Radiowa trójka zmieniła pandemicznie ramówkę. Audycje trwają długo i słychać baaardzo różną muzykę. Ot, przed chwilą w moich uszach zabrzmiał magnetyzujący głos Demarczyk, no i przeniosło mnie…
„Tańczą panowie, tańczą panie na moście w Avignon…”. Mam jak Baczyński, nie przymierzając. On co prawda w szpitalu napisał ten słynny wiersz, co to go Demarczyk o roztańczonym moście w prowansalskim mieście śpiewa, a ja słyszę piosenkę w „Trójce” i siadam do pisania o najsłynniejszym urwanym moście. Nie, nie będę udawać, że zawsze chciałam go zobaczyć. Wiedziałam, że jest i że Baczyński w chorobie go zawarł i zapisał, słyszałam, że ponoć urwany w połowie, ale Avignon miał w moim sercu specjalną kwaterkę z zupełnie innych względów. Teatrolog w stanie spoczynku nigdy nie wyleczy się z miłości do teatru, a Avignon lub może wygodniej Awinion to w lipcu jedna, wielka scena theatrum mundi. Ach!


Ale most też można przy okazji zobaczyć 😉
Zatańczymy?
A najprawdziwsza prawda jest taka, że pojechaliśmy z Tymkiem dawno temu do Awinionu dla lawendy i dla architektury z czasów niewoli awiniońskiej. Nie dla mostu, nie dla festiwalu, który jak raz wyleciał mi tego lipca z głowy. Chcieliśmy chciwie rzucić się w lepko-fioletowy upojny zapach lawendy, zobaczyć te fioletowe zagonki i na zawsze zabrać ze sobą zapach lawendowego lata we francuskiej Prowansji. Oczywiście zaraz potem, a może równolegle, zachwycić się płomienistością gotyku papieskiej twierdzy znanej z tylu rycin i pocztówek.

Nieświadomi trafiliśmy w oko cyklonu. W środek Międzynarodowego Festiwalu Teatrów w Awinionie, który centrum Starego Miasta zamienia w rozedrganą historiami świata scenę, żyjącą sztuką 24 godziny na dobę. W każdym zakątku, każdym ogródku, podwórku, na każdym balkonie, w każdej piwnicy, kawiarence, podziemiu, nadziemiu, szkole, większym saloniku, dzieje się teatr. Czy twórca festiwalu Jean Vilar, zapraszając w 1947 roku trupy francuskich teatralnych buntowników, przeczuwał, że stworzy jeden z najważniejszych światowych festiwali Melpomeny. I że rokrocznie ściągał będzie to tego prowansalskiego miasteczka niezliczone ilości teatrów eksperymentujących z formą i środkami teatralnego wyrazu, a wraz z nimi głodnych takiego myślenia o teatrze, tysiące widzów z całego świata? Awinion w lipcu nie mieści się w sobie, nie mieści się w głowie. Mojej na pewno. Stare miasto jest pokryte – dosłownie – niezliczoną ilością afiszy, wieszanych w tak sprytny sposób, że na koniec festiwalu wystarczy poprzecinać kilka sznurków, aby miejskie średniowieczne mury wyłoniły się zza setek tysięcy wizerunków, słów, tytułów i dat i znów trwały, jak by nic się tu nie wydarzyło. Wewnątrz murów nie kursuje komunikacja. Lipcowy Awinion toczy wirus teatru. Katalogi z repertuarem pękają w szwach, zarówno na scenie „oficjalnej”, jaki off-owej. Aktorzy, performerzy są wszędzie. Nigdy nie wiesz, w jakim języku i z jakiego powodu ktoś będzie do ciebie coś pięknie mówił, śpiewał lub milczał. A to dmuchnie w piórko pokazując, że tu, niedaleko spadł Ikar, a piórko to ostatni po nim ślad, drugi uprzejmie i niezwykle ciepło zaprosi cię na kuglarski wieczór, inny na sztukę o przemijaniu. Bez nagabywania, bezszelestnie. A i tak, nawet nie wiesz kiedy nagle poczujesz, że nie ma już Awinionu, tylko jakieś równoległe rzeczywistości, których stajesz się częścią i nie chcesz ich opuszczać. Albo przeciwnie, jest Awinion, ale nie ten co go widziałeś sprzed murów jeszcze o poranku, tylko średniowieczny. Tylko patrzeć jak zza rogu wyjdzie papież z procesją, a przed nim biczownicy i słychać będzie mnisi śpiew. Tak działa teatr…


