Włoska Katalonia i sznury korali – Alghero

Wakacje, wakacje gdzie by tu, gdzie by tu… a może wyspa? Na Karaiby nie można, to skoczmy na Karaiby Europy! Sardynia, druga co do wielkości wyspa na Morzu Śródziemnym – po Korsyce, może być? Mijałyśmy się, a raczej spotykałyśmy się kilka razy. Po raz pierwszy, baaardzo dawno temu, przypadkiem. Jej portret wisiał z boku szafy jednego z krakowskich biur podróży, prowadzonego przez znajomych. Wpadliśmy tam na koleżeńską pogawędkę. Mrugnęła do mnie ze zdjęcia na szafie, lazurowym spojrzeniem morza, szmaragdem zieleni, falowała białą jak śnieg sukienką plaży. Myślę, nieeee, to nie istnieje, co to za miejsce? – pytam – Sardynia – Karaiby Europy, odpowiadają. Już wtedy wiem, że kiedyś się zobaczymy i poznamy bliżej. A potem, kilka lat potem, była wizyta warzywna pod Halą Targową, gdzie obok gór pomidorów, ogórków i sałat było stoisko z przygodami – przewodniki, książki mapy. Dla żartu mówię: – zamykam oczy i to co wezmę do ręki będzie naszym planem na majowy czas przyszłego roku. Wzięłam… otwieram oczy i widzę napis – Sardynia – to już nie było zaproszenie to był los, przypieczętowany w maju 2008 roku.

Lazurowo i skaliście, Sardynia kwiecień 2008, fot. NoszkaPon

Zagubiona pomiędzy Europą, a Afryką, smagana pustynnym Sirocco, obsypywana co rusz pustynnym pyłem z odległej o zaledwie 200 km Sahary, błękitna, turkusowa, lazurowa, szmaragdowa, zielona, ciągle jeszcze dzika i melancholijna. Taka wyspa – cud. Ścierają się tu ze sobą surowość warunków życia, niedostępność górskiego krajobrazu, z rozbuchaną zielenią, słodkim zapachem kolorowej makii. Pocztówkowe, niewiarygodnie błękitne morze, przeźroczyste jak powietrze, czyste jak łza, połączone nierozerwalnie z białym piaskiem plaż i architekturą, noszącą ślady żarłocznych władców z kontynentu – rzymskich, bizantyjskich, fenickich, punickich, katalońskich, arabskich, włoskich, hiszpańskich…. I choć to morze i plaża są najczęstszym powodem do spędzenia tu wakacji, to tak naprawdę jest to tylko część składowa atmosfery, krajobrazu i losów tej wyspy o długiej, dramatycznej historii walki ludzi z przyrodą i nienasyconym apetytem „przybyszów zza morza”. Wyspy, której mieszkańcy wciąż mówią o sobie „Sardo”, której najczęściej używanym językiem jest sardyński (sarda) i której mieszkańcy choć otwarci i serdeczni to zdarza się, że obserwują z wrodzoną od pokoleń rezerwą poczynania zamorskich gości. Wszak stare sardyńskie powiedzenie jasno ostrzega – „Furat chi de su mare venit”. Kto przybywa morzem chce nas ograbić… Wielowiekowe okupacje i wyzysk mieszkańców tej „zagubionej między Europą, a Afryką bez własnego miejsca” jak pisał Lawrence wyspy, pozostawiły trwałe piętno w duszy mieszkańców Sardynii. Bieda, potęgowana surowością krajobrazu, wydała na świat ludzi twardych, dumnych o niezłomnym charakterze, wielowiekowych tradycjach, wędrownych pasterzy z niechęcią do włoskiej przynależności politycznej.

Alghero w wiosennym, zachodzącym słońcu. ciągle jeszcze senne, przedsezonowe, kwiecień 2008, fot. NoszkaPon

I choć dziś piękne plaże przyciągają  w sezonie tysiące turystów, popularne nadmorskie miejscowości zamieniły się w kurorty, odwiedzane przez bogaczy i gwiazdy Hollywoodu, to dla wrażliwego poszukiwacza, otwartego na głos natury, wyspa  przechowuje swój dziki i pełen tajemnic charakter. Wystarczy odwiedzić ten „karaibski zakątek Europy” poza sezonem, aby być świadkiem zupełnie innego, uśpionego rytmu plażowych kurortów, aby zachwycić się urodą pustych, ciągnących się kilometrami lub zupełnie przeciwnie niewielkich, naznaczonych atmosferą intymności białych plaż, samotności rzymskich ruin i smaku Pecorino – najbardziej znanego na świecie sardyńskiego sera. Wyruszamy w nieznane, zdani na siłę, a częściej niemoc transportu publicznego, pułapki turystycznych paradoksów i niejednokrotnie przewrotność logiki niezależnych Sardów. Uzbrojeni w cierpliwość, ciekawość świata i gotowość na przyjmowanie sprzecznych z sobą informacji, pokrzepieni znakomitym jak zawsze w tej części świata espresso wpadamy w objęcia Sardynii. Nie będzie łatwo.

