Zatańczyć na moście – Awinion

Radiowa trójka zmieniła pandemicznie ramówkę. Audycje trwają długo i słychać baaardzo różną muzykę. Ot, przed chwilą w moich uszach zabrzmiał magnetyzujący głos Demarczyk, no i przeniosło mnie…

„Tańczą panowie, tańczą panie na moście w Avignon…”. Mam jak Baczyński, nie przymierzając. On co prawda w szpitalu napisał ten słynny wiersz, co to go Demarczyk o roztańczonym moście w prowansalskim mieście śpiewa, a ja słyszę piosenkę w „Trójce” i siadam do pisania o najsłynniejszym urwanym moście. Nie, nie będę udawać, że zawsze chciałam go zobaczyć. Wiedziałam, że jest i że Baczyński w chorobie go zawarł i zapisał, słyszałam, że ponoć urwany w połowie, ale Avignon miał w moim sercu specjalną kwaterkę z zupełnie innych względów. Teatrolog w stanie spoczynku nigdy nie wyleczy się z miłości do teatru, a Avignon lub może wygodniej Awinion to w lipcu jedna, wielka scena theatrum mundi. Ach!

Awinion z drugiej strony Rodanu, lipiec 2011, fot. NoszkaPon
Na moście w Avignon…, fot. NoszkaPon, lipiec 2019

Ale most też można przy okazji zobaczyć 😉

Zatańczymy?

A najprawdziwsza prawda jest taka, że pojechaliśmy z Tymkiem dawno temu do Awinionu dla lawendy i dla architektury z czasów niewoli awiniońskiej.  Nie dla mostu, nie dla festiwalu, który jak raz wyleciał mi tego lipca z głowy. Chcieliśmy chciwie rzucić się w lepko-fioletowy upojny zapach lawendy, zobaczyć te fioletowe zagonki i na zawsze zabrać ze sobą zapach lawendowego lata we francuskiej Prowansji. Oczywiście zaraz potem, a może równolegle, zachwycić się płomienistością gotyku papieskiej twierdzy znanej z tylu rycin i pocztówek.

Lawendowe pole…. Prowansja, lipiec 2011, fot. Tymek

Nieświadomi trafiliśmy w oko cyklonu. W środek Międzynarodowego Festiwalu Teatrów w Awinionie, który centrum Starego Miasta zamienia w rozedrganą historiami świata scenę, żyjącą sztuką 24 godziny na dobę. W każdym zakątku, każdym ogródku, podwórku, na każdym balkonie, w każdej piwnicy, kawiarence, podziemiu, nadziemiu, szkole, większym saloniku, dzieje się teatr. Czy twórca festiwalu Jean Vilar, zapraszając w 1947 roku trupy francuskich teatralnych buntowników,  przeczuwał, że stworzy jeden z najważniejszych światowych festiwali Melpomeny. I że rokrocznie ściągał będzie to tego prowansalskiego miasteczka niezliczone ilości teatrów eksperymentujących z formą  i środkami teatralnego wyrazu, a wraz z nimi głodnych takiego myślenia o teatrze, tysiące widzów z całego świata? Awinion w lipcu nie mieści się w sobie, nie mieści się w głowie. Mojej na pewno. Stare miasto jest pokryte – dosłownie –  niezliczoną ilością afiszy, wieszanych w tak sprytny sposób, że na koniec festiwalu wystarczy poprzecinać kilka sznurków, aby miejskie średniowieczne mury wyłoniły się zza setek tysięcy wizerunków, słów, tytułów i dat i znów trwały, jak by nic się tu nie wydarzyło. Wewnątrz murów nie kursuje komunikacja. Lipcowy Awinion toczy wirus teatru. Katalogi z repertuarem pękają w szwach, zarówno na scenie „oficjalnej”, jaki off-owej.  Aktorzy, performerzy są wszędzie. Nigdy nie wiesz, w jakim języku i z jakiego powodu ktoś będzie do ciebie coś pięknie mówił, śpiewał lub milczał. A to dmuchnie w piórko pokazując, że tu, niedaleko spadł Ikar, a piórko to ostatni po nim ślad, drugi uprzejmie i niezwykle ciepło zaprosi cię na kuglarski wieczór, inny na sztukę o przemijaniu. Bez nagabywania, bezszelestnie. A i tak, nawet nie wiesz kiedy nagle poczujesz, że nie ma już Awinionu, tylko jakieś równoległe rzeczywistości, których stajesz się częścią i nie chcesz ich opuszczać. Albo przeciwnie, jest Awinion, ale nie ten co go widziałeś sprzed murów jeszcze o poranku, tylko średniowieczny. Tylko patrzeć jak zza rogu wyjdzie papież z procesją, a przed nim biczownicy i słychać będzie  mnisi śpiew. Tak działa teatr…

