Maradona i Chrystus na jednym ołtarzu – Neapol

Dla Mamy, Cioci Marty, Magdy i Moniki

W Neapolu spotkało się majową porą pięć matek. W tym jedna jakby zastępcza, ale to i tak pięć. Z tej samej krwi, a z bagażem życiowych doświadczeń pełnym, choć każdy z nich w innym zestawie kolorów. U stóp Wezuwiusza odbyło się to spotkanie po latach. Piękne, wzruszające, radosne, wypchane opowieściami o życiu. Kto bowiem do rozmowy o życiu bardziej jest uprawniony niż babki, które dały życie?  Mama czwórki dębickiej z mamą dwójki dziewczęcej. Mama jedynaka z Krakowa z mamą dwóch smagłych przystojniaków z Aversy i z mamą przyszywaną tej ostatniej dwójki i psa ;-). U stóp Wezuiwusza. W mieście, w którym jak nigdzie kocha się życie, w którym życie jest wszędzie w maksymalnej rozpiętości emocji, dźwięków, smaków i barw.

Z Wezuwiuszem w tle, fot. Paweł Kubisztal, maj 2017

 Co się dzieje, gdy się spotka pięć matek? Jest się, gada się, je się, wsiąka się, wspiera się rozumie się. A Włochy to państwo matek, a Neapol to miasto zmysłów i służy więzom, bo więzi to krwioobieg tego miasta. Dla trzech matek ten południowy tygiel emocji jest od wielu lat ojczyzną. Żarty smakują tak samo po polsku, jak po włosku, czy w neapolitańskim dialekcie. Mozzarella di bufala muska podniebienie z równa przyjemnością, co twarogi, bunce i oscypki. Krótkie gardłowe e! wyraża emocje nieodróżnialnie od sąsiadów z naprzeciwka. Ale Boże Narodzenie ciągle pachnie barszczem, pierogami z kapustą i kompotem z suszu. Spotykamy się więc na styku kultur, bo w tle jest też zapach marokańskich przypraw. W tym naszym mikrokosmosie zawiera się cały Neapol. Emocje, jedzenie, spotkanie, miłość życia, a wszystko w splendorze architektonicznych dekoracji upadłego królestwa sztuki i historii. Plus rwący tę opowieść dźwięk policyjnego helikoptera wypatrującego chciwie wilczej skóry  na owieczce z Camorry. Benvenuta a Napoli.

Moje drogie Matki – wspominam to nasze spotkanie tęsknotą, szczególną tym bardziej, że w Dniu Matki. Zatem bądźcie szczęśliwe, docenione, spełnione, piękne i pełne życia, jak to niezapomniane miejsce spotkania! Dałyście życie, dbacie o życie, a tu się to życie smakuje intensywnie, wszystkimi zmysłami razem i na najwyższych obrotach. Mamo, Ciociu Marto, Magdo, Moniko, ten Neapol dedykuję Wam i za wszelkie z niego emocje – dziękuję!.

4 matki w Neapolu ;-), i jeden pan co pzrewidział kultowość maseczek, fot. Paweł Kubisztal, 2017

Ta brama do południa Włoch ma w sobie wszystkie włoskie tęsknoty – o wolności, o urodzie krajobrazu i architektury, sny o dawnej potędze i lęk przy jednoczesnym uwielbieniu samotnej widocznej z wielu miejsc groźnej góry. Neapol to miasto pieśni, zanurzone w dźwiękach z każdego zakątka świata. Gdzie nie przyłożysz ucho, to dobiegnie Cię bądź liryczne szarpnięcie gitarowej struny, albo dudniący stukot hiszpańskiego obcasa, albo gardłowy dźwięk wyśpiewywanej namiętności dochodzącej z ciemnych zaułków… Skrajności – tego szukam, to uwielbiam, tu znajduję.

