Można już organizować wesela! Nawet do 150 osób podobno. Dla jednych bardzo dobra wiadomość, dla innych – słabo, bo co to jest 150 osób, gdy robi się to coś, powiedzmy jeden raz na całe życie 😉 Oczywiście przekomarzam się, choć nie do końca, bo tak sobie myślę o takim indyjskim weselu. 150 osób, to jest bardzo niewielka liczba osób… Te wesela indyjskie to w ogóle historia na grubą książkę. Widzieliśmy wiele, a i tak ciągle było nam mało. Ten rozmach w dekoracji, stroju, muzyce, jedzeniu, to szaleństwo, ten Pan Młody na koniu niczym maharadża, który jedzie przez miasto do miejsca zabawy, ta Panna Młoda prowadzona przez kobiety lub niesiona w lektyce. Te niepojęte rozmiary przestrzeni weselnych, niemal jak stadiony, te nieograniczone ilości jedzenia i picia – prawie zawsze wegetariańskiego i ta muzyka, którą słyszy cała okolica i podczas przemarszu weselników i podczas samej imprezy. Ktoś lubi bollywoodzkie produkcje? – to mniej więcej, jak w finale takiej produkcji to wygląda, głośno, tłoczno, muzycznie, tanecznie i na bogato! Weselisko trwa kilka dni, podczas których odbywa się mnóstwo rytuałów, zwyczajów, łącząc tradycję ze współczesnością. Proszę Państwa – indyjskie wesela, to są wesela! Najpierw słychać ogłuszający dźwięk chaotycznych bębnów, dęciaki na wysokich rejestrach. Słychać zewsząd wydawałoby się, rozglądasz się i nie wiesz co, skąd, o co chodzi, co się dzieje. Hałas okrutny, no jakaś zabawa, demonstracja?! Ale kto, co, gdzie?

Powoli zaczynam kojarzyć wszystkie opowieści o indyjskich weselach, które rejestrowałam podczas przygotowań do naszej wielkiej indyjskiej przygody. Że z przytupem, że parada przez całe miasto, że auto z olbrzymimi głośnikami towarzyszy tej paradzie, tak wielkimi, aby całe miasto słyszało, ze nadchodzi szczęście. Z tym szczęściem to jest różnie – bo małżeństwo to zaaranżowany kontrakt poprzedzony dogłębnym, rozglądaniem się, łącznie z anonsami w prasie i wśród własnej kasty, a potem życie w różnych czasem bardzo trudnych scenariuszach, także związanych z zakazanym niby w Indiach, procederem posagu. Życie z czerwonym przedziałkiem na włosach, na znak, że już po panieństwie i dużą ilością bransoletek i pierścionków na palcach u nóg.
Ale na razie jest barwnie, kolorowo i głośno, więc wróćmy do zabawy 😉 Wszystko się zgadza, potwierdzam w momencie, gdy dopada nas pierwszy orszak jeszcze w Dehli. Czerwone złotem haftowane i drogimi kamieniami sztucznymi lub prawdziwymi, w zależności od statusu rodziny sari, dłonie do ramion pokryte przepięknym mehendi, którego wzory mają być wróżbą dostatku i szczęścia. Panowie wodzireje i członkowie orkiestry w bajkowych, kolorowych i szykownych strojach, a Pan Młody na koniu w turbanie i z szablą dumnie omiata wzrokiem zebranych gapiów, podziwiających i zszokowanych turystów. Jesteśmy, rzecz jasna, w tej ostatniej grupie. Dla orszaku nasza biała rozdziawiona ze zdziwienia twarz, to samo dobro dla wesela. Może się zdarzyć, że nawet nie wiedząc kiedy, możesz się stać jego częścią, na weselisku bowiem bawi się nie tylko bardzo liczna rodzina, ale i bliżsi i dalsi znajomi i znajomi znajomych.
Kolejne orszaki przydarzyły nam się w kolejnych miastach, nawet w środku nocy, w takim nigdzie, gdy podążaliśmy rozjeżdżoną ciężarówkami drogą z lotniska w Udaipurze do skrzyżowania, z którego miał nas do centrum miasta zabrać jakiś autobus widmo Stojąc w tym nigdzie, na tym rozdrożu, dudniła weselna muzyka gdzieś ze środka indyjskiej wioski. Indyjskie wesela nie mają sal weselnych, bo nie ma takich sal. To są ogromne przestrzenie na wolnym powietrzu – namioty mieszczące kilkaset osób, stoły na ziemi, wokół których gromadzą się goście, jeszcze zanim przybędą młodzi. Na środku takiej przestrzeni jest scena i trony dla królów tej uroczystości – Państwa Młodych. Te miejsca weselne widać z daleka, są szaleńczo przystrojone – w zależności od zamożności rodziny Pani Młodej, która finansuje wesele. Widzieliśmy takich wiele, widzieliśmy nawet w szczerych polach takie place weselne, przystrojone girlandami, kwiatami, tkaninami.

