Bądź sobą lub zostań piratem – Sztokholm

Co rozpala dziecięcą wyobraźnię poza policjantem, strażakiem i śmieciarką? Czym chcą być mali chłopcy, oprócz super, spider i innego mana i kim, czasem, chcą też być bardziej rozczochrane dziewczynki? Znalazłam kiedyś w jednej z bram krakowskich w małej galeryjce taki napis, na deseczce, który bardzo chciałam zakupić, a który odpowiada na powyższe pytanie: „Zawsze bądź sobą, chyba, że nie możesz być sobą, to wtedy zostań piratem”

Niektórzy z tych marzeń skorzystali i zostali choćby piratami drogowymi, niektórzy poprzestali na karnawałowych przebierankach. Ale okręt pod pełnym żaglami, skarby, przygody i rejsy w nieznane to dla wielu było to coś!

czerwiec 2020, z Krakowa w świat… fot. NoszkaPon
Sztokholm, 2011, fot. Paweł Kubisztal

Znając zamiłowanie do przygód i swoje i dziecka, postanowiłam pewnego majowego popołudnia zostać piratem i porwać pewien skarb i popłynąć za morze na morze, na statek zaklęty w czasie niczym mityczny, latający holender. Okoliczności były nader sprzyjające – Dzień Dziecka za pasem, dziecko nieświadome w szkole, a więc plan ukartowany. Bilet w nieznane zakupiony w tajemnicy dużo wcześniej. Okręt powietrzny czekał, niczym okręt piracki ukryty w zatoce wśród skał. Trzeba się było tylko zasadzić na te niewinne, błękitne, Tymowe oczy, które właśnie wraz z jasną czupryną przybyły ze szkoły. Padło: „Porywam Cię”, co natychmiast spotkało się z aprobatą w szelmowskim uśmiechu i iskrą w oku błyszczącą od zapachu przygody. Na pytanie: „Gdzie?” nie padła odpowiedź, za to w mig pojawiły się wypchane plecaki, kanapki i paszport. Początkowemu nastrojowi żartu, zaczęło towarzyszyć zdumienie i nastrój absolutnie szalonego przedsięwzięcia. Dziecię o imieniu Tymek nie przeczuwało jednak, gdzie tak naprawdę matka-piratka go uprowadza. Dobra, w góry też fajnie, dobra, do babci, też nieźle. Nawet gdy podjechał autobus z wielkim napisem LOTNISKO, w oku nie pojawił się pytajnik i wyczucie podstępu. Zaufanie to zaufanie. Nawet na lotnisku, gdy padło zapewnienie przesiadki z jednego autobusu do drugiego – powietrznego – ofiara niespodzianki domowej nie przypuszczała, co się wydarzy. Po wejściu na lotnisko odbył się pisk radości, chodź do samego końca dziecię nie znało celu naszej podróży. Karty odkrył wielki napis przy bramkach – Sztokholm. Powietrzny statek zawiózł nas na drugą stronę Bałtyku. Dlaczego tam? – bo tam matka piratka pół roku wcześniej zobaczyła w suchym doku uosobienie dziecięcych marzeń – najpierw trzy wystające z dziwnej konstrukcji maszty, a w środku przepiękny, tajemniczy, pachnący przygodą 69-metrowy jeden z najpiękniejszych na świecie i najlepiej na świecie zachowany wrak XVII-wiecznego żaglowca o nazwie Vasa.

Statek Vasa i jego model pod prawie pełnymi żaglami, fot. Paweł Kubisztal 2011, Muzeum Statku Vasa