Panorama Neapolu, na horyzoncie Wezuwiusz, fot. Paweł Kubisztal maj 2017

Słowem, które definiuje Neapol wyczerpująco, jest tytuł jednego z najpiękniejszych filmów o miłości do miasta – „Passione” Johna Turturro. Nikt nie kocha swego miasta jak Turturro, nikt o nim tak nie śpiewa jak Spakka-Neapolis 55. Nikt nie wyraża piękniej swego uwielbienia dla parzonej w inny, niż na całym świecie sposób kawy, jak jowialny Peppe Barra…… Nikt lepiej nie oddał jego zmysłowości i miłości do życia, promienności, radości. Nie można o Neapolu myśleć, pisać, mówić i śpiewać inaczej, jak tylko w zachwycie. Turturro mówi: „Są miasta, które wystarczy odwiedzić raz. I jest… Neapol ;-)))))”

Gdzie bowiem intensywniej smakuje życie niż w mieście u stóp śmiercionośnej i jednocześnie życiodajnej góry. U podnóża wulkanu, który każdego dnia, każdej minuty przypomina neapolitańczykom, że należy chwytać dzień, uparcie, kosztować życia, zachłystywać się nim, tańczyć je, konwulsyjnie, kompulsywnie, do utraty tchu się w nim zatracać. Nikt nie robi tego lepiej niż oni. Nikt nie jest lepszym nauczycielem, niż krążąca w urodzie smukłych stożków, legenda unicestwienia.

„Wbrew Twojej woli miasto to stoi

Oszalejemy w twojej mocy

By jakoś przeżyć, jedyny sposób, to uciec stąd

Ale dokąd?

Nim słońce się uniesie

Lawa i ogień z twojego wnętrza wystrzelą, spłyną ulicami

O, tak potężna jesteś góro nieszczęść!

Ciągle nam niesiesz drżącą śmierć.

Wrze w tobie lawa i tańczą płomienie

Moje życie góro, zależy od Ciebie.

W teatrze dekoracji pamiętających splendor władzy, pożary, najazdy, zarazy, śmierć, korupcje, mafijne porachunki, zakazaną miłość, aż po upadek, trzeba się zanurzyć. Neapol, rwący jak nurt górskiej rzeki, porywający tego kto na chwilę przystanie zdumiony, niosący ze sobą energię wody i szlam zagarniętego zbocza, trzeba wbrew powierzchownemu pędowi smakować powoli. Od kamienia do kamienia, od pierwszego, obezwładniającego kęsa pizzy po ostatni obezwładniający łyk smolistej, gorącej jak tutejsze emocje kawy. W rozpiętości uczuć i smaków Neapolu doświadczysz całego życia i wszystkich rozdziałów historii. W Neapolu gorliwie wierzy się w moc relikwii w takim samym stopniu, jak w moc cornetto portafortuna, dlatego na tutejszych bazarach,  na tym samym sznureczku z krzyżem znajdziesz podkowę i ową słynną „papryczkę”.

Od czego zacząć? – Od miejsca, w którym właśnie stoisz. My zaczynamy od metra, z którego przepełnionych do granic możliwości wagoników widać słynne „żagle”. Do niedawna neapolitański pępek mafijnego świata. Symbol największego miejscowego problemu i zarazem plener wielu filmowych i autentycznych, codziennych mafijnych aktów niejednej tragedii i niejednej transakcji. Żelbetonowe, charakterystyczne wysokościowce dyskretnie pokazane nam przez Magdę, robią wrażenie. Udało nam się je jeszcze zobaczyć, (piszę udało, bo niedawno padła kontrowersyjna decyzja o ich wyburzeniu). Camorra to jedna z neapolitańskich tożsamości. Nie ma od niej ucieczki, to część tego świata, a w mniejszych miasteczkach, otaczających Neapol pierścieniem lub bardziej w tym wypadku pętlą, jest to główny bohater codziennych zdarzeń i główny reżyser miejscowych losów. Ale to ćwiczenia z tożsamości dla tutejszych, dla przyjezdnych Neapol twarz ma umorusaną lecz pełną wdzięku, jak podwórkowy łobuziak. Gdzie najpierw Cię zaprowadzi? Do świata opowieści – na San Gregorio Armeno.

Ruiny – czyli szkielet neapolitanskiej szopki, fot. noszkaPon, maj 2017
San Gregorio, fot. NoszkaPon, maj 2017

