Tak słucham Niemena, i wspominam tę wizytę…
Mieliśmy 16 dni, 10 miejsc, w których będziemy nocować, a dotrzeć chcieliśmy aż do granicy polsko-rosyjsko-litewskiej. Co na początek? Przemyśl? Jarosław? A może Zamość? Tak, niech początek będzie wizjonerski, z rozmachem, piękny, harmonijny, funkcjonalny, idealny. Taki właśnie jak Zamość. Takim go sobie wymyślił magnat Jan Zamojski i takim uczynił włoski architekt Bernardo Morando. Niech zatem oczy ucieszy renesansowy Rynek, niech olśnią nas kolorem ormiańskie kamienice, niech otworzą swoje sienie kamienne portale najstarszych kamienic. Przed nami rozsłonecznione latem i dbałością bastiony murów obronnych „Padwy północy, gwiazdy na firmamencie polskich miast, perły architektury” – Zamościa.

Piękny jest Zamość, szlachetnie urodzony, wykreślony z włoskim wyczuciem smaku, noszący ślady wielu kultury, fortun, hojności i dumnej historii. Pierwsze kroki kierujemy wiadomo, na Wielki Rynek. I choć Morando jasno określił zasady wznoszenia kamienic, rodzaje ozdób i sposób ich rozmieszczenia, aby serce miasta było harmonijnie piękne, idealnie proporcjonalne i wygodne dla mieszkańców, to fantazja właścicieli nieruchomości, czy poszczególnych kamienic nieco odbiegła od tych wzorcowych planów Włocha. Rynek jednak na tym nie stracił.
Król Wielkiego Rynku w Zamościu jest jeden. Ma 52-metrowa wieżę i eleganckie schody biegnące łukami po obu stronach. To miejski Ratusz z XVI-wiecznym rodowodem. Ma dla nas, z Krakowa, jedną wadę. Grany jest z tej wieży hejnał na trzy strony świata, z pominięciem zachodniej – tej, która wiedzie do Krakowa. Legenda mówi, że Zamojski nie darzył sympatią królewskiego miasta, a w szczególności Augusta III Wazy, którego planów politycznych nie popierał, zakazał więc trębaczowi grać hejnał w stronę Krakowa. Ten drobny afront przyjęliśmy z godnością, bo Wielki Rynek jest tak piękny, że nie można na pomysły zamojskie długo się gniewać. Dzisiejszy ratusz jest dziełem dwóch Janów – Jaroszewicza i Wolffa, którzy XVI-wieczną budowlę Morando w XVII wieku przebudowali, rozbudowali, w stylu manierystycznym. Budowla szczęśliwie nietknięta zniszczeniami wojennymi, dominuje nad przestrzenią miasta i pełni funkcje należne ratuszowi – jest siedzibą władz miasta, straży miejskiej i informacji turystycznej.


To co olśniewa i zniewala każdego przybyłego na zamojski Rynek, to oczywiście kolory i zdobienia kamienic, szczególnie ormiańskich. Och te fiolety, te czerwienie, szafiry i żółcienie! I która ładniejsza? – „Pod Madonną”, „Pod Małżeństwem, czy „Pod Aniołem”? Wilczkowska, Rudomiczowska? W tej ostatniej, gdzie zachowały się przepiękne wnętrza, mieści się Muzeum Zamościa. Kamienice ormiańskie stoją, a jakże przy ul. Ormiańskiej, tej części Rynku, którą niegdyś Zamojski darował przedsiębiorczym ormiańskim kupcom, przybyłym do Zamościa wraz z zajęciem Podola. Nadał im wszelkie przywileje należne mieszczanom Zamościa, i przyrzekł ich bronić przed wszelką krzywdą, jaka by ich mogła od kogokolwiek spotkać. Obiecał wznieść kościół, i darować własną ulicę. I tak zrobił. Kościół powstał (dziś w jego miejscu stoi hotel), spełnił obietnicę własnej ulicy. Ormianie mieli ponadto swoją gminę z ławnikami, sądem. Istniał też ormiański cmentarz. Kamieniczki widać z daleka, nasycone barwą, orientalnymi ornamentami, stanowią niezwykle malowniczy zaułek zamojskiego rynku.


Zamość ma sznyt włoskiego miasta. Zamojskie piazza ma wymiary 100 na 100 metrów, a wieńczą go pierzeje. W każdej z nich jest blok składający się z ośmiu kamienic. Te oddzielone są od siebie siatką poprzecznych ulic, wyprowadzających z Rynku. Miasto porównywane jest do Padwy, mnie jednak z pewnego względu przypomina Bolonię, szczególnie stare miasto, które można przejść w czasie upału w chłodzie, a w czasie deszczu suchą stopą – wędrując pod osłoną arkadowych podcieni. Tak samo jest na zamojskim Rynku. Otoczony arkadami, daje schronienie w czasie deszczu i łagodzi cieniem skwar letnich upałów. Poza tym w arkadach znajdują się wejścia do sieni zabytkowych kamienic. Domy przy Rynku były na początku istnienia miasta drewniane, jednak Zamojski dbając i o estetykę i o bezpieczeństwo miasta, nakazał stawianie murowanych. Te, które istnieją dziś, pochodzą głównie z XVII wieku. Część z ich jest nieco przebudowana, nadbudowana. Każdą z kamienicznych sieni zdobi przepiękny kamienny renesansowy portal. Gdy byliśmy, do każdej sieni można było wejść. Niektóre z nich były mikro-galeriami, prezentującymi swoją historię na dawnych pocztówkach, czy fotografiach. Każdy portal inny, każda sień inna, zaglądanie jest fascynujące. Choć na chwilkę pomimo dzielących nas wieków , rzucamy okiem do wnętrz mieszkań bogatych kupców i rzemieślników, różnych nacji. Właściciel miasta, człowiek o oświeconym umyśle, o szerokich horyzontach, bywały w świecie i obdarzony intuicją zdecydował, że siła Zamościa i oprócz handlu może tkwić w różnorodności kulturowej, wyznaniowej. Po początkowym zakazie pozwolił więc na osiedlanie się w mieście wyznawcom różnych religii. Stąd zamojskie kamienice wznosili tu Grecy, Żydzi, Włosi, Anglicy, Hiszpanie, a nawet Persowie.



Zamość ma dla nas wiele, ale zdecydowanie należy odwiedzić tutejszą przepiękną katedrę pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego i św. Tomasza Apostoła. Ponoć była oczkiem w głowie Moranda. Ach! Widać tu cały wdzięk włoskiego renesansu, przełożonego na język architektury regionu. Zachwycające, eleganckie jest wnętrze – zwłaszcza zdobienia utrzymane w duchu mojego ulubionego od tych wakacji renesansu lubelskiego. Zbudowana jako wotum wdzięczności za liczne zwycięstwa, stała się kaplicą rodową i miejscem pochówku dla całego ordynackiego rodu, a także dla uczonych i wreszcie dla samego projektanta. Równie zachwycające jak sklepienie są kamienne, renesansowe arkady pod chórem – absolutne arcydzieło.

W katedrze zdecydowanie należy odwiedzić krypty, w których spoczęli Zamojscy. Podobnie jak Habsburgowie w Wiedniu, tak Zamojscy w Zamościu nie byli grzebani w jednym miejscu, w każdym razie nie w całości. Serca spoczywały w osobnych srebrnych szkatułach w kształcie serca, wnętrzności w specjalnych „kociołkach”, a ciała w trumnach. Podziemia ciągnęły się pod całą katedrą. W różnych wspomnieniach podróżników i badaczy eksplorujących to miejsce od końca XIX wieku, przewijają się potworne opowieści o losach szczątków rodu, o porozrzucanych trumnach, wystających w nieładzie szczątkach z poodrywanymi fragmentami kontuszów i złotych guzików czy innych ozdób. Zaniedbana w czasie zaborów świątynia, umożliwiała wejście do krypt i bezczeszczenie grobów ordynatów Zamojskich, praktycznie każdemu. Stałymi bywalcami krypt byli kościelni żebracy, którzy zrabowane fragmenty odzieży sprzedawali za datki przybywającym i ciekawym zbieraczom osobliwości. Zamościa. Krypty były remontowane na początku XX wieku, potem tuż przed wojną i w 1989 roku, ale pomiędzy remontami zdarzały się dewastacje, grabieże, jak choćby w czasach wojny polsko-bolszewickiej, gdy Kozacy Armii Budionnego łaknący łupów wpadli do krypt, rozrzucając trumny ze szczątkami. Jeden z nich myśląc, że dostał się do piwniczki ze starym winem wypił ponoć kociołek z wnętrznościami i ponoć natychmiast padł martwy. Dziś krypty są uporządkowane. Do zwiedzania udostępniono tylko ich część. Trumny, kociołki, stoją w milczeniu, są zaopiekowane i godnie reprezentują potężny ród i jego historię.

Niezwykłą srebrną urnę z sercem Jana „Sobiepana” Zamojskiego (wnuka hetmana Zamojskiego – założyciela miasta) oglądać można z kolei w Muzeum Archidiecezjalnym. Absolutnie, koniecznie do odwiedzenia! Muzeum po znaczącym liftingu, oferuje wspaniałe artefakty należące do skarbca katedralnego. Są to zarówno pamiątki związane z kościołem i obrzędem, ale też z władcami Polski (szata koronacyjna) i z samymi Zamojskimi, jak choćby to wspomniane serce w srebrnej szkatule. Ten bardzo oryginalny przedmiot ma burzliwą historię. Pochodzi z 1665 roku . Spoczywał w katedrze, jednak w 2001 roku został skradziony. Ktoś skradł serce Zamojskiego i to dwukrotnie – po raz pierwszy było to ukochane miasto (skradło również nasze serca!), a po raz drugi byli to XXI-wieczni bezmyślni wandale. Na szczęście policja odnalazła cenną pamiątkę.

Gdy byliśmy w Zamościu trwała właśnie rekonstrukcja potężnego kościoła franciszkanów pod wezwaniem św. Katarzyny, wybudowanego w 1687 roku, zniszczonego i częściowo zburzonego, a potem przebudowanego i zdesakralizowanego. Świątynia pełniła różne funkcje, od składu siana, po szkołę i siedzibę wojska. Była największą świątynią w Polsce, a w jej podziemiach chowani byli profesorowie Akademii Zamojskiej. Do dawnej świetności i potęgi przywraca go niezwykle kosztowna i pieczołowita rekonstrukcja.
Dla wielbicieli militariów oraz sztuki fortyfikacyjnej, Zamość obwiedziony suchą dziś fosą, i forteczną architekturą ma wiele do opowiedzenia, a nawet niewprawne oko ucieszy pieczołowitą renowacją miejskich murów. Historię tej części miasta, kunszt inżynierski i tajniki obronności Zamościa można poznać podczas zwiedzania podziemnej trasy i murów miejskich. Jakby ktoś miał mało, można strzelić z armaty.
Z Zamościem związany był Bolesław Leśmian. Znakomity poeta, którego wyobraźni i wrażliwości na świat nie mieścił ojczysty język polski. Stworzył więc nieomal nieomal swój. Wszystkie jego czmury, tajemne bezśmiechy, zamrocze paproci, mgły upowite, uwielbiam! Mieszkał Leśmian pięknie otulony secesją słynnej zamojskiej „Centralki”. Biały trzypiętrowy, pełen wdzięku architektury początku XX wieku gmach, wzniesiony w latach 1910-1911 dla Towarzystwa Oszczędnościowo-Pożyczkowego, zaprojektował Władysław Lucht.

Był to pierwszy budynek w Zamościu z centralnym ogrzewaniem. Mieszkania w Centralce były luksusowe, no i mieszkał w nich nie byle kto, bo oprócz Leśmiana Maria Dąbrowska, Józef Piłsudski. Secesyjna kamienica mieściła w sobie restaurację, salę kinowo-teatralną i luksusowy hotel, właśnie zwany „Centralką”. Budynek jest piękny i zachował secesję nie tylko w fasadzie, ale w pieczołowicie zaprojektowanych detalach – klamkach, balustradach klatki schodowej, ościeżnicach, kwietnikach. W 2017 roku Zamość świętował rok Leśmiana. W hotelowej restauracji podawano ponoć maliny wprost ze chruśniaka i napoje cieniste. Sam Leśmian podobno Zamościa nie lubił, może dlatego, że wykonywał tu nudną pracę notariusza sądowego. A jak tu lubić paragrafy gdy w głowie Dusiołki i Bajdały, zniszczoty niedozieleń, wiosen bezdenie. Ach! Zamość – rozkoszna brama Podlasia – nieustannie działa magia tych okolic – posiada tajemnice strasznie zieleniate! Więc trochę Leśmianem, a trochę po naszemu ruszamy dalej…
…Aż nagle w niecierpliwej pragniemy żałobie
Zwiedzić duchem na przełaj zieleń samą w sobie.
Wówczas demon zieleni wszechleśnym powiewem
Ogarnął nas, gdy w drodze stajemy pod drzewem,
I wabi nieustannych rozkwitów pośpiechem,
I nęci ust zdyszanych tajemnym bezśmiechem,
I czaruje zniszczotą wonnych niedowcieleń,
I kusił coraz głębiej – w tę zieleń, w tę zieleń!
Więc biegniemy wybrzeżem coraz innych światów…