Widzieliśmy także miejsce, o którym weselnie marzą Hindusi z północy, a może i z południa – trzy wytworne i niebotycznie drogie miejsca weselne w radżastańskim Udaipurze.
Słynne, najbardziej romantyczne z miast na północy Indii w barwnym Radżastnaie, modne wśród indyjskiej klasy średniej – Udaipur, nazywany także Wenecją Wschodu. Uznawany jest za najpiękniejsze miasto w całym Radżastanie. Jest rzeczywiście inne niż inne, jak na Indie wyjątkowo spokojne, dostojne, eleganckie, latem, dzięki położeniu, chłodniejsze. Nie zamęczają tu sprzedawcy sztucznej paszminy, nie nękają rikszarze, jest jak na Indie stosunkowo czysto i ciszej. No chyba, że jest wesele!
Udaipur, jest chyba najrzadziej odwiedzanym przez turystę dużym miastem Radżastanu. Błękitny Jothpur owszem, różowy Jaipur zawsze, pustynny Jajsalmer też , ale biały, wytworny Udaipur, położony nieco na skraju Radżastnau odwiedzają niektórzy. A warto, bardzo, bo to piękne miasto, w górach Arawali, położone nad jeziorem Pićhola, słynie ze swej wytwornej, eleganckiej architektury, piękna przyrody, jak na indyjskie warunki, porządku i harmonii. Ale także z powodu wesel, zwłaszcza ostatnio z powodu jednego…

Są w Udaipurze trzy miejsca, w których każdy Hindus, a może nawet każdy, chciałby zorganizować swoje przyjęcie ślubne. Ale nie każdy może – w grę wchodzą poważne sumy, bardzo poważne. Jedno z nich związane jest z maharadżami zwanymi tu maharanimi, drugie z brytyjską królowa Elżbietą i Jamesem Bondem, a trzeecię z tym, że jest piękne i drogie. To pierwsze, znajduje się w sercu miasta, zacznijmy zatem od niego. Oto przed nami wystawny bielą i koronką architektury, dostojny, elegancki jak cały Udaipur i zarazem potężny jak twierdze Radżastanu, City Palace lub Niwas Palace. Kompleks pałaców, największy w całym Radżastanie, budowany przez 400 lat. Nabrzmiałą od detali architektonicznych – wieżyczek, kopuł, balkoników – fasadę, wytworną, piękną, białą w środku dnia, a o zachodzie słońca kremową, ma zwróconą ku tafli jeziora. W nim jak w lustrze, pałac codziennie się przegląda, upewniając się codziennie, niczym królowa ze „Śnieżki” braci Grimm, o swojej urodzie. Gdy jezioro wysycha, a tak się zdarza latem, pozostają mu tylko zachwyty przybywających pod jego potężne mury. Budowę tego wspaniałego kompleksu rozpoczął założyciel miasta Maharania Udaj Singh i pomimo, że pałac potem rozbudowywali budowali jego następcy, a następnie następcy jego następców, dbali z troską aby zachowane zostały cechy stylistyczne pierwszej budowli, stąd do dziś pałac urzeka i zachwyca jednorodnością architektury, a przez to harmonią i urodą. Wnętrze pałacu jest dziś muzeum, które pokazuje namiastkę luksusowego życia maharanich i potęgę ich władzy. Indyjskie muzea to osobna opowieść o specyficznym pojmowaniu pojęcia eksponatu, ale to temat na inną opowieść. Kolejne budynki kompleksu połączone są ze sobą labiryntem przejść korytarzy, korytarzyków, dziedzińców i pałacowych ogrodów Z okiem pałacu rozciąga się wspaniały widok na góry, miasto i wodę. Nic tylko być maharadżą . Dziedzińce pałacu są wynajmowane rodzinom indyjskim na ich weselne brewerie. Huczne imprezy z setkami gości odbywają się w blasku kryształów, świec, jedwabiów, złota i wszelkich maharańskich wytworności. Tradycji staje się zadość, bowiem niegdyś właśnie przed bramą wejściową do pałacu, złożona z ośmiu sklepień, ważono kolejnych maharadżów, by następnie poddanym rozdać tyle złota i srebra ile ważył wstępujący do pałacu władca.


Nieopodal, co podajemy z kronikarskiej rzetelności, bo to miejsce wyjątkowe, a więc tak może ze 150 metrów od pałacu, znajduje się przepiękna XVII-wieczna świątynia Jagdish, poświęcona Wisznie. Jej wejścia po stromych 32 schodach pilnują dwa słonie. A nierzadko siedzący przy nich sadkhu w pomarańczowych szatach. Szlachetny oczopląs i niekończący się zachwyt nad maestrią tutejszych artystów rzeźbiarzy i nad skomplikowaniem opowieści hinduizmu, podobnie jak i w innych świątyniach Indii, towarzyszy nam i tu.