Uliczne abecadło historii tego miasta. Wiosną, latem, czy zimą wjeżdżasz tu w sam środek Bożego Narodzenia. To świat neapolitańskiej szopki, tak kompletnie różny od znanej nam, kolorowej, staniolowej, krakowskiej kosmogonii. Inny także z powodu trwałości. Podczas gdy krakowska szopka jednorocznie odsłania swoje oblicze w porze grudniowego kwitnienia, tak w Neapolu – jak wszystko tu – szopka jest tworem życia, bowiem budujący szopkę, tworzy swoją jedną niemal przez całe życie, dokupując u okolicznych artystów i rzemieślników poszczególne rozdziały tej opowieści. I tak jak w życiu, szczególnie tym południowowłoskim, znajdziesz w szopce neapolitańskiej wszystko – i architekturę i pizzę i rozkrzyczane dzieciaki i polityków i celebrytów, a obok kurnika i zarzynanego prosięcia są aktorki i święci. Czasem wręcz trudno znaleźć Dziecię z Marią, Józefem i osiołkiem, bo życie w tej neapolitańskiej wersji inaczej rozkłada priorytety. Światy to niezwykłe, porywające, wciągające w swoją narrację,  jak całe to szalone miasto. Pracownie szopkarskie produkują, wytwarzają niemal całodobowo, są bezczasowe i poza czasem zanurzone w rękodzielniczej tradycji przekazywanej pokoleniowo. Figurki, przedmioty, ruiny, bo sztafaż z ruinami jest obowiązkowy, zwierzęta. Zręczne palce rzemieślników stwarzają całe światy, w których przeciskamy się my Guliwerzy, nie dowierzając, że to wszystko istnieje naprawdę. Nad wszystkim czuwa wszechobecny Pulcinella czyli Poliszynel i wspomniany karmazynowy cornetto rosso portafortuna. Neapol bez Pulcinelli to jak Kraków bez smoka, a Pulcinella bez cornetto, to pulcinella, który ma pecha ;-). Nie chcesz mieć pecha? Musisz mieć cornetto!

Cornetto wyglądający jak peperoncino jest w Neapolu wszędzie, dosłownie. Nie tylko na straganie w witrynie, w samochodzie, nad wejściem do sklepu, baru, restauracji, ale nieomal w każdym neapolitańskim i nie tylko portfelu. To symbol powodzenia. Niegdyś wykonywany z korala, dziś z plastiku sprzedawany w pojedynczych egzemplarzach lub w całych naręczach, chroni, podobnie jak w innych krajach oko proroka, przed złym okiem człowieka ;-). Taki prywatny róg obfitości, też mam 😉

Pulcinellich dostatek,, fot. NoszkaPon, grudzień 2017
Pulcinella, z rogiem i zawsze otwartym antycznym teatrem Neapolu 😉 fot. Paweł Kubisztal, maj 2017
Wzmocnione rozpromienianie putta ;-), fot. Paweł Kubisztal, maj 2017
;-)))))))) fot. Tymek, maj 2020

Na Neapol dobrze jest spoglądnąć z góry – wtedy, choćby pozornie wydaje się, że jest się w stanie ogarnąć nie tylko spojrzeniem tę nawałnicę życia, wymykającą się pojęciu  i uwadze w kakofonii dźwięków, obrazów i rozgrywających się wokoło scen.  Dystans przydaje się udręczonej bodźcami miasta duszy i zmysłom nienawykłym od natłoku wrażeń, które w każdym możliwy sposób zapewnia Neapol. Potrzeba tu dystansu i potrzeba tu ciszy.

I jest takie miejsce, jest ich w Neapolu więcej, ale te dwa trzeba zobaczyć na pewno. Można z nich spojrzeć w twarz dwugarbnemu smokowi z lawą. Można dotrzeć do nich, pieszo mijając poszczególne dzielnice jak odmienne planety. Nagroda jest warta wysiłku. Jedno z takich wzgórz, które odwiedzaliśmy za każdym pobytem, to to, z Zamkiem San`t Elmo i  Certosa di San Martino – czyli klasztorem kartuzów. Stąd rozciąga się jeden z najpiękniejszych widoków na miasto, Zatokę Neapolitańską i bohatera złych legend czyli Wezuwiusza. Sam klasztor zastygły w opowieści o przemijaniu z wszechobecnymi memento mori – czaszkami rozbijającymi sielskość wirydarzy, wart jest wizyty. Z pięknym kościołem, imponującą gigantyczna szopką w tutejszym muzeum, klasztornymi statkami i powozami. To właśnie w ogrodzie kartuskiego klasztoru wyśpiewuje swój przejmujący bunt, rzucając prosto w serce wulkanu oskarżenia, wspomniana wyżej Monica Pinto ze Spakka Napolis 55 w filmie Johna Turturro „Passione”.

