Szlachetny blask złota Sahary – Sardynia cz. II, Pula i Nora

Pada. Przyszła jesień, zimno trochę jakby… Uciekać. Do ciepła, do słońca, w świat. Stęskiła się NoszkaPon za światem. To co, znów na Sardynię?

Przed nami skromny, surowy formą, bardzo stary kościółek św. Effisio. Effisio to patron Sardynii. No co, nie wszystkich świętych znamy. Są tacy egzotyczni też. I ten egzotycznie brzmiący święty Effisio jest w tym kościele pochowany. Zaskakuje nie tylko imię świętego, ale i samo miejsce. Jako, że spoczywa tu patron wyspy, to oczekiwalibyśmy podobnego innym włoskim patronom rozmachu, atmosfery ogromu. Nic podobnego. Do niewielkiego kościółka wiedzie nas szpaler palm, wesoło czochranych wiatrem od morza. Za świątynią rozciąga się samotna plaża z błęktinooką laguną, w dali samotna wieża na wzgórzu, a z drugiej strony góry. W takim otoczeniu Sardynia snuje opowieść sprzed 6000 lat. Dookoła punickie, fenickie, a w końcu rzymskie ruiny cywilizacji, podobnie jak dzisiejsza żyjącej w absolutnej symbiozie z tą ziemią i jej morzem. Niezwykłe miejsce postawmy tam stopę.

Sardynia, Nora, fot. Paweł Kubisztal, 2008

Miasteczko z tym świętym, tymi palmami i tą historią, co to tak dawno, nazywa się Nora. Niezbyt wyniośle i olśniewająco się nazywa, no cóż nie można mieć wszystkiego. Dociera się tu z niego z innego miasteczka, o równie krótkiej nazwie – Pula. To  30 km od stolicy – Cagliari. Bilet autobus, niecałe półgodziny, jesteśmy. Poruszając się labiryntem niekończących się zakrętów, docieramy do niewielkiego rynku, tego niewielkiego miasteczka. Małe Muzeum Archeologiczne i jak zwykle w tej części świata wspaniała kawa, to właściwie wszystko tu na miejscu. A, jeszcze spowolnienie, rozciągnięty czas, teraz to wszystko. Zanim obezwładni nas rozkosznie panująca tu senność, zdołamy zanurzyć się w skarbach i tajemnicach, jakie kryje niewielki przysiółek Puli, oddalony od centrum o 3 km, czyli Nora – ruiny rzymskiego miasta i sanktuarium ze szczątkami wspomnianego Świętego Effissio.

Krypta świętego, Nora, fot. Paweł Kubisztal, 2008
Pula/Nora, fot. Paweł Kubisztal, 2008

Prosta, niezbyt malownicza, droga nie zniechęca na. Paweł zjada po drodze krwistoczerwone, mięsiste opuncje, tak więc z kolcami wbitymi w łakomy język docieramy do celu. Przed nami Sardynia – dumna, harda, surowa i piękna. Niewielki, jednonawowy kościółek noszący ślady stylu romańskiego kryje w sobie według tradycji święte szczątki. Schodząc w dół po schodkach, znajdujemy kryptę dokładnie pod ołtarzem. Kojący chłód i atmosfera zagubienia w tym niezwykłym zakątku świata oczarowuje nas. Siadamy więc pod ścianą wzorem ubranych na ciemno wiekowych Sardyńczyków i zamyśleni, poważni spoglądamy w dal…

fot. Paweł Kubisztal, 2008
Krwistoczerwone opuncje ;-), fot. Paweł Kubisztal, 2008

Może nawet w 303 r., w którym w miejscu obecnego kościółka toczy się najkrwawsza rzeź cesarstwa rzymskiego, rzeź chrześcijan zarządzona przez cesarza Dioklecjana. Ginie wówczas św. Effisio. Powstaje świątynia. Procesja W Dniu Świętego Effisia to najważniejsze sardyńskie święto – obchodzone rokrocznie 1 maja, nieprzerwanie od 1656 r., od momentu, w którym jak każe tradycja święty uratował Sardynię od zarazy czarnej śmierci. W czasie uroczystość odświętnie ubrany tłum towarzyszy przystrojonej figurze świętego, którą na wozie również wspaniale przystrojonym ciągną woły. Figurę eskortują jeźdźcy, a jakże, odświętnie ubrani, a muzyka towarzysząca procesji wydobywa się z sardyńskich fletów zwanych launeddas. Flety te podobne szkockim dudom, tyle, że pozbawione miecha, złożone z trzech piszczałek – jeśli wierzyć opisom – i opowieściom (a warto sprawdzić samemu) dźwięk mają „dziki i ekscentryczny lecz miły dla ucha”. Zawiera w sobie całą dzikość i mrok tragicznej przeszłości. Święto wbrew temu co nam może się wydawać nie ma nastroju zabawy i radości – jest uroczystością pełną powagi i jest przeniknięte nieco ponurą atmosferą, noszącą w sobie gorzki katolicyzm Sardyńczyków, sięgający korzeniami dzikiego pogaństwa. Nora jest ostatnia stacją procesji. W dzień powszedni jest tu cicho sennie i pięknie.

