„…a szóstego dnia Bóg zakończył swe dzieło i rad, iż udało mu się to Ono tak pięknie, wziął je w ręce i pocałował. To miejsce właśnie, co ustami dotknął to Sycylia” – Renzino Barbera
A gdy nadchodzą letnio-jesienne mgły, to przed oczami mam miasto Dedala, ruszajmy…
Od początku sycylijskiej podróży wiedzieliśmy, że na pewno chcemy tam pojechać. Przypadkowo obejrzana fotografia z basztą na urwisku otulonym mgłą podziałała na naszą wyobraźnię. Aby dotrzeć na miejsce, trzeba uzbroić się w cierpliwość i jeszcze lepiej w dobrego kierowcę. Cel podróży do samego końca pozostaje zagadką. Wędrowiec skrada się do miasteczka po wstędze stromego i zawiłego traktu jak kochanek do wieży, w której zamknięto dziewicę. A dziewica okryta mgłą jak woalką od kilkuset wieków cierpliwie i w milczeniu czeka…

Nasz autobus wyjeżdża z Tarapani i klucząc nad przepaściami po godzinie drogi wśród serpentyn tonących we mgle i chmurach dowozi zdobywców wprost pod pierwszą bramę tajemniczego miasteczka. Położone 750 metrów nad ziemią, zanurzone w średniowieczu, często ginące we mgle. Z jednej strony otoczone jest i zarazem osłonięte wybujałą zielenią, która działa kojąco na wszystkie zmysły zmęczone bezustanną aktywnością i kolorami Sycylii. Z drugiej strony strzeżone jest skalnym urwiskiem, które otwiera przed wędrowcem panoramę niezapomnianych widoków po Etnę i Tunezję Takie jest Erice. Kompletnie inne niż reszta sycylijskich miast, nietknięte współczesna architekturą, zanurzone w głębokim średniowieczu, kapryśne, refleksyjne, każdemu opowiada swoje historie w zupełnie inny sposób.
Można do bram Erice przybyć kolejką linową, to może nawet ciekawszy sposób – z zachwycającą panoramą miasta z rozległym widokiem równiny trapańskiej, Morza Tyrreńskiego i bielejących w słońcu trapańskich salin. Ale tylko prze jakieś 20 minut. Potem wszystkich pochłania zastygły w miejscu czas, niezmienione od średniowiecza, wąskie jak ucho igielne vanelle – uliczki, potężne mury , niezliczona liczba kościołów i jak pisał Gustaw Herling-Grudziński „cisza, tak głęboka , że ludzie, nawet gdy wychodzą z domów, poruszają się jakby na palcach, ocierają się o mury i szybko znikają”.
Dlatego pewnie tak trudno ich tu spotkać. Tu zresztą wszyscy po jakimś czasie znikają – za zaułkiem, za bramą w kolejnej uliczce lub po prostu we mgle. Bo to miasto tonie w chmurach i w tajemnicach swoich dziejów. Jest niezapomnianą miksturą mitów i historii, sztuki i kultury, architektury i natury, fantazji.

Starożytni nazywali je Eryks. Od półboga Eryksa – syna Wenus Eryceńskiej, fenicjańskiej Astarte, a greckiej Afrodycie, jej bowiem miasto było poświęcone. I jeszcze Bute – królowi Elymów, ludu będącego według Tukidydesa potomkami uciekinierów z Troi. Ten tajemniczy lud miał założyć Erice. Rzymianie uważali, że tutejsze mury miejskie wznosił sam Dedal. W hołdzie matce Eryksa – Wenus Fenicjanie wybudowali na pobliskiej skarpie świątynię otaczaną takim szacunkiem, że żaden z najeźdźców – a Erice poznało ich wielu – nie śmiał porwać się na jej mury. Do dziś pozostały tu ślady po kulcie tej bogini – surowa i tajemnicza Katedra wzniesiona ponoć z kamienia, pochodzącego ze wspomnianej świątyni, zamek Castello di Venere wybudowany według miejscowej tradycji na jej ruinach również z tego samego co ona kamienia.

To zresztą cały urok Erice. Jej domy noszą w sobie ślady architektury kolejnych epok i cywilizacji, jakie zawiodła do tego niezwykłego miejsca ciekawość, chęć zysku, przygoda. A takich było wielu bo pomimo swego położenia, a może właśnie dlatego – Erice długi czas było jedynym punktem odniesienia dla statków pływających na pobliskie Wyspy Egadzkie – po mieście hulały jak nieprzyjazne wiatry, hordy pazernych najeźdźców – od Kartagińczyków , Rzymian przez Arabów po Normanów pod dowództwem słynnego Rogera d`Altavilli, który w XII w. zmienił nazwę miasta na Górę św. Juliana tak skutecznie, że nazwa obowiązywała do roku 1934.
Miasto wpuszcza nas jedną z trzech miejskich bram, XII-wieczną „Porta Trapani” wykutą w murze fortyfikacyjnym pochodzących z V w. p. n. e. Erice, urocze, utkane z mgły jest właściwie jednym wielkim muzeum, otwartym, przestrzennym, w którym dzieła sztuki zastajemy w miejscach dla których były budowane lub do których były przeznaczone. Dzięki temu nie umyka nam ich kontekst kulturowy i historyczny. W ten sposób doświadczamy dziedzictwa niezwykłego Erice namacalnie, emocjonalnie, wszystkimi zmysłami. Pomysł takiego prezentowania dziedzictwa Erice ma swoją nazwę – Museo di Erice la Montagna del Signore (Muzeum Góra Pana) i obejmuje zasięgiem wszystkie najważniejsze dla historii Erice miejsca i dzieła sztuk ujęte w dwie trasy zwiedzania. Wybór niebieskiej lub czerwonej nie jest łatwy. Nagrodą za decyzje jest zanurzenie się w bezczasie, mgle, nastroju i refleksyjności tego niezwykłego miasteczka.

