleniu się na dwa dwójkowe zespoły, obawiając się tłoku i problemów z wymijaniem na grani, ale w końcu szliśmy razem. Korek zaczął się później. Zajęci wspinaniem, pochłonięci całkowicie przez skupienie i czyhające pułapki, nie zauważyliśmy, że wiatr ustał, że zrobiło ciepło, się wręcz gorąco. Szło się cudownie, widoki były oszałamiające, oszałamiająca ekspozycja. Tuż przed szczytem Kleinglocknera, zaczęła się karuzela z wymijaniem. Część zespołów, które prowadzili przewodnicy już wracała z góry. Znalezienie bezpiecznego miejsca na wyminięcie się na wąskiej na pół metra grani jest bardzo trudne i niebezpieczne. Wpięliśmy się do stanowiska i zwisając bez mała na zboczu, czekaliśmy aż przejdą: najpierw przewodnicy, potem przerażeni turyści, potem maruderzy i potem jeszcze i jeszcze. Staliśmy tam około 40 minut. Nikomu ze schodzących nawet nie przyszło do głowy, że można, co jakiś czas wpuścić jakiś zespół do góry, bo takie wiszenie nad przepaścią jest mało bezpieczne i mało komfortowe. Na szczęście wisieliśmy od zawietrznej i świeciło słońce więc plażowaliśmy…

Podejście dom plateau, fot. Tymek Tutak, sierpień 2016
Pozdrawia nas Matternhorn, fot. Tymek Tutak, sierpień 2016
Wisimy na grani Kleinglocknera, fot. Kuba Tutak, sierpień 2016
Z Klein na Gross tylko hops 😉 fot. Kuba Tutak, sierpień 2016
Tuż przed szczytem Grossglocknera, fot. Kuba Tutak, sierpień 2016

Ruszamy, przed nami najtrudniejszy odcinek – szczytowy, wąską na dwie stopy granią Kleinglocknera – zejście na słynna przełączkę – grzędę pomiędzy szczytami, zawieszoną jak nie przymierzając jakaś diabelska kładka nad nicością i hopla w górę po grani na szczyt Wielkiego Dzwonnika, oznaczony metalowym 350-kilogramowym krzyżem i buddyjskimi chorągiewkami. Sposobów na pokonanie tego odcinka widzieliśmy mnóstwo, nie każdy okazał się skuteczny, nie każdy rozsądny. Nareszcie. Nie wierzę własnym oczom, stopom i rękom. Jesteśmy, trzymam się tego krzyża, który tu postawiono na pamiątkę 25. rocznicy ślubu Franciszka Józefa ze słynną Sissi i czuję, to co być może w 1884 lub 1885 roku czuł Ludwik Chałubiński – pierwszy polski zdobywca, że wyżej już nic w okolicy nie ma i że stoję na jednym z dachów Europy. Zawsze to samo, zawsze absolutnie fantastyczne jest to uczucie – szczęścia, spełnienia, wygranej z sobą. Te emocje znają wszyscy, którzy kiedyś zdobywali wysokie góry, w ogóle coś zdobywali. Radość z pokonania własnego lęku i słabości, ten rodzaj skupienia i jedności z otaczającym światem, ten rodzaj zmagań z obojętnością natury i pokorą wobec jej majestatu. To wszystko tam jest, tego wszystkiego dotykamy – to tak na marginesie, jakby ktoś jeszcze raz zadawał pytanie po co…

Ze szczytu widać Matternhorn, fot. Kuba Tutak, sierpień 2016
Zrobione, fot. ktoś na szczycie, nie pamiętamy kto, ale pozdrawiamy 😉 Grossglockner, sierpień 2016
Morze gór ze szczytu Grossglocknera, fot. NoszkaPon, sierpień 2016
Na szczycie Grossglocknera, fot. Tymek Tutak, sierpień 2016
Przygotowania do zejścia – Michał gada, a Tymek jak zwykle buchtuje linę, fot. Kuba Tutak, sierpień 2016

Przed nami morze gór, lodowiec Pasterze z którego wyrasta nasza góra i cisza. Królestwo śmiałków i marzycieli. Kto raz tego dotknął, nigdy nie wrócił na w doliny taki sam.