To wtedy po wizycie w tym niezwykłym miejscu, na wyspie Djurgården w wybudowanym specjalnie dla tego przepięknego, pokrytego setkami rzeźb, wydobytego z dna Bałtyku okrętu-muzeum, wiedziałam, że przyjedziemy tu z Tymkiem, razem. Nie ma lepszego miejsca do spędzenia wspólnie Dnia Dziecka niż wędrowanie od góry do dołu wokół burt tego trzymasztowego giganta, dziś już bez swoich 10 żagli, dumnie napinających muskuły lin, ciągle groźnie szczerzącego zębiska dział, bukszprytem rozpruwającego przestrzeń hangaru, w którym stoi jakby na chwilę przysnął. Deski burt poczerniałe od słonej wody i mułu, w którym leżał, wilgoć, zapach morza, podrzucają wyobraźni obrazy ze wszystkich szant, filmów książek. Wewnątrz hangaru utrzymywany jest specyficzny mikrokilmat – wilgoć i chłód – który pozwala wrakowi trwać w warunkach, choć odrobinę zbliżonych do tych, które przez ponad 333 lata miał na dnie portu w Sztokholmie. Od pierwszego kroku w muzeum przenosisz się do czasów, kiedy ten dumny, okazały okręt, do budowy którego użyto drewna z 1000 dębów, w 1628 roku, wyrusza nad podbój Rzeczypospolitej. Król szwedzki Gustaw II Adolf (z dynastii Wazów – stąd nazwa statku), szykuje okręty aby z morza uderzyć na zabałtyckiego sąsiada, zagarnąć żyzną ziemię i lud uczynić poddanym. Pękaty od nadmiaru ozdób, (także tych ukazujących strach polskich szlachciców przed potęgą szwedzkiej floty), a przede wszystkim przeciążony nadmierną ilością dział, przechylony przez wiatr, tonie w odmętach Bałtyku i zasypia w mule, zaledwie kilkaset metrów od zamku, spod którego wypłynął, oddając salwę honorową. Ze 150 – osobowej załogi statek zabiera co najmniej 30. istnień i cały królewski sen o polskim podboju. Leży na dnie ponad trzy wieki, aż do lat 50. XX wieku, do momentu, w którym odkrywa go Anders Franzén, sztokholmski marzyciel, tropiciel wraków sztokholmskiego archipelagu. Pewnego sierpniowego dnia, dnia podczas kolejnych poszukiwań wraz ze swoim współpracownikiem zaczepiają w końcu bosakiem o dębową deskę…

Okręt Vasa, 2011, fot. Paweł Kubisztal
fot. Paweł Kubisztal, 2011, Muzeum statku Vasa

Statek, dzięki właściwościom niezbyt słonych portowych wód, ale przed wszystkim mułu, który nie dopuszczał do wraku żyjątek morskich, nie uległ zniszczeniu. Wydobyty został niemal w całości, a to co znaleziono wokół wraku – rzeźby, deski, a także żagle, które akurat nie były na masztach – żmudną, benedyktyńską pracą poskładano w całość, jak niemożliwe do ułożenia puzzle. Dzięki takiej determinacji statek jest w 96% złożony z oryginalnych części, znalezionych na dnie portu, a jego ocalałe żagle ujęte w gigantyczne szklane ramy, są najstarszymi istniejącymi żaglami na świecie. Przed odkrywcami i badaczami okręt ujawnił także ocalałe na dnie i w ładowniach przedmioty – kapitański sygnet, drewniane łyżki, cynową zastawę oficerską, komplet do gry w tryktraka…

Muzeum jest kompletne – można tu obejrzeć bardzo ciekawy film dokumentalny o akcji wydobycia wraku, o jego długoletniej konserwacji, o budowie muzeum. Można zaglądnąć w oczy zrekonstruowanym ze szczątków szkieletów, twarzom marynarzy – ofiar nadmiernych królewskich ambicji. Można dotknąć jednej z dębowych desek statku, można stanąć na kopii bocianiego gniazda, zajrzeć do zrekonstruowanej kajuty kapitana. Jednak do wnętrza statku wejść nie można. Pozostaje zatem tajemnicą. Nie można go dotykać, choć możesz oglądnąć każdy centymetr tego morskiego cielska – jest jak sen na jawie. To jest nasza piracka zatoka. Chcesz stać się częścią tego wydobytego z dna morza świata, chcesz wysłuchać jego opowieści, bardzo chcesz dotknąć nasączonej wodą i solą burty. Nie widziałam dawno takiego zachwytu na dziecięcej twarzy, która widziała już niejeden krajobraz spod innego nieba. W tym niezwykłym miejscu, w tym hangarze na 1700 metrach kwadratowych, w półmroku, zaczynają żyć na nowo i z wielką siłą żeglarskie opowieści i dziecięce morskie światy. Wręcz słychać połajanki bosmana i siarczyste przekleństwa majtków brasujących reje i stawiających żagle. Jedni obracają kabestany, inni uwijają się przy działach. Statek gotuje się do rejsu. Porwanie się udało. Dotarliśmy na miejsce i na czas.

Vasa Museet, Sztokholm, fot. Paweł Kubisztal 2011

To być może wtedy narodziła się w Tymku druga, oprócz górskiej, wielka miłość do rozpiętych żagli, do uderzenia fali o burtę, do przechyłów i kaprysów Eola, których zasmakował na urodziwej i rączej Pogorii i która to miłość do dziś nie ustaje.

 Cały Sztokholm pomaga zatrzymać w sobie emocje z wizyty w Muzeum Vasy. Miasto poprzecinane kanałami, zatokami, żyjące morzem, dla morza i z morza. Jest wyniosłe, nieco surowe jak otaczająca je przyroda i zarazem piękne. Zwłaszcza w czerwcu, gdy słońce zasypia tu zaledwie na godzinę.

