Cud w 100 metrowej oprawie-Orvieto

Budowli nie widać z dołu, nawet z wagonika funicolare, która wiezie przybyszów na umbryjską górę, na której  rozsiadło się miasteczko, nie widać. A jedzie się tam właśnie dla niej. I gdy już ją zobaczysz, to długo Cię ten widok nie opuści. Nie pamiętam budowli z równą mocą rozdzierającej przestrzeń wokół siebie, niż właśnie katedra w Orvieto. Ten włoski, tak swoisty gotyk płomienisty, obłożony złotem, malachitem i maestrią zdobień przyprawia o bezdech i zawrót głowy. Katedra wypełnia plac wzdłuż, wszerz i na boki, zdaje się nie mieć końca i dźgać niebo ostrzami fasady. Jest wszechