Skoro trzaskające mrozy, śniegi i zima zaskoczyła lub nie, to może hopla do ciepłego? Do miasta gorącego, pustynnego, starożytnego, bliskowschodniego, tak z Indianą Jonesem przy boku? Hm…? Marzyłam o niej odkąd na okładce zobaczyłam te ścianę wyrzeźbioną w różowej skale, jak drogocenną beduińską szkatułkę na skarby, jak legendarny pełen skarbów Sezam. Tak ją pamiętam, zobaczoną jakby przez szczelinę, jakby ze środka jakiegoś tunelu, fragmentarycznie. Nierealną, wydartą z monolitu kamienia, niepasującą do skalnego otoczenia, zawsze z portretem kolorowo osiodłanego wielbłąda. Za każdym razem fotografia ta pachniała przygodą, upałem, pustynnym pyłem i w jednej sekundzie wsysała mnie do swojej opowieści. Znikałam.

Jordańska perła – jordańska Petra. Starożytne miasto starożytnego plemienia Nabatejczyków, ukryte i wyrzeźbione wśród skał pustyni tysiące lat temu, w końcu stało się i naszą przygodą. Do tej zniewalająco pięknej ściany, którą zna każdy, kto oglądał przygody Indiany Jonesa („Indiana Jones i ostatnia krucjata”), dociera się tak, jak zrobił to ten urzekający, przystojny obieżyświat – jak zdobywca, skradając się – on konno, my piechotą, nieśpiesznie, w onieśmieleniu i niemym zachwycie, pomiędzy ścianami wąskiego, malowniczego wąwozu As-Siq . Całe dwa dni spędzone w Petrze były dla nas akcją przygodowego filmu.

Petra – jeden z Siedmiu Cudów Świata, wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO –stworzona została przez Nabatejczyków w III w. p.n.e. i przetrwała do I w. n.e. Plemię przybyło do Jordanii z Półwyspu Arabskiego i stworzyło Królestwo Nabatejskie, , którego Petra była stolicą. Posługiwali się dialektem arabskim oraz alfabetem nabatejskim. Zajmowali się głównie handlem. Byli zatem ludem przedsiębiorczym, zamożnym. Ich Petra była i dziś ciągle jest olśniewająco piękna. Nie zdobyta, ani przez Heroda Wielkiego, ani Kleopatrę ani przez Oktawiana Augusta. Sprzymierzona z Cesarstwem Rzymskim, rozwijała się znakomicie pod bokiem mocarstwa, czując respekt, wspomagając je militarnie i tym samym korzystając z praw i przywilejów sojusznika. Jej niezależność naruszył dopiero cesarz Trajan w 109 r. n.e., włączając Królestwo Nabatejczyków do Cesarstwa jako nową prowincję – Arabię. Jednak i wtedy zamożna i pękata od mieszkańców Petra miała się dobrze. Trajan uczynił z niej rzymskie miasto, a kolejny cesarz – miłośnik architektury Hadrian- często tu bywał, ciesząc oko pięknem dawnej nabatejskiej stolicy i nawet przyczynił się do jej rozbudowy. Co położyło kres jej prosperity? Religie i przyroda, Ale zanim to nastąpi…

Jechaliśmy do Petry, do Jordanii z Izraela, przekraczając granice w przyjaznej Akabie. Zostały nam po wizycie w jordańskim, pustynnym Królestwie bardzo pozytywne wspomnienia. Jordania ze swoją nieśpiesznością, pozbawiona gwałtowności, otwarta na turystę i jego nieporadność, nawet czasem nieznajomość tutejszych zwyczajów, uśmiechająca się na każdy nietakt, jest najlepszą wizytówką arabskiego Bliskiego Wschodu, obecnego w opowieściach i „Baśniach z 1001 Nocy”, Kraina, owiana legendą, pełna bogactw, wielbłądów, pustynnego piasku, Beduinów i rozgwieżdżonego nieba. Wjechaliśmy do niej z głowami pełnymi zaostrzonego izraelskiego rygoru, widoku karabinów i surowych, podejrzliwych spojrzeń. Obezwładniający luz i uśmiech na właściwie każdej jordańskiej twarzy, z godziny na godzinę miękczył nasze czujne spojrzenia i nastawioną na szybką reakcję uwagę. Rozleniwiał nas, rozbrajał, dopasowywał do znikającego za pustynną skałą czasu, do bezkresu… Słusznie!
Czy w jakimś kraju do tej pory każdy nieznajomy widząc Cię szeroko uśmiechał się mówiąc „Welcome! Enjoy Jordan!? Każdy tutaj tak ma. Na nasze, z początku nieufne spojrzenia i pytania – „Czemu wszędzie dookoła jest wojna u Was jest spokój?” – taksówkarze ze zniewalającym uśmiechem i powalającą logiką – odpowiadali: „Bo nasz Król wie, że pokój jest tańszy niż wojna”, Welcome! Enjoy Jordan! Kupiło nas to magiczne, rozbłyskające gościnnością welcome i enjoy i jechaliśmy do Petry w wyśmienitych nastrojach, w pełni nastawieni na enjoy! A do Petry, z Akaby jedzie się długo. Ciągle przez pustynie, przez różne. Jaki król chce mieć takie królestwo, złożone z takiej ilości piasku i skał?! Po drodze mija się ubogie beduińskie wioski i jest jeden przystanek z najpiękniej położoną ubikacją na świecie! Na I piętrze sklepiku z pamiątkami jest toaleta, której jedna ściana jest szklana i otwiera widok na bezkres pustyni, a budynek niemal zwisa na jednej ze skał. Zawieszeni więc jesteśmy pomiędzy bezkresem nieba i ziemi. No, na takie fanaberie stać tylko ludzi z takim luzem jak Jordańczycy ;-),

Mieszkamy w wioseczce Wadi Musa, położonej obok Petry. Nie rzucamy się od razu w objęcia tego cudu architektury, wiemy, że przed daniem głównym warto skosztować przystawki. Nasz jordański przyjaciel swoim różowym, jak okoliczne skały dżipem, wiezie nas zatem na ową przystawkę do „Małej Petry”, czyli Siq-al-Barid – „Zimnego Wąwozu”. Niewielu odwiedza to miejsce. Jednodniowi turyści wpadający do Petry z Izraela lub Egiptu podwiezieni klimatyzowanym autokarem, wyskakują na parę godzin, aby osiołkiem przemierzyć wąwóz Bab As-Siq, osiołkiem lub wielbłądem przetoczyć się po starożytnym mieście, potem kupić „arabską” chustę, i z powrotem wrócić do Ejlatu, nad błękitne oko rafy koralowej. Dlatego nie mają czasu na Małą Petrę. A tracą bardzo wiele. To zniewalające miejsce, jest podobnie jak tamto, zamknięte wąwozem, tak jak tamto zbudowane przez Nabatejczyków w I w n.e. i choć mniejsze, nie tak spektakularne, to równie tajemnicze. Dziś zniszczone, opuszczone i przy tym niezwykle nastrojowe, rzekłabym nawet, że bardziej autentyczne, dotykalne. Można tu wejść do każdej budowli, do której jeszcze pozwalają wejść kruszone przez czas i przyrodę schodki, rozmywane przez wiatry zarysy budowli – nabatejskich domów, sklepów, świątyń. Mała Petra oddalona o 10 km od tej właściwej, uważana była za jej przedmieścia. Czuje się tu obecność, tych, co miasto budowali, co w nim mieszkali, modlili się handlowali.


Z niedowierzaniem natykamy się raz, po raz na zagubionych handlarzy pamiątkami, zastygłych w oczekiwaniu i zadumie sprzedawców herbaty. Jest ich kilku i nie są nachalni, stopili się z tym miejscem, jego spokojem i trwaniem w czasie. Są jak duchy tych, którzy kiedyś tu żyli, choć nie są Nabatejczykami, a w większości Beduinami, którzy swoje pustynne życie przeplatają tym osiadłym. Dziś z samej pustyni już nie da się żyć. Warto przejść cały „Zimny Wąwóz”, udać się aż do końca, wdrapać się na skały, na dach miasta, aby spojrzeć na, jak głosi tekturowa kartka, „the best view in the world”. Idziemy w ten „the best”. Fakt, widok jest olśniewający. Patrzymy w oko pustyni. Karłowate, wyschnięte drzewa trzymają się tu kurczowo niedawnego życia, wspominają i zaświadczają, że kiedyś było i że może kiedyś wróci. Nie ośmielamy się przekroczyć granicy piasku. Nie jesteśmy stąd, przestrzeń i jej reguły pożarłyby nas w mig. Stajemy pokorni i onieśmieleni wobec potęgi przyrody i inności wszystkiego, co do tej pory widzieliśmy.