U stóp pałacu, teatralna rozpusta 😉 lipiec 2011, fot. NoszkaPon
Awinion, lipiec 2011, fot. NoszkaPon

Przez cały lipiec całe miasto żyje dla teatru i z teatru. Mieszkańcy chodzą w uniesieniu, bo festiwal jest też darem dla nich – żyją przedstawieniami, wydarzeniami, dzielą się tym które widzieli, które było poruszające, które rozczarowało. Jak w tym pędzącym świecie miliona scen znaleźć czas na Sur le Pont d’Avignon,  na zagonki lawendy i opowieści o buncie papieży? Nie uciekamy, wplatamy w opowieści teatrów swoją drogę i swoją opowieść. A z drugiej strony myślę sobie – jak tu lekko pleść opowieść gdy już dziś wiem, że po raz pierwszy od 1947 roku, ten cudowny, barwny świat miliona teatrów nie przybędzie w tym roku nad Rodan, do słonecznego Awinionu. Festiwal jest odwołany. Kto go odwołał? Wiadomo… Panie Wirus – to tak jakby odwołać świat, jakby zamknąć go w jakiejś skrzyni, do której zgubiono klucz i nikt nam już nie pokaże tego co na duszy dnie – jak się śmiać, wzruszać, nikt nie podstawi pod nos lustra, nie oburzy. Festiwal jest odwołany… Nikt nie zatańczy na urwanym moście?

Festiwal Teatrów w Awinionie, lipiec 2011, fot. NoszkaPon
Katedra awiniońska, lipiec 2011, fot. NoszkaPon

A czy ktoś kiedyś na nim tak w ogóle tańczył?

XII-wieczny Most świętego Bénézeta czyli francuskiego Benedykta (papieża Benedykta XII) faktycznie wcina się w Rodan częścią swojej konstrukcji. Reszty nie ma. Powodzie, wojny, powodzie, odbudowy – to nie miało większego sensu. Awiniończycy poddali się. A trzeba wiedzieć, że kiedyś była to jedyna przeprawa na południowym Rodanie! Potężne arkady  i filary zakończone wieżą Filipa IV Pięknego, stały się dla nas symbolem zamknięcia pewnej historii. Współczesność nie wjeżdża do miasta, przynajmniej nie tą XII-wieczną przeprawą. Może kiedyś była ku temu okazja, gdy w Rodanie tkwiły te 22 przęsła, a 900 -metrowa konstrukcja otwierała drogę do zbuntowanej papieskiej twierdzy. Ale już nie dziś.

Faktycznie urwany…, fot. NoszkaPon, lipiec 2011, Awinion

Jedni piszą, że tańczyli tu panowie i tańczyły tu panie, inni, że tylko czasem, jeszcze inni, że tańczono, ale obok mostu. Baczyński dodał tańczącym szelest sukni i „widok srebrzystego gotyku miasta w zielonych okien bramie”. Jeśli tańczono, to było na czym – most jest potężny – nawet w tej urwanej, szczątkowej formie. Trafiamy na niego raz po raz, zbliżając się, lub opuszczając mury miasta.

 Prowansalska perła – skocznie brzmiący Avignon to miejsce niepokorne. Siedziba antypapieży i papieży z okresu niewoli awiniońskiej. Francuskie głowy kościoła katolickiego uczyniły w Awinionie, za sprawą zbuntowanego papieża Klemensa V, stolicę papiestwa na długich 68. lat, a potem na kolejne 40. lat, za sprawą antypapieży. Zakładnik francuskiego tronu, kochający luksusy i obsypujący złotem swoją rodzinę, pierwszy awinioński papież Klemens V właśnie, po wyprowadzce z rzymskiego Lateranu w 1309 roku, zamieszkał początkowo w pałacu biskupim. Najpotężniejsza twierdza Europy – pałac papieski powstał wiele lat później w 1340 roku za sprawą papieża Benedykta XII, a po nim Klemensa VI.  Mieszkali w nim kolejni papieże, a po przeniesieniu się ostatniego awiniońskiego papieża do Watykanu w 1376 roku, rezydowali tu niepogodzeni z nową, włoską rzeczywistością, antypapieże. Świat posiadał wówczas dwie stolice apostolskie – Watykan i „nielegalny” Awinion. Konflikt polityczny rzymsko-francuski uwięził i uzależnił papieży z nowej awiniońskiej siedziby od siły i bogactwa francuskiej korony. Stąd określenie tego okresu – „niewola awiniońska”. Doprowadziła nie tylko do niszczącego rozłamu ale i do upadku instytucji papiestwa, którą schizma zawiodła na trzęsawiska rozwiązłości i kupczenia sakramentami. Do Watykanu papieże przenieśli się dzięki napomnieniom Katarzyny Sieneńskiej.