Po deszczowym wieczorze, poranek wita nas kobaltowym niebem i żółtą barwą pustynnego pyłu, który pokrywa progi domów, sklepów, kawiarniane stoliki, krzesła, liście palm i maski samochodów. W ciągu dnia cały zabierze ze sobą Sirocco  – gorący wiatr od pustyni. I choć wylądowaliśmy w Olbii – portowym, uroczym miasteczku, nie o Olbii będzie tym razem a o perle Sardynii – koralowym Alghero. To miasto, które świętuje na wzór hiszpańskich fiest. Ulice mają tu dwujęzyczne nazwy i nie są to nazwy angielskie. Język, jaki usłyszeć można bezwstydnie podsłuchując rozmowy miejscowych oraz symbolika godła, kuchnia, układ ulic i wreszcie charakterystyczne elementy architektury, jednoznacznie wskazują na niecodzienne dzieje i niecodzienną, rzadką w naszym pełnym konfliktów świecie pokojową rzeczywistość. Iście kosmopolityczne miejsce, w którym dla ucha Sarda wdzięczniej brzmi katalońska nazwa niż zwyczajne włoskie Piazza del pace – Plac Pokoju. Takie jest Alghero najbardziej katalońskie spośród sardyńskich miast, mała Barcelona, miasto alg. Czerwono-złote blaski zachodzącego słońca nadają bastionom i murom tego najładniejszego spośród sardyńskich miast symboliczne żółto-czerwone barwy. Kolory Katalonii.

Śpiący olbrzym czyli Cappo Caccia widziany z algherskiej starówki, fot. NoszkaPon, kwiecień 2008

Katalończycy zostali osiedleni w Alghero w XIV w. Sardowie zbuntowani przeciwko aragońskiemu władcy zostali zesłani w głąb wyspy w ich domach osiedlono przybyszów z Iberii. Niezwykły to fakt, że wieki sprzyjające budowaniu konfliktów i narodowych zacietrzewień stały się w wypadku Alghero sprzymierzeńcem obu kultur pozwalając przeniknąć się ich tradycjom, językom, kuchni, architekturze i egzystować w pokojowym współistnieniu wzbogacając się wzajemnie i stanowiąc niezwykle interesujące zjawisko podkreślone pięknem przyrody.

Główna aleja wysadzana palmami z jednej strony otwiera miasto na piękną marinę, a w oddali na zagadkowy Cappo Caccia (Śpiący Olbrzym),  z drugiej strony zamyka się ścianą hotelików, pensjonatów i niewielkich ristorante.

Prowadzi do serca miasta, otoczonego murami i atmosferą algherskiej starówki. Nie wiadomo, która pora dnia jest tu piękniejsza. Zatem sprawdzamy spacerując o różnych wzdłuż starych fortyfikacji, które otaczają miasto z trzech stron. Najpiękniejszy widok na zatokę Alghero oraz wspomniany przylądek Caccia o kształcie ogromnego wieloryba rozciąga się z nadmorskiego bulwaru Marco Polo. Jak może być inaczej zakątki, które rozpalają marzenia widokami i rozległościami zapowiadającymi przygodą powinny nosić imiona żeglarzy, podróżników. Stąd kręte labirynty wąskich, gwarnych uliczek wciągną nas  w głąb algierskiej starówki.

W drodze na Capo Caccia, kwitnąca, pachnąca makia, fot. NoszkaPon, kwiecień 2008, Sardynia

Sklepy, sklepiki, restauracje, oczywiście wspaniała pizza. Nie ona jednak i nie kawa tym razem kojarzyć się będzie z katalońskim Alghero. Jesteśmy bowiem w krainie korala. Alghero to koral – kolczyki, paski, zapinki, korale z korali wielkie i ciężkie jak kłody drewna i małe jak ziarnka pisaku – w zależności o potrzeb i zasobności portfela. Alghero słynęło niegdyś z otaczającej je rafy koralowej, niestety dziś dość potężnie wyeksploatowanej. Dominantą miejskiego krajobrazu Alghero jest wysmukła oktagonalna, dzwonnica katedry Najświętszej Maryii Panny (Duomo Di Santa Maria) zbudowana w stylu późnego katalońskiego gotyku z nastrojowym, kamiennym wnętrzem i kolorową, majolikową (charakterystyczna dla Sardynii) kopuła barokowego wzniesionego przez zakon jezuitów kościoła św. Michała. Obok tej świątyni w roku 1300 wzniesiony został klasztor franciszkanów.

Otoczone z trzech stron wodą niewielkie lecz piękne Alghero to świetna baza wypadowa do pobliskich uroczych, równie pięknych a może nawet piękniejszych mniejszych miejscowości.…

Sztormowy Cappo Caccia, kwiecień 2008, fot. NoszkaPon

Sztorm odebrał nam wizytę w słynnej Grocie Neptuna na Cappo Caccia, ale za to pojechaliśmy do Stintino la Pelosa, gdzie obezwładniło nas piękno tamtejszej, chyba jednej z najpiękniejszych sardyńskich plaż – La Pelosa.

Wiosna ozdabia ją fioletem wiosennych kwiatów, historia samotnością hiszpańskich wież (zwanych tu z hiszpańska torre), które niegdyś ostrzegały wyspiarzy przed obcymi żaglami, a które są tak charakterystyczne dla wybrzeża Sardynii. W czasie odpływu do kamiennych strażnic można dojść pieszo, przypływ pozostawia podziwianie z daleka. Biały jak mąka piasek – niczym aksamit głaszcze stopy, oślepia. Nie wyobrażam sobie tego miejsca w sezonie – ile odbiera mu tłum, gwar. Jak szybko znika dostojeństwo, tajemnica, dzikość, choć uroda pozostaje, tego Sardynii  nie da się odebrać, one jest uosobieniem piękna, poza tym, że jest uosobieniem luksusu 😉

Jesteśmy wysmagani wiatrem, odurzeni zapachem makii, zachwyceni widokami, zatem wrócimy na tę wyspę w następnym odcinku, przed nami stolica i jedno tajemnicze miejsce – najprawdziwsza Atlantyda…. To be continued ;-))))

Przepiękna La Pelosa, kwiecień 2008, fot. NoszkaPon, Stintiono, Sardynia

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.