Święty Effiso obdarzył nas plażą – prawie taką jakiej szukamy od dawna, nieco dziką, otoczoną łagodnym wzniesieniem, zakończoną widokiem samotnej hiszpańskiej torre, rzuconej na pastwę sztormów i kaprysów błękitnej toni. Pisałam już o nich, jest ich na Sardynii bardzo wiele. Były niegdyś strażnikami wyspy – położone na najbardziej wysuniętych w morze fragmentach lądu. Dziś, szczęśliwie,  tylko przypominają o wielowiekowych najazdach od strony lądu. Święty Effisio nie jest jednak jedynym celem naszej podróży. Spacer po plaży zaprowadzi nas bowiem do wspomnianej Nory – najprawdopodobniej najstarszego miasta, Sardynii, założonego przez fenickich kupców w VIII w p. n. e.

Obszar dawnej metropolii jest rozległy, gęsto pokryty ruinami, mozaikowym posadzkami, do których mamy słabość i nawet na niewprawnym archeologicznie oku, robi wrażenie. Przed nami, wokół nas i pod nami świat, który jak Atlantyda ginie powoli lecz nieustająco w morskich otchłaniach. Miasto, którego ulicami stąpamy, jakoś tak intuicyjnie cicho, by nie niepotrzebnie nie zrywać ze snu przeszłości, mijane domy, w których ruiny atrium, sal, pokoi i łaźni zaglądamy to tylko część niegdysiejszej zamożności i wspaniałej prosperity. Z pierwotnego, skromnego składu surowców wyrosło zamożne miasto-port z czterema łaźniami, teatrem miejskim.

Mozaiki dawnego, potężnego portu, Nory, fot. Paweł Kubisztal, 2008
Nora, fot. Paweł Kubisztal, 2008

Historia wwierca się w wyobraźnię… Pośród szumu fal wyraźnie słyszymy gwarne odgłosów handlującego portowego miasta. Pośród brzęku miedzianych naczyń prosto z Cypru, afrykańskich dzieł sztuki z kości słoniowej, etruskich naczyń, lśni szlachetnym blaskiem złoto z Sahary. Nic dziwnego, że na podbój tego miejsca wyruszają w V w. wieku statki pełne Wandalów lub piratów. Po Fenicjanach, którzy wybudowali Norę niewiele tu pozostało, bo Rzymianie w 238 roku n. e. wzięli miasto i na fenickich budowlach, postawili swoje. I to właśnie ruiny z tego czasu zachowały się najlepiej, choć duża część miasta znajduje się poza naszym zasięgiem, pod wodą. Niezwykłe to miejsce – niewielki półwysep, z trzech stron otoczony wodą, za sąsiada mające równie osamotnioną hiszpańską wieżę, chłostane wiatrem, uparcie i hardo trwa, kurczowo trzymając się resztek istnienia. 

fot. Paweł Kubisztal, 2008

Spędzamy tu większość dnia oczarowani nastrojem miasta i chropowatą fakturą kamienia. Niezdecydowani co zrobić z resztą, wracamy do Puli. Wyjścia są dwa – rzucić się w wir przygody i w poszukiwaniu plaży idealnej wyruszyć dalej do rekomendowanej przez miejscowych niezapomnianej Chia? Czy mając dość wrażeń, zając się poszukiwaniem przystanku aby bez większych, niezapowiedzianych sensacji powrócić do stolicy, co może wcale nie być łatwe. Rzecz jasna wybieramy wariant pierwszy i po kilku miłych, choć zawiłych gestykulacjach z miejscowymi, łapiemy autobus do Chia.

Takie krótkie te nazwy a tyle w nich piękna! Tak, Chia to jest to. To tu 30 km za Pulą. To ten wyśniony raj. Pusta długa na 18 km plaża z piaskiem białym jak śnieg, choć ziarenka chia w pierwszym skojarzeniu mają kolor soli z pieprzem. Ale to nie ziarna szałwii, ale jedna z najurodziwszych plaż, ze skałą, samotną wieżą i błękitem kończącym się za kolejną laguną. Oto przed nami jedna z najpiękniejszych (choć jak się okaże potem nie najpiękniejszych), plaża Sardynii.

Wysokie wydmy, porowate skały, wysepki, do których z plaży można dojść wpław, to chyba to, czego szukaliśmy. Tu zostajemy. Póki co.

Dzikość na plaży w Chia, 2008

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.