Takich „best view” będzie w czasie tej podroży więcej i nauczymy się, że u celu podroży do „najpiękniejszego widoku”, zawsze znajduje się jakiś interesik, handelek, herbatka, naszyjnik. Ale nienachalny, tak mimochodem. Nikt za widok nie karze płacić. W Jordanii przyroda jest darem, przyjacielem, dobrem, karmicielem – a to jak rodzina, jak miłość, tym się nie handluje, tym się współcieszy i z tego jest się dumnym, a że przy okazji czasem uda się zarobić? Obustronna w tym korzyść i przyjemność. Dzień chyli się ku zachodowi, pustynia, ściany miasta, wąwóz nabierają barwy miodu, upał ma jego głęboki, słodki smak. Wracamy do naszej wioski, do naszej beduińskiej rodziny, w której nigdy nie widziana przez nas z bliska matka, odziana w czarną abaję przyrządza nam codziennie przepyszne mączne placuszki, które jemy z męską częścią rodziny, siedząc na ziemi wokół srebrnej tacy. Szanuję, że chcą jeść w żeńskim towarzystwie. Tak wyrażają szacunek do turysty, do gościa z innej kultury.


Petra! Nie wiem, co piękniejsze, sam wąwóz, czy ten grand finale – widok Skarbca Faraonów – Al Chazny. Petra została przez zmyślnych Nabatejczyków skutecznie ukryta przed wędrowcem czy najeźdźcą. Długi, kręty, zmienny w kształty i barwy oraz szerokości wąwóz, wydaje się być niekończącym się skalnym labiryntem. Odważnym musiał być ten, kto nie znając drogi próbował dostać się nim do miasta, o którym słyszał legendy. Ile razy w drodze zwątpił? Bo kolejny i kolejny i następny zakręt, uskok, nie daje nadziei. Wąwóz był i właściwie do dziś jest jedyną drogą do Petry. Wyglądający jak wiele tutejszych skalnych labiryntów, skutecznie chronił miasto. Kupieckie karawany jedwabnego szklaku zapewne potrzebowały przychylnych przewodników, aby tu trafić. Dziś można się tu właściwie dostać jeszcze jednym, nielegalnym przejściem między skałami, omijając w ten sposób kupno horrendalnie drogiego biletu wstępu, nawet pokazywano nam gdzie, ale skoro się tu przyjechało, chce się podziwiać, to, co ktoś utrzymuje, to jak nie zapłacić? Jak nie przejść zjawiskowym As-Siqiem? Nie skorzystaliśmy z darmochy, wchodziliśmy do miasta jak Indiana Jones, jak starożytni kupcy .

Miasto utraciło swoje znaczenie po średniowiecznych wyprawach krzyżowych, właściwie można powiedzieć, że wtedy zaczął się upadek Petry, zniszczeń dopełniło trzęsienie ziemi, po którym opustoszało. Zniknęło właściwie, ukrywając się gdzieś w zakamarkach ludzkiej pamięci stopniowo przechodząc do legendy o skarbie Jordanii. Świat zachodu odkrył Petrę w 1812 roku. Szukał jej podniecony opowieściami miejscowych, rozpalony wyobraźnią o starożytnym, ukrytym wśród skał mieście-skarbcu, wykutym w skale, szwajcarski odkrywca, podróżnik Jean Louis Burckhardt. Wiele lat zmagał się z tajemnicą. Szkolił tutejszy dialekt by zdobyć zaufanie miejscowych, wtapiał się w środowisko. Wreszcie udając mauretańskiego kupca o imieniu Ibrahim ibn Abbdullaha wydobył od jednego z Beduinów klucz do tajemnicy. 22 sierpnia wskazano mu drogę do opuszczonego ukrytego pośród skał miasta. Ach, jak wspaniałe uczucie musiało towarzyszyć zwieńczeniu dzieła jego życia, nie jestem w stanie wyobrazić sobie emocji jakie nim targały, gdy wjeżdżał wąwozem do miasta któego żaden Europejczyk nie widział od tysięcy lat…


Dziś wszystko jest jasne drogę wskazują kierunkowskazy, ułatwia mapa, można do Petry wjechać na grzebiecie osła lub wielbłąda – niczym starożytny kupiec. Droga przez wąwóz jest jak nieustająca obietnica przygody. Zjawiskowe, miękkie, opływowe kształty skał wąwozu są jak wyrafinowana współczesna rzeźba, wędrujemy więc między kształtami jak spod ręki Henryego Moore`a. Mijamy ulatniające się pod wpływem czasu potężne kształty wielbłądów, wyrzeźbione niegdyś na skałach wąwozu, upamiętniające zmierzające doń karawany.
Ikoniczna budowla Petry, rozpoznawalna, przez każdego, wizytówka tego miejsca obecna na okładkach wszystkich przewodników, artykułów o tym miejscu, rozsławiona przez film o przygodach Indiany Jonesa, pojawia się najpierw nieśmiało, fragmentarycznie i w ten sposób potęguje uczucie tajemnicy i jakiegoś rodzaju mistycznej zagadki. Z każdym krokiem rośnie. Ukazując się u wylotu wąwozu w pełnej okazałości. Al. Chazna jest ogromny! Misternie wyrzeźbiony, znakomicie zachowany. Harmonijne, klasyczne kształty, liście akantu zwieńczające koryncki kapitel kolumien wydają się być wydarte tej trudnej, bezlitosnej, piaskowo-pustynnej przestrzeni, okiełznanej w tym miejscu talentem i maestrią architekta-artysty. Są i wielbłądy, osiodłane kolorowo – tak jak na tym pamiętnym zdjęciu sprzed lat. Jest tak, jak sobie to wyobrażałam. Nie! Jest jeszcze piękniej!


Przy Al Chazanie na chwilę znika magia wąwozu. Tu zaczyna się bliskowschodni chaos, handel i cała komercja tego miejsca. A właściwie, dlaczego ma nam to przeszkadzać? To przecież drugie życie tego miejsca. Przecież tak kiedyś być musiało! – Petra żyła handlem, targowiskami, przyjezdnymi, nawet z najdalszych zakątków cesarstwa. Teraz żyje handlem z przybyszami z najdalszych zakątków globu! Wchodzimy więc do dawnego, żyjącego dziś miasta! Petra rozciąga się na kilkukilometrowej powierzchni, a przybysze mają do dyspozycji kilka szlaków – propozycji poznawania tego miejsca. Dobrze jest mieć na to dwa dni, w jeden trzeba posiąść trudną sztukę rezygnacji i wybrać tylko najważniejsze miejsca. Ząb czasu i pustynne wiatry zostawiły na architekturze Petry nieodwracalne ślady zniszczenia. Mimo to, zachwycone oko co rusz zawiesza się na wyrzeźbionych w kamieniu potężnych fasadach Skarbca, Grobowca Urny, Klasztoru. Fasady płynnie rozpoczynają się i kończą naturalnym kształtem skał, miasto żyło w ich wnętrzach, w naturalny sposób ułożyło swoją topografię w zastanej przestrzeni. Jest tak harmonijnie wpisane w krajobraz, że oddalone budynki wydają się być mirażem pustynnym. Kształt staje się wyraźniejszy przy bliższym poznaniu. Najlepiej wśród tego pejzażu wyglądają tutejsi, odziani w galabije i turbany Beduini.