Zaczęliśmy od potężnej budowli, zdobionej na froncie imponującą koronkową, kamienną rozetą – od eryceńskiej katedry królewskiej. Kościół wybudował w 1312 roku król Fryderyk II Aragoński. Stojąca obok dzwonnica wzniesiona przez Aragończyków, służyła obserwacji wojsk nieprzyjaciela. O ile fasada świątyni to prawdziwa średniowieczna perełka jakich mało na barokowej Sycylii, o tyle wnętrze kościoła to owszem efektowny, ale już neogotyk, który zdobi kościół od czasu jej dobudowy po katastrofie w 1853 roku. Warto wspiąć się na wieżę – dzwonnicę. Rozciągają się z jej szczytu niezapomniane widoki na ochrowe dachówki i niezwykle bujną zieleń otulającą tę część Góry. To stąd dochodzi zaskakujący, nie słyszalny pośród miejskich murów hałaśliwy choć przyjemny dla ucha świergot tysiąca ptaków zamieszkujących bujne drzewa. Klucząc trochę intuicyjnie, a trochę podążając szlakiem dotarliśmy do ruin klasztoru San Salvatore, a potem do słynnego z kolekcji marmurowych rzeźb kościoła San Giovanni. Stąd tylko krok dzieli od konfrontacji urody przypadkiem obejrzanej niegdyś ilustracji z samotną wieżą nad urwiskiem z rzeczywistością Castello dell Balio – części okazałego, stojącego tuż za nim słynnego Castello di Venere. Nie ma co. Warto było myśleć o tej wyprawie, planować, wyobrażać sobie. Widok jest olśniewający i nie zbłądzą Ci, którzy podobnie jak my zapragną zobaczyć to miejsce na własne oczy.

Przy dobrej widoczności – a ta zdarza się tu prawie tylko latem (reszta roku skrywa i widoki i Erice w słynnej mgle) – wzrok nasz dosięgnąć może Tunezji. Lecz niech nie żałuje ten, kto Tunezji nie dostrzeże, mgła rozpierzcha się tu bowiem raz po raz i jak uchylona firanka odsłania rozświetloną słońcem pofalowaną dolinę z gamą rozsianych wśród zieleni domków z charakterystyczną czerwonobrązową dachówką, ze wstęgą wijącej się ku Erice piaskowej drogi i falbanką morza… Urzeczeni zastanawialiśmy się, że chyba już widzieliśmy coś podobnego, chyba tylko w nieco innej skali… Pamięć nas nie myli – to oczywiste! Mamy przed sobą najprawdziwszy, naturalny frazzate – tyle, że utkany przez naturę. Bo frazzate to jeden ze znaków rozpoznawczych Erice. Te bawełniane dywany tkane z kolorowych skrawków i włóczki tradycyjną metodą przez kobiety z miasteczka, można spotkać na każdym rogu ulicy i w każdym sklepiku.

Jednym z najstarszych kościołów Erice jest San Giuliano wzniesiony w 1076 roku przez Rogera na cześć św. Juliana, który jak chce miejscowa tradycja uchronił Erice przed muzułmańską nawałnicą. Kościół jest dziełem dziękczynnym, a najbardziej niezwykłym jego zabytkiem jest kolekcja woskowych grup misteryjnych używanych do dziś podczas wielkopiątkowych procesji w Erice. Rzeźby, naturalnej wielkości, niezwykle realistyczne, bardzo ekspresyjne opowiadają podobnie jak nasze stacje Drogi Krzyżowej o ostatnich godzinach życia Chrystusa, a są dziełem XVIII-wiecznych warsztatów lub cechów rzemieślniczych (szewców, krawców, tkaczy).
Jednym z niewielu miejsc które gromadzi dzieła sztuki wykonane do innego niż to , w którym są prezentowane otoczenia jest kościół San Martino – słynący z arcydzieł snycerskich i ze zbioru drewnianych rzeźb, które ze względu na ich dobro zdecydowano się przenieść do wnętrza świątyni. Kościół San Martino nadaje im kontekst i wspaniałą oprawę.
Gdy wychodzimy z kościoła wiemy już, że nieuchronnie zbliża się czas powrotu z tego miejsca wśród chmur na trapańską równinę. Nasze oczy cieszy jeszcze jeden rozświetlający monochromatyczną aurę Erice frazzate, zawieszona nad drzwiami trójnoga Trinakria znak Sycylii, starożytny symbol słońca. I już byśmy zmierzali ku bramie, gdyby nie jeszcze jeden nieznany zaułek, a za nim kolejny, kolejny, schodki, brama, urocze podwórko… urzeczeni wdziękiem mgielnych labiryntów w przeciwieństwie do tego co zrobiłby Odys, nie chcemy przywiązywać się do masztu…