Neapol,,maj 2017, fot. Paweł Kubisztal
Gesu Nuovo ze swoją najeżoąa fasadą, fot. Paweł Kubisztal maj 2017

Inna znakomita panorama rozciąga się ze Wzgórza Capodimonte – z parku okalającego wypełnionego sztuką Muzeum Capodimonte. Kto tu już dotarł pokonując wiele wzgórz, na i wśród których kryje się przed złym okiem Wezuwia Neapol, powinien spędzić tu dzień. Nie mamy dnia, a docieraliśmy tu długo gubiąc się po drodze, odnajdując i zachwycając i jesteśmy świadkiem jak góra połyka słońce. Wiadomo skąd w niej ten żar, ta lawa, ta gorączka. Kto chce spojrzeć na Wezuwia z poziomu plaży – niech mknie na miejski deptak, z Capodimonte można przejść przez elegancką bardzo i bardzo snobistyczną, drogą dzielnicę Vomero i nad wodą napawać się widokiem żaglówek oraz uroczych ubogich rybackich łajbek wzdłuż Lungomare Caraciollo. Miniemy Zamek Jajeczny i dojdziemy deptakiem do Pałacu Królewskiego. Po drodze miniemy tysiąc restauracji, w których na pewno warto zjeść, setki kościołów, które na pewno warto zobaczyć, także w środku, setki pięknych fasad i uroczych zaułków, wśród których, są tak odrapane, pokryte graffiti, tak odarte ze swego splendoru, że w tym wszystkim porażająco urokliwe. W uliczkach Dzielnicy Hiszpańskiej nie ominie nas spotkanie ze słynnym neapolitańskim praniem, odsłaniającym bieliźniane gusta mieszkańców kwartału. Z miłości do motoryzacji miasto w większości pozbawione jest chodników, co powoduje , że w groteskowo płochliwej próbie ucieczki przed szaleńczym skuterem wylądujemy twarzą prosto w świeżutkich, pachnących mydlinami barchanach. Linki i sznurki siecią czystości oplatają bowiem nie tylko nieboskłon ale i widnokrąg uliczek. Bezgraniczna miłość do Maradony (!) i do Chrystusa zbliża do siebie te postaci zamykając je w jednym ołtarzyku, na jednym podwórku. Ale nigdzie nie ma (a byliśmy prawie wszędzie w Włoszech) takiej pizzy jak w Neapolu. Nigdzie nie ma tylu barokowych aniołków, które w rozdziawionej z zachwytu nad urodą miasta buzi mają wetkniętą współczesną, energooszczędną żarówkę, nigdzie nie widzieliśmy tylu torebek Prady i tylu szalików Burberry do kupienia w jednym miejscu, w cenach na naszą kieszeń i niższych. Nigdzie tylu sprzedawców nie oferowało tylu pak markowych okularów i nigdzie nikt głębiej nie spoglądał mi w oczy wzdychając przy tym Mamma mia czy bella!

Zaułki Neapolu, fot. NoszkaPon, maj 2017
Fot. NoszkaPon, maj 2017, Neapol

Nigdzie indziej nie otaczał nas taki chaos bezwład i bezład w traktowaniu przeszłości. Nigdzie indziej z taką lekkością nie mieszka się w renesansowych murach, nie wiesza się gatek nad średniowiecznym portalem i nigdzie tak obojętnie nie siada się z papierosem na zydelku kibicując podwórkowym meczom rozgrywanym pomiędzy barokowym fryzem, a renesansową rzeźbą zmarłej, bezwodnej fontanny. Sztuka jest tu ze wszech miar użytkowa, życie toczy się codziennością pomiędzy wiekami i okresami architektury. Oddycha się tu atomami historii i dzieł wielkich mistrzów. Wielość i nadmiar trawi czas i obojętność codzienności. Czy stąd u Włochów ta miłość do detalu, ten znakomity gust, ta słabość do błysku i do elegancko skrojonej, noszonej jak druga skóra marynarki? W metrze najmniejszy mieszkaniec Neapolu ma fryzurę, ma marynarkę i gustownie omotany wokół filigranowej szyi szaliczek i spojrzenie zalotne, zadziorne, czarnookie.