Na głównym szlaku pomiędzy Al Chazanem, a Klasztorem, znajdują się wykute w skale królewskie grobowce – ta część nazywana jest Ścianą Królewską. Najokazalszym spośród budowli jest wspomniany Grobowiec Urny z potężną 26-metrową fasadą z kolumnami. Jest to jedna z niewielu tutejszych budowli, której wnętrze można zwiedzać. Jest jednak puste, a pierwsi odkrywcy Petry nie znaleźli w nim nigdy ludzkich szczątków. W drodze do klasztoru mijamy ulicę Fasad, – w ścianach skał wykute zostały groby Nabatejczyków. Ta ścieżka prowadzi do teatru, powiększonego przez Rzymian, aby mogło w nim zasiąść nawet do 10000 widzów. Ulicami ze szpalerem kolumn ruszamy w stronę świątyni – jedynej wolnostojącej budowli Petry. Warto czymś nakryć głowę, jeśli jest się tu w upalny dzień. Tu, podobnie jak na greckim Akropolu słońce chłoszcze niemiłosiernie. Kierując się w stronę Klasztoru warto na chwilę odpocząć ochłodzić się i dowiedzieć nieco więcej o Petrze w miejscowym muzeum. Do łez rozbawiła nas śpiąca postać portiera. Zmęczony upałem i zaklęty snem tego miasta odpoczywał drzemiąc podczas, gdy my karnie, cichutko, nie przerywając jego snu oglądaliśmy zgromadzone w muzeum fragmenty mozaik, fresków, ozdób. Wyszliśmy niepostrzeżenie, nie budząc demonów przeszłości, dając odpocząć zmęczonemu ciężarem dziejów muzealnikowi 😉



Droga do Klasztoru wiedzie schodami pod górę. Żałujemy bardzo,biednych, zamęczonych osiołków wiozących w tę i z powrotem po schodach, otyłych amerykańskich i brytyjskich turystów…Klasztoru też nie można zwiedzać, ale można się delektować fasadą świątyni,siedząc w niewielkiej niedrogiej herbaciarni vis-a vis. Miękkie poduchy, portret króla, wezwania osiołków, muzyka, cień. Jesteśmy tu i teraz, nie chce nam się opuszczać tego fascynującego świata, tego nieobecnego-obecnego miasta. Przepiękne, miękkie popołudniowe światło nie pomaga nam opuścić wzgórza. Maluje skały na bajeczne, egzotyczne kolory – roże, purpury, pomarańcze, a w cieniu kładzie na skałach ciemnobrunatne smugi. Nie na darmo Nabatejczycy nazywali Petrę Rakmu – „Wielobarwna”. Nie mogę sobie wyobrazić zachwytu przybywających do miasta starożytnych podróżników. Zazdroszczę im obecności w Petrze, tej tętniącej ówczesnym rytmem codzienności. Nieomal słyszę nawoływania kupców, ustalających cenę i zachwalających jakość jedwabiu, złota, miedzi, kadzideł, kości słoniowej, pachnideł, którymi tu handlowano, a które pochodziły z Indii, Chin, Egiptu i stąd wędrowały w rejon basenu Morza Śródziemnego. Naskalne malowidła w wąwozie próbują podpowiedzieć nam obrazy karawan, ale pozostały jedynie powidoki wielbłądzich kopyt, czasem postaci w naturalnym rozmiarze, całości znów musimy się domyślać….Chcemy towarzyszyć słońcu w jego wędrówce na druga stronę globu, ale Petra zamykana jest przed zachodem więc tylko przez chwilę spoglądamy na kolejny „the best view point”, rozkoszując się widokiem brunatnych skał bezkresu pustyni. W kolorach późnego popołudnia skały wydają się być nieprzejednane. Toczy się tu codzienna walka o przetrwanie, rywalizacja skał słońca i piasku. Drugi taki obraz można zobaczyć tylko wysoko w Himalajach gdzie równouprawniony dialog toczyć może śnieg wiatr i skała.






Opuszczamy miasto z żalem. Wracam do Wadi Musa z mini karawaną wielbłądzią którą kupiłam od małej Beduinki w drodze z Klasztoru, a która teraz zdobi moje okno. Na pewno tu wrócę, wrócę na pustynię by znów pić herbatę z Beduinami i patrzeć z zachwytem na ich taniec. Wieczór witamy wraz z naszym jordańskim przyjacielem, wpatrzeni w znikające na horyzoncie słońce. Niesamowite jest to, że otaczają nas beduińskie rodziny oglądające ten sam obraz dzień w dzień, z tym samym zachwytem w oczach, który mamy teraz my. Ziemia pachnie upałem i dymem rozpalanych w beduińskiej wiosce ognisk. Nad pustynię i nad Petrę nadciąga noc…

