A jak się tak jedzie mostem nad Wisłą, to się tak nasuwa, że dzielą, że łączą, że się buduje lub pali, mosty, że ułatwiają komunikację wszelką bo i ludzką i międzyludzką, że piękne, czasem ładne, że dwie połowy scalają w jedno lub dwie jedności, że mają tyle zadań, treści, że imiona mają, że budowane wysadzane są, aby ułatwić utrudnić. Cała opowieści o ludzkiej ułomności i geniuszu w moście się mieści…
Mostar, no trudno o bardziej wypełnioną znaczeniem mostów nazwę miasta, niż ten kawałek świata w Bośni i Herecgowinie. Dla tutejszego XVI-wiecznego mostu z rozerwanym rodowodem, pokonuje się góry. Dla tej uroczej, arcymalowniczo położonej przeprawy jedzie się tu przez różne kraje, znaczone śladami niedawnej wojny. Bo w Mostarze króluje most. Dzieli/łączy jedno miasto na dwa światy – chrześcijański i islamski, różni Boszniaków (tak się ich tu nazywa) z Chorwatami, Serbami, ludzi z ludźmi, spaja lub rozdziela, sąsiadów z sąsiadami, braci z siostrami, wschodni brzeg z zachodnim…. Nieduży, choć szeroki (4 metry), smukły, delikatny, elegancki, choć solidny. Zawieszony wysoko nad lustrem szmaragdowej, rzeki Neretwy.

Serce miasta. Nie Rynek, nie skwer, nie świątynia. Most nad urwiskiem dwóch skał, jak bypass łączący tkanki, tętnice, jak ankra spinająca pęknięty mur. Krucha nić porozumienia, lub kajdany wspólnoty. Mostarski most jest wszystkim tym na raz. Wiele słyszałam o mostarskim moście. Od Pawła, który był tu z wizytą wcześniej. Poruszony historią tego miejsca, rozpalił i moją wyobraźnię. Ten Mostar.
Mostari to strażnicy mostu. Gdzie byli gdy Chorwaci i Bośniacy walczyli najpierw przeciwko Serbom, a potem Bośniacy z Chorwatami. Gdzie zatem byli Mostari gdy bezmyślni, zaślepieni nienawiścią do półksiężyca Chorwaci w 1993 roku kruszyli prastare XVI-wieczne więzy łączące ten poszarpany kawałek świata? Opony, jak kantorowski ambalaż otulające most, próbujący neutralności w tej bratobójczej wojnie, nie wytrzymały naporu obłąkanych konfliktem współbraci. Do zielonookiej Neretwy runął cały kunszt średniowiecznych mistrzów kamienia, cały osmański sen Sułtana Sulejmana ujarzmienia kamiennym łukiem rozszalałej spływającej z gór wody. Nie pomogły średniowieczne wieże strażnicze, bo nie było w nich już mostari…. W Mostarze jest muzeum mostu, można spojrzeć na tę wyjątkową budowlę z różnych wysokości, perspektyw, także tej jednej skonfliktowanej, bo film – opowieść o odbudowie mostarskiego mostu jest najważniejszym eksponatem tego muzeum. Ogląda się go ze ściśniętym gardłem, dreszczem na plecach. Znika czas, granice, teraźniejszość. Jesteśmy mostem. Wpadamy kawałek po kawałku do wartkiego nurtu rzeki zabierając tysiące opowieści tego miasta.


Moment burzenia w chorwackim szale jest granicą tutejszego konfliktu, jest obrazem tępej wrogości, nikczemności i ludzkiej nędzy urodzonej z żądzy zemsty i zniszczenia. Zburzenie Starego Mostu nie dało żadnej przewagi żadnej ze stron, pogłębiło jednak narosłe przez lata niechęci, odnowiło rany i zbudziło wrogość trwającą do dziś. Jakaś część tutejszej historii bezpowrotnie odeszła wraz z mostem… O odbudowie 30-metrowej przeprawy zdecydowano zaraz po wojnie.


Pracowano metodami XVI-wiecznych mistrzów kamieniarki, metodami inżynierii oka i doświadczenia. Bloki kamienia wykuwane podług osmańskiej miary z ocalałych rysunków wykuwano w kamieniołomach i przywożono nad rzekę, układano jeden po drugim, aż do ostatniego, który miał wieńczyć dzieło, który musiał pasować, wsunąć się w pozostawioną szczelinę nadając przeprawie dawny kształt i zburzoną linię. Ciosano bloki kamienia próbując w szaleńczym pomyśle poruszać się po śladach osmańskich budowniczych. Prace trwały do 2004 roku i były szalenie trudne. Zdecydowano się na ryzyko niemożności odtworzenia budowli w pierwotnym kształcie, wręcz niemożności zbudowania mostu bez pomocy współczesnej technologii. Zakochani w swoim moście mieszkańcy Mostaru chcieli podjąć ryzyko. Wsłuchując się w szepty istniejących fragmentów, także tych wyłowionych z rzeki, zwołując dobre duchy przeszłości oraz sułtańskich mistrzów kamieniarskiego fachu, wpatrując się w rysunki, które ocalały, fragment po fragmencie powstawała nowa budowla, nowych, niepewnych czasów. Nowej rzeczywistości, nowego kruchego porozumienia, nowej próby bycia z sobą, bycia obok. Pomysł zakończył się spektakularnym sukcesem architektonicznym. Aż i tylko, bo mimo tego, że złączył dwa brzegi Neretwy, to wciąż nie połaczył części ludzkich części miasta. Długo po jego odbudowaniu jedni i drudzy nie przekraczali niewidocznej granicy swoich skonfliktowanych światów. Bośniacy nie przekraczali części chorwackiej, Chorwaci bośniackiej. Do dziś, po obu stronach są osobne poczty, stadiony urzędy, uniwersytety, teatry narodowe, dwa miasta w jednym mieście…