Z zachwytem, zaciekawieniem dokarmianym opowieściami miejscowych, wpatrywaliśmy się w śnieżnobiałe, wytworne zabudowania wyspy Jag Niwa. To najbardziej znana spośród wysp jeziora Pichola. Bo tu właśnie znajduje się najbardziej ekskluzywny i podobno oczywiście najdroższy hotel na świecie. To tu mieszkała podczas pobytu w Udaipurze brytyjska królowa Elżbieta II, pałac też stał się jednym z plenerów jednego z filmów z bondowskiej serii o wdzięcznym tytule „Ośmiorniczka”. Mieszkańcu Udaipuru są z tego faktu bardzo dumni, opowiadają o tym wydarzeniu, wskazując życzliwie na pałac, a zaraz potem na swój sklepik, knajpę czy stragan, zapraszając do transakcji. Taki to już indyjski zwyczaj – jak rozmowa – to transakcja. Właśnie w tym niebotycznie drogim hotelu wskazywanym indyjskim placem interesu czyli w Lake Palace obyło się w grudniu 2018 roku najsłynniejsze na całym świecie – bo najdroższe na świecie, indyjskie wesele. Obecni byli na tej głośnej dosłownie i w przenośni imprezie, między innymi byli szefowie Departamentu Stanu USA John Kerry i Hillary Clinton oraz wielu indyjskich celebrytów, a weselnym gościom zabawę umilała słynna Beyonce. Kto się w takich okolicznościach żenił lub wydawał za mąż? Córka najbogatszego Hindusa. I nie była nią córka obecnego właściciela nowohuciańskiego Kombinatu – Pana Mittala, choć ta rodzina była obecna na słynnej imprezie. Za maż wychodziła Isha, córka najbogatszego Hindusa Mukesha Ambaniego. Wesele kosztowało 100 milionów dolarów i trwało tydzień – niemal jak porządne góralskie 😉

„Pałac na Jeziorze”, luksusowa budowla z XVIIII wieku zgromadził taką ilość weselnych VIP-ów, że wynajęto wszystkie okoliczne najbardziej luksusowe hotele, do których gości przywiozło 1000 limuzyn . Udaipurskie lotnisko przyjęło 50 samolotów z gośćmi. Starą część miasta zamknięto dla mieszkańców i turystów, zamknięto jezioro, planowano nawet wypompowanie wody i oczyszczenie jej, aby goście mogli zażywać kąpieli. Poprzestano jednak na przejażdżkach łódkami. Dla gości wynajęto okolicznych bazarowych sprzedawców, aby na terenie weselnej wyspy urządzić bazary dla gości. Oprócz prestiżu i rozgłosu Udaipur jednak – jako miasto oraz jego mieszkańcy na tej zabawie możnych i wielkich nie skorzystali zbyt wiele. Ubodzy nadal byli ubodzy, nędzarze umierali na ulicy równie niezauważenie wraz z zagłodzonymi, kalekimi psami, tyle, ze działo się to już poza obrębem polukrowanego świata zamożnych i tak jest i dziś. Pozostała sława miasta, prestiż hotelu, plotki w serwisach plotkarskich świata.

Pozostał, niezależnie od weseliska urok Udaipuru, jego osobność i uroda. Pozostało coś jeszcze, przywieziony przez nas oczywiście w prezencie, a jakże ślubnym słoń – cudna miniaturka namalowana na jedwabiu – symbol siły, szczęścia i powodzenia. Powędrował do Kasi i Mirka w stosownej ślubnej chwili.
Ostatnie z prestiżowych miejsc to wyspa Jag Mandir z XVII-wiecznym hotelem, równie luksusowym co poprzedni, lecz mniejszym, ni i bez tak sławnej weselnej historii. Na obydwie wyspy można udać się łódką pod warunkiem, że akurat nie ma tam królowej, Beyonce lub nie kręcą Bonda.


Urodę Udaipuru dobrze jest zamknąć w perspektywie górskich szczytów. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zdobyli przynajmniej jednego. Nie był to ten z Monsoon Palace, obecnym we wielu folderach, był to ten, na który można wejść, albo wjechać kolejką Warto w porze zachodu słońca, szepnął nam zaprzyjaźniony Kaszmirczyk. Rzeczywiście tamtejszy „sunset point” oferuje niezapomniane widoki na tę „Wenecję Wschodu”. Cisza, otoczenie przyrody, rozedrgane plamą świateł białe koronki udaipurskich pereł architektury, zapach nagrzanego słońcem późnego wieczoru. Znaleźliśmy niemożliwe do znalezienia w Indiach – wytchnienie od zgiełku, wiecznej obecności innych, tłoku i emocji jakie niesie z sobą wyprawa do tej części Azji. Ale, ale nadchodzi noc i…bańka ciszy pryska, w oddali słychać dzikie dźwięki indyjskiej radości, zbliża się 23.00, na wielu indyjskich weselach do namiotu zbliża się orszak panny młodej. Królowie szczęścia w komplecie zaraz zasiądą na weselnych tronach. Trwają przecież weseliska – wszak to piątek dzień indyjskich wesel, a może to wtorek, dzień indyjskich wesel a może czwartek?…


Melanio, świetny artykuł! Opowiesz coś więcej o indyjskim pojęciu muzealnego eksponatu? 🙂
Dzięki Asiu, opowiem, zbiera mi się 😉