Przez cały lipiec całe miasto żyje dla teatru i z teatru. Mieszkańcy chodzą w uniesieniu, bo festiwal jest też darem dla nich – żyją przedstawieniami, wydarzeniami, dzielą się tym które widzieli, które było poruszające, które rozczarowało. Jak w tym pędzącym świecie miliona scen znaleźć czas na Sur le Pont d’Avignon, na zagonki lawendy i opowieści o buncie papieży? Nie uciekamy, wplatamy w opowieści teatrów swoją drogę i swoją opowieść. A z drugiej strony myślę sobie – jak tu lekko pleść opowieść gdy już dziś wiem, że po raz pierwszy od 1947 roku, ten cudowny, barwny świat miliona teatrów nie przybędzie w tym roku nad Rodan, do słonecznego Awinionu. Festiwal jest odwołany. Kto go odwołał? Wiadomo… Panie Wirus – to tak jakby odwołać świat, jakby zamknąć go w jakiejś skrzyni, do której zgubiono klucz i nikt nam już nie pokaże tego co na duszy dnie – jak się śmiać, wzruszać, nikt nie podstawi pod nos lustra, nie oburzy. Festiwal jest odwołany… Nikt nie zatańczy na urwanym moście?


A czy ktoś kiedyś na nim tak w ogóle tańczył?
XII-wieczny Most świętego Bénézeta czyli francuskiego Benedykta (papieża Benedykta XII) faktycznie wcina się w Rodan częścią swojej konstrukcji. Reszty nie ma. Powodzie, wojny, powodzie, odbudowy – to nie miało większego sensu. Awiniończycy poddali się. A trzeba wiedzieć, że kiedyś była to jedyna przeprawa na południowym Rodanie! Potężne arkady i filary zakończone wieżą Filipa IV Pięknego, stały się dla nas symbolem zamknięcia pewnej historii. Współczesność nie wjeżdża do miasta, przynajmniej nie tą XII-wieczną przeprawą. Może kiedyś była ku temu okazja, gdy w Rodanie tkwiły te 22 przęsła, a 900 -metrowa konstrukcja otwierała drogę do zbuntowanej papieskiej twierdzy. Ale już nie dziś.

Jedni piszą, że tańczyli tu panowie i tańczyły tu panie, inni, że tylko czasem, jeszcze inni, że tańczono, ale obok mostu. Baczyński dodał tańczącym szelest sukni i „widok srebrzystego gotyku miasta w zielonych okien bramie”. Jeśli tańczono, to było na czym – most jest potężny – nawet w tej urwanej, szczątkowej formie. Trafiamy na niego raz po raz, zbliżając się, lub opuszczając mury miasta.
Prowansalska perła – skocznie brzmiący Avignon to miejsce niepokorne. Siedziba antypapieży i papieży z okresu niewoli awiniońskiej. Francuskie głowy kościoła katolickiego uczyniły w Awinionie, za sprawą zbuntowanego papieża Klemensa V, stolicę papiestwa na długich 68. lat, a potem na kolejne 40. lat, za sprawą antypapieży. Zakładnik francuskiego tronu, kochający luksusy i obsypujący złotem swoją rodzinę, pierwszy awinioński papież Klemens V właśnie, po wyprowadzce z rzymskiego Lateranu w 1309 roku, zamieszkał początkowo w pałacu biskupim. Najpotężniejsza twierdza Europy – pałac papieski powstał wiele lat później w 1340 roku za sprawą papieża Benedykta XII, a po nim Klemensa VI. Mieszkali w nim kolejni papieże, a po przeniesieniu się ostatniego awiniońskiego papieża do Watykanu w 1376 roku, rezydowali tu niepogodzeni z nową, włoską rzeczywistością, antypapieże. Świat posiadał wówczas dwie stolice apostolskie – Watykan i „nielegalny” Awinion. Konflikt polityczny rzymsko-francuski uwięził i uzależnił papieży z nowej awiniońskiej siedziby od siły i bogactwa francuskiej korony. Stąd określenie tego okresu – „niewola awiniońska”. Doprowadziła nie tylko do niszczącego rozłamu ale i do upadku instytucji papiestwa, którą schizma zawiodła na trzęsawiska rozwiązłości i kupczenia sakramentami. Do Watykanu papieże przenieśli się dzięki napomnieniom Katarzyny Sieneńskiej.


W pałacu, pomimo tego, że pusty, bo splądrowany przez rewolucjonistów francuskich, to wszystko, co się tu działo, nadal jest. Nie zamalują scen nieprawdopodobnej wystawności i rozwiązłości życia papieży w tym miejscu, nawet najpiękniejsze kolorowe szkiełka pałacowych witraży. To zamczysko, to opowieść o apetycie na władze i apetycie na życie. Gigantycznych rozmiarów kuchnia z rusztem na setki wołów, nosi w sobie opowieści o ucztach, w których ilość jedzenia odmierza się tu nie w kilogramach nawet, lecz w tonach. Niespokojny czas chowa się w historiach o braku noży podczas papieskich uczt, o strachu przed pierwszym kęsem potraw. Bo nóż w pierwszym skojarzeniu, służył tu do mordu, a nie do krojenia chleba, a jedzenie do trucia, a dopiero potem do obżarstwa. Wrażenie robi potężna Sala Konsystorza, w której papieże gościli zagraniczne poselstwa. Ciekawe jakie wrażenie przepych i potęga zrobiły na posłach z dalekiego kraju, którzy przybyli prosić papieża o pozwolenie na koronację nowego króla z trudnym do wymówienia nazwiskiem – Władysława Łokietka. Przybywali tu także pokutnicy – jak Joanna Neapolitańska, od której papież Klemens VI odkupił Awinion za 80 guldenów. W ten sposób papieże stali się właścicielami tego uroczego prowansalskiego miasta. Gotycki Palais des papes to właściwie kompleks pałaców. Pomimo, że praktycznie pusty i tak robi ogromne wrażenie. Stary Pałac i Nowy Pałac, zawierały w sobie wszystkie funkcje i pomieszczenia, jakie papieżom potrzebne były do sprawowania papiestwa i władzy – kaplice, w których pozostały nieliczne freski, sale na konklawe, sale audiencyjne, komnaty prywatne, ogrody, i katedra Notre-dame-des-Doms, a nawet własna mennica i sąd. Pałac był w opinii współczesnych najpiękniejszą i najlepiej ufortyfikowaną twierdzą. 4,5 kilometrowy mur o wysokości 8 metrów bronił dostojeństwa papieskich głów i chronił zbytek, rozpustę i wystawność przed oczami świata. Labirynt korytarzy, zakamarków, sal wydaje się być nieodgadniony i nieco przerażający. Zadzierane w górę głowy i niemy podziw, a może zadziwienie i niedowierzanie, to obrazki z wizyty w tym miejscu. Tak to zapamiętam. Gdy opuszczamy pałac na dziedzińcu przed, trwa właśnie pokaz stylizowanych commediante od dell`arte. Pasują tu. Pałac jest piękny i fascynujący.

Hej, a lawenda?! Lawenda, lawenda, chcemy na pola lawendy! I tu małe rozczarowanie, bo i lawendę i lawandinę – bardziej wydajną, mocniej pachnącą lawendę, można powiedzieć przemysłową – ścina się w Prowansji do połowy lipca. Jest 14, więc czy gdzieś jeszcze zdążymy zobaczyć pełne lawendowych zagonków pola, jak z pocztówek – zwłaszcza tych z opactwem Senanque? Kupujemy wycieczkę i zawiezieni na gigantyczne pole lawendy, odczuwamy radość i wyzwalający spokój, relaks. Fioletowo, pachnąco, jak na pocztówkach. Ocean lawandiny (lavandine), lawendy, jest po prosty bajkowy! Zanurzamy się i słuchamy, że przyjechała do Francji z Wysp Kanaryjskich razem z oliwką i winoroślą i tak się przyjęła, że stała się symbolem Prowansji. To prawda. Od gór po doliny – wszędzie błękitno-fioletowo. Wszędzie delikatnie i zarazem elegancko pachnie tym niezapomnianym aromatem Prowansji. Będzie nam towarzyszył jeszcze wiele razy podczas wędrówki po mieścinkach i miastach tego uroczego zakątka Francji. W słoiczkach, woreczkach, mydłach i mydełkach, perfumach, żelach, w cieście i po prostu we flakonie. Gdy piszę, to już go czuję. Panie Wirusie, kiedy będzie można już kupić lawendę na balkon?!…