Pałac papieży – największy średnioweczny pałac w Europie, Awinion, lipiec 2011, fot. NoszkaPon
Sala Konsystorza, tu papież wydał zgodę na koronację Władysława Łokietka, Awinion lipiec 2011, fot. NoszkaPon

 W pałacu, pomimo tego, że pusty, bo splądrowany przez rewolucjonistów francuskich, to wszystko, co się tu działo, nadal jest. Nie zamalują scen nieprawdopodobnej wystawności i rozwiązłości życia papieży w tym miejscu, nawet najpiękniejsze kolorowe szkiełka pałacowych witraży. To zamczysko, to opowieść o apetycie na władze i apetycie na życie. Gigantycznych rozmiarów kuchnia z rusztem na setki wołów, nosi w sobie opowieści o ucztach, w których ilość jedzenia odmierza się tu nie w kilogramach nawet, lecz w tonach. Niespokojny czas chowa się w historiach o braku noży podczas papieskich uczt, o strachu przed pierwszym kęsem potraw. Bo nóż w pierwszym skojarzeniu, służył tu do mordu, a nie do krojenia chleba, a jedzenie do trucia, a dopiero potem do obżarstwa. Wrażenie robi potężna Sala Konsystorza, w której papieże gościli zagraniczne poselstwa. Ciekawe jakie wrażenie przepych i potęga zrobiły na posłach z dalekiego kraju, którzy przybyli prosić papieża o pozwolenie na koronację nowego króla z trudnym do wymówienia nazwiskiem – Władysława Łokietka. Przybywali tu także pokutnicy – jak Joanna Neapolitańska, od której papież Klemens VI odkupił Awinion za 80 guldenów. W ten sposób papieże stali się właścicielami tego uroczego prowansalskiego miasta. Gotycki Palais des papes to właściwie kompleks pałaców. Pomimo, że praktycznie pusty i tak robi ogromne wrażenie. Stary Pałac i Nowy Pałac, zawierały w sobie wszystkie funkcje i pomieszczenia, jakie papieżom potrzebne były do sprawowania papiestwa i władzy – kaplice, w których pozostały nieliczne freski, sale na konklawe, sale audiencyjne, komnaty prywatne, ogrody, i katedra Notre-dame-des-Doms, a nawet własna mennica i sąd. Pałac był w opinii współczesnych najpiękniejszą i najlepiej ufortyfikowaną twierdzą. 4,5 kilometrowy mur o wysokości 8 metrów bronił dostojeństwa papieskich głów i chronił zbytek, rozpustę i wystawność przed oczami świata. Labirynt korytarzy, zakamarków, sal wydaje się być nieodgadniony i nieco przerażający. Zadzierane w górę głowy i niemy podziw, a może zadziwienie i niedowierzanie, to obrazki z wizyty w tym miejscu. Tak to zapamiętam. Gdy opuszczamy pałac na dziedzińcu przed, trwa właśnie pokaz stylizowanych commediante od dell`arte. Pasują tu. Pałac jest piękny i fascynujący.

Dziedziniec przez Pałacem Papieży, Awinion, lipiec 2011, fot. NoszkaPon

Hej, a lawenda?! Lawenda, lawenda, chcemy na pola lawendy! I tu małe rozczarowanie, bo i lawendę i lawandinę – bardziej wydajną, mocniej pachnącą lawendę, można powiedzieć przemysłową –  ścina się w Prowansji do połowy lipca. Jest 14, więc czy gdzieś jeszcze zdążymy zobaczyć pełne lawendowych zagonków pola, jak z pocztówek – zwłaszcza tych z opactwem Senanque? Kupujemy wycieczkę i zawiezieni na gigantyczne pole lawendy, odczuwamy radość i wyzwalający spokój, relaks. Fioletowo, pachnąco, jak na pocztówkach. Ocean lawandiny (lavandine), lawendy, jest po prosty bajkowy! Zanurzamy się i słuchamy, że przyjechała do Francji z Wysp Kanaryjskich razem z oliwką i winoroślą i tak się przyjęła, że stała się symbolem Prowansji. To prawda.  Od gór po doliny – wszędzie błękitno-fioletowo. Wszędzie delikatnie i zarazem elegancko pachnie tym niezapomnianym aromatem Prowansji. Będzie nam towarzyszył jeszcze wiele razy podczas wędrówki po mieścinkach i miastach tego uroczego zakątka Francji. W słoiczkach, woreczkach, mydłach i mydełkach, perfumach, żelach, w cieście i po prostu we flakonie. Gdy piszę, to już go czuję. Panie Wirusie, kiedy będzie można już kupić lawendę na balkon?!…

Prowansja, lipiec 2011, fot. NoszkaPon
Pachnące zagonki, fot. NoszkaPon, lipiec 2011, Prowansja

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.