Kopuła Grossglocknera to granica dwóch austriackich krain geograficznych – Karytnii i Tyrolu. Słońce nas rozgrzewa, na niebie ani jednej chmurki, nie ma wiatru i nie ma tłumu. Robimy to co każdy robi po zdobyciu – fotografujemy się i po kilkunastu minutach, jak każdy zaczynamy myśleć o drodze powrotnej, która  – jak wiadomo zawsze jest trudniejsza. Tu na pewno będzie. I tak było, schodziliśmy o dziwo dłużej niż wchodziliśmy – zatrzymały nas tłumy zdążające do góry lub zbiegające z przewodnikiem w dół. Po rękach nogach i prawie głowach. A najgorsi są austriaccy przewodnicy, bezpardonowo torujący drogę swoim komercyjnym wycieczkom. Na grani Grossa nie ma miejsca na mijanki. Każdy nieprecyzyjny ruch i tragedia gotowa. Nie mówię nic więcej, ale przestrzegam, że to ma tam miejsce. Byliśmy tu w szczycie sezonu, a ten jest tam bardzo krótki, a chętnych jest wielu. My i tak podobno trafiliśmy na nie aż tak wielki tłum. Schodziło się nam poza tym incydentem miło, niespiesznie i z uczuciem wielkiej satysfakcji, spełnienia.

Michał schodzi w dół, fot. Kuba Tutak, Glossglockner sierpień 2016
Popruszyli, popudrowali, fot. Kuba Tutak, sierpień 2016
W zejściu, fot. Kuba, sierpień 2016
Będzie lawina, czy nie będzie? fot. Michał Tutak, sierpień 2016

Krótki odpoczynek w schronisku, czekolada, smsy do rodziców, których nasze wyprawy kosztują wiele i zmykamy w dół – czeka nas kawał drogi. Odcinek ubezpieczony pokonujemy bardzo szybko, topniejący lodowiec pokazuje swoje zębiska – widać szczeliny. Po zejściu z lodowca zdejmujemy raki, kurtki, czapki bo jest nam niesamowicie gorąco. Wczoraj to był zupełnie inny świat. Trudno w to uwierzyć. Wiemy, że tak bywa, że to normalne, ale wciąż nas to zadziwia i zachwyca. To chyba dobrze? Dobijamy do naszego noclegu w Studhütte – jemy zwycięski posiłek, niespieszny, pełen smaków i zapachów, z wiatrem w zmęczonych powiekach. Porzucamy plan noclegu, postanawiamy schodzić na sam dół. Po 12 godzinach od wyjścia do ataku, lądujemy w naszym autku, czując, że odwaliliśmy kawał tak potrzebnej nam jak powietrze roboty.

Namawiają się na coś kolejnego? fot. Kuba Tutak, sierpień 2016
Najpiękniejsza wysokogórska trasa alpejska w Austrii – Grossglockner Hochalpenstrasse, fot. Kuba Tutak, sierpień 2016

Mamy spalone twarze, a to czego chcemy najbardziej, to nawodnić się i odświeżyć (wysokogórskie schroniska nie maja bieżącej wody – chcesz mieć prysznic? Wnieś go sobie na plecach ;-). Wieczorem lądujemy w ciepłych śpiworach, mając w zapasie jeden dzień. Jest nam potrzebny, aby uporządkować wrażenia, zajrzeć w głąb siebie, podzielić się emocjami, spostrzeżeniami, ustalić dalszy plan. Nie chcemy tak po prostu opuszczać tej krainy jak ze snu. Wiemy, że nie było to nasze ostatnie austriacko-alpejskie spotkanie. Urządzamy sobie zwycięska wycieczkę najpiękniejszą samochodową, słynną wysokogórską trasę Austrii – Grossglockner Hochalpenstrasse. Chcemy zobaczyć naszego nowego przyjaciela – Wielkiego Dzwonnika  i jego wierny orszak zaśnieżonych  trzytysięczników z zupełnie innej, choć równie pięknej i kuszącej perspektywy. Zatem, nie było to pożegnanie tylko gorący całus na „Do zobaczenia wkrótce”.

Fot. aparat sam. Od lewej: Kuba, Tymo, Noszka, Michał, w tle Grossglockner, sierpień 2016

3 thoughts on “W doliny nie wrócisz taki sam – Grossglockner”

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.