Małżeństwa zawiera się z połówką z tej samej strony mostu. Niczyje, ani bośniackie, ani serbskie, ani chorwackie sa tylko psy… Okupują zatem most, wylegująć się głównie na środku. Są tutejsze – po prostu. dla mnie to prawdziwi mostari…
Most narodził się z popiołów i dziś zachwyca będąc jednocześnie przestrogą, znakiem tego, do czego zdolny jest człowiek w swojej nikczemności, niechęci do inności, to tego drugiego, nie naszego, tamtego z jego innym zwyczajem, językiem wiarą, smakami i brzemieniem imienia. Po Starym Moście pozostał jeden stary obyczaj. Do dziś znajdują się śmiałkowie, którzy rzucają się w odmęty Neretwy, skacząc z najwyższego punktu mostu. Ten widowiskowy moment, jak dawniej gromadzi tłumy gapiów, po obu stronach mostu i na moście. Dawniej skok był dowodem męstwa, dziś jest dowodem odwagi w równym stopniu, co wynikiem sprytu, śmiałkowie skaczą bowiem po uzbieraniu odpowiedniej kwoty, wśród łaknących igrzysk turystów. Młodzieńcy prężą muskuły, paradują w kąpielówkach, przygotowują się do skoku, podczas gdy ich towarzysze zwinnie krzątają się wśród tłumu z wyciągniętym kapeluszem. Za emocje trzeba zapłacić. Popis jest spektakularny. Śmiertelnie niebezpieczny skok z 24 metrów w odmęty Neretwy, na chwilę powoduje wstrzymanie oddechu wśród tłumu, zapada cisza, która po wypłynięciu śmiałka zamienia się w burzę oklasków zaspokojonego emocją tłumu. Nie powiem, warto.


Koniecznie trzeba obejrzeć film, nawet kilka razy, bez niego nie sposób poczuć mostu, nie można do końca zrozumieć jego westchnień, dochodzących z dna Neretwy i szeptów tego, który powstał jako ekspiacja za grzechy wojny. Nie wystarczy po tym moście tak po prostu przejść, z jednej strony na drugą, bo te strony nie są po prostu stronami. To znaczy są – stronami konfliktu, dwoma światami, które łączy solidna, kamienna, a mimo to krucha więź obecnego pokoju. Mostowi trzeba przyglądać się z dołu, z poziomu rzeki, z naprzeciwka, z innego mostu. Trzeba być z nim zaraniem i nocą, w deszczu i o zachodzie słońca, w przepełnionym turystami przedpołudniu. To rodzaj znajomości, którą na zawsze ma się w sobie, której się nie zapomina i do której chce się wracać. Myślę, że każdy czuje swoją z nim więź. Do dziś pamiętam fakturę słonecznego kamienia przylegającą do mojej dłoni. To mój uścisk z teleniją – mostarskim wapieniem. W Mostarze trzeba wypić kawę, niekoniecznie z widokiem na most, oczywiście można, ale ważna jest kawa. Mocno palona ze słodziutkim rachatłukum w małej metalowej lu ceramicznej czarce. Płyn wlewa się rytualnie z miedzianego dzbanuszka – zaparzacza. Trzeba posnuć się uliczkami starego miasta-bazaru, dać się naciągnąć na cudnej urody poduszki, albo po prostu cieszyć oczy kolorem orientalnego rękodzieła. Trzeba wchłonąć bajkową panoramę szarości kamienia starego miasta z wieżami minaretów, kopułami cerkwi i dźgającymi niebo krzyżami kościołów.





Okolone surowością gór i zielenią drzew jest pięknym, harmonijnym obrazem poskręcanego od wzajemnych nieufności i niechęci miasta. Te Bałkany ciągle nie mogą uwierzyć, w siłę bogactwa tej cudownej, fascynującej wielokulturowej opowieści. W Mostarze, ciągle podnoszonym z ruin, wciąż wiele jest śladów wojny. Widoku rozczłonkowanych szkieletów budowli nie jest w stanie uleczyć nawet malownicza panorama, obojętnych na ludzki obłęd, gór okalających miasto.


Mostar został w 2005 roku wpisany na listę Unesco i tym samym zbratany z innymi trudnymi dziedzictwami świata. Z mojego mostarskiego balkonu, mogę sięgnąć po miękkie dojrzałe owoce kiwi, obok czerwienią się granaty. Granaty… Tym razem to owoc… Jedno słowo niesie w sobie tyle piękna i tyle zła. Jeden most może łączyć i dzieli , można go budować i palić, tak jak kraj, miasto… Mostar został ze mną, we mnie, z tym mostem, nad tą rwąca rzeką, mostem-pomostem, spotkaniem rozstaniem…

Ani bośniackie, ani chrowackie, ani serbskie, niczyje czterołapy … Może dlatego okupują most – leżą nieustająco każdeo dnia, na środku, z boku, to pas ziemi niczyjej…, fot. NoszkaPon, październik 2019, Mostar