Panorama w drodze na jedną ze sztokholmskich wysp, fot. NoszkaPon, 2011
Tutejsza komunikacja miejska, fot.NoszkaPon, 2011

Gdy piraci wracają na chwilę na ląd ruszają z pewnością do najbliższego miasteczka lub wioski – zaprowiantować statek i opowiedzieć o przygodach. Tak właśnie zrobiliśmy – poszliśmy do sztokholmskiego skansenu. Najstarszego – bo pierwszego na świecie. To właśnie tu, w tym parku etnograficznym ze 140 zabudowaniami, niektórymi nawet z XIV wieku narodziła się idea urządzania muzeów etnograficznych na świeżym powietrzu. Stąd wzięły nazwę wszystkie tego rodzaju miejsca, także w Polsce.

Skansen w Sztokholmie, to nieustająco żyjąca przestrzeń, przecząca pejoratywnemu zabarwieniu nadanemu terminowi skansen. W młynie miele się ziarno, w piekarni wypieka chleb, który można kupić, rolnik orze ziemię, gospodyni hoduje i karmi kury, krowy, świnie. U garncarza ulepisz, albo kupisz właśnie wypalone garnki, po skansenowych ścieżkach przechadzają się wszelkiej maści gęsi, kaczki, kury. Wioska żyje swoim życiem i rytmem natury, od otwarcia do zamknięcia muzeum. Przenosisz się tu zupełnie, w świat sprzed istnienia fabryk i maszyn parowych. Obok współczesnych gości przemykają śpiesznie lub nieśpiesznie pracownicy i wolontariusze skansenu w strojach z epoki, zajęci swoimi pracami, sprawunkami, rzemiosłem. Nad dachami chałup dymią kominy, żarna pracują, słychać rżenie koni, czuć zapach chleba, zupy, warzonego piwa, słychać głosy – bo snuje się tu opowieści. W stodole obok kościoła jest znakomicie zaopatrzony sklepik z pięknymi etnograficznymi pamiątkami. Oj trudno nie skusić się na urocze smarowidełka do chleba wycięte z kawałka drewna, na drewniane proste czerwone, skandynawskie koniki, czy renifery, wełniane koce z tutejszego owczego runa.

Skansenowa;piekarenka, fot. Paweł Kubisztal, 2011
Panienka ze skansenowego okienka ;-), fot. NoszkaPon 2011
Skansen w Sztokholmie, fot. Paweł Kubisztal, 2011
Panorama Sztokholmu ze Skansenu, fot. NoszkaPon, 2011

Pożywieni, rozbawieni piraci udają się w miasto, a potem na którąś z okolicznych wysp, albo w ogóle nieco dalej, znów statkiem, na którąś z tysiąca wysepek archipelagu otaczającego Sztokholm na przestrzeni 60 km. Te niemal 24 000 wysp to uczta dla kochających krajobrazy i dziką przyrodę. Omijając zręcznymi halsami maleńkie jak dłoń wysepki z maleńkimi, uroczymi domkami z werandą, płyniemy w morską dal na niewielką, uroczą Grindę, oddaloną od stolicy o 2 godziny rejsu. . Gdy dobijemy do brzegu tej wyspy z rezerwatem przyrody, będzie słoneczne, choć rześkie popołudnie. Polodowcowe głazy dodają tej ziemi uroku. Wśród surowości morza, zielono-kamienne wyspy z kolorowymi domkami są baśniowa krainą tysiąca opowieści o wikingach i skandynawskich podbojach. Do Uppsali, i miasta Linneusza zajrzymy innym razem, bo tam też pięknie, bo warto, byliśmy kiedyś z Pawłem, to wiemy.

W drodze na Grindę, fot. NoszkaPon, 2011
Na Grindzie się podoba ;-), fot. NoszkaPon 2011
W drodze z Grindy, fot. NoszkaPon 2011
Sztokholm, gdzieś koło 2 w nocy, fot.NoszkaPon 2011
I w środku dnia z widokiem na budynek parlamentu, 2011, fot. NoszkaPon

Nasz okręt wypluwa nas na ląd. Wsiadamy zatem na podarowane nam przez Anę rowery i ruszamy na podbój miasta. Sztokholmie – cały jesteś nasz.

Dla wszystkich dzieci i tych, którzy mają w sobie dziecko: „Zawsze bądź sobą, chyba, że nie możesz być sobą – to zostań piratem”. Statek Vasa jest i snuje nieustająco morskie opowieści…

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.