Wszyscy święci z Neapolu ;-), fot. Paweł Kubisztal grudzień 2017
Ta neapolitańska pizza to od grudnia 2017 światowe dziedzictwo, fot. Paweł Kubisztal , grudzień 2017
Wizytówka miasta ;-), fot. Paweł Kubisztal, maj 2017, Neapol

Kościoły Neapolu to splendor wiary równy splendorowi życia. Zachwycające wnętrza, oszałamiające dzieła sztuki i równe życiu tajemnice śmierci w skrywających je podziemiach. Na wszystkie trzeba by kilka żyć, ale kilka z nich odwiedzić należy koniecznie. Opodal San Gregorio znajdziemy XVII-wieczny kościół  Gesù Nuovo lub inaczej Chiesa della Trinità Maggiore z fasadą najeżoną magmowymi kolcami, mającymi przyzywać i kumulować dobre moce. Kościół jednak jakby zadając kłam pomysłowi  budowniczego przeżył wiele nieszczęść z pożarami i bombardowaniem włącznie. Nie widziałam dotąd takiej ilości relikwii, jak w bocznej kaplicy tego niezwykłego kościoła. Olbrzymie wnętrze pokryte jest jasno-karminowym marmurem, dostojne i bardzo bogato ozdobione. Kościół sąsiaduje z majolikowym cacuszkiem jakim są krużganki klasztoru św. Klary, ocalałe szczęśliwie przed bombardowaniami, radośnie prezentują motywy roślinne, sceny z życia w żółto-zielonych i niebieskich radosnych kolorach podkreślających urodę ogrodowej zieleni.

W Neapolu trzeba zawitać do Muzeum Archeologicznego. Bez tej wizyty miasto nie pozwoli nam odczytać i zrozumieć siebie i swego szacunku do potęgi wulkanu. Trzeba odwiedzić targowiska ryb i przyglądać się jak łakome dzioby mew rozszarpują „dusze” patroszonych ryb. Trzeba spróbować słodkiego, smażonego arancino i opływające tłuszczem babà z rumem czy najpopularniejszym tu limoncello zjadanych w krajobrazie śmietnisk i starożytnej mozaiki. Można to tylko porównać z jedzeniem pad thal pośród indyjskiego stada krów na stopniach świątyni sprzed dwóch tysięcy lat. Neapol jest głośny, bo tu szepcze się tylko słowa modlitw lub zaklęcia miłosnych uniesień. Pomiędzy tymi nawiasami istnieje nieskończoność melodii tutejszego świata, do którego przybywały statki niewolników, kupców, awanturników, żeglarzy, obieżyświatów i świętych. Co przynieśli – zostało i teraz można tego słuchać. Nie napiszę o cmentarzu Fontanelle, bo czekam na inna okazję, a będzie. Nie napiszę o dziełach wielkich mistrzów, jedźcie i  zobaczcie sami, nie opiszę lekkości całunu kryjącego kamienne słynne ciało Chrystusa, bo nie widziałam, nie opiszę braku ładu, logiki i zasad, bo ich nie ma, bo żeby to zrozumieć i polubić, to trzeba być Magdą, Monika lub ciocią Martą. Dlatego kocham Neapol. Za ten nadmiar, za bujność i przesyt, horror vacui i miłość do życia, za niemożność opowiedzenia, za nieskończoność emocji, za muzykę no i za pizzę. Zgubiłeś się? Bilet z przelotem nad kraterem może pomoże Ci się na nowo odnaleźć, gdy już się tam na miejscu zgubisz ;-)))).

Neapol, fot. Paweł kubisztal, grudzień 2017

Przeżyliśmy w Neapolu i okolicach wiele, nieomal wszystko, Wezuwiusz i duchy Pompei pokazały nam czym jest życie, radość strach, a wybrzeże Amalfi czym jest dolce vita i będzie o tym pewnie kolejna opowieść. Zabierajcie zatem mamy i ruszajcie w to Miasto Absolutne by tropić z Turturro „pieśni szybujące ponad domami jak ptaki”…

A film o Nepaolu jest arcydziełem i tutaj go można zobaczyć: https://ninateka.pl/film/passione-john-turturro

Neapol, maj 2017, fot. Paweł Kubisztal

3 thoughts on “Maradona i Chrystus na jednym ołtarzu – Neapol”

  1. Magdalena Maria Broton

    Mela fantastyczny opis Neapolu! Mieszkam tu ponad 27 lat i tak jeszcze niente poznalam tego miasta dobrze . Twoj opis oddal dokladnie charakter,zapach, halas i panorame tego miejsca. Czekamy na was!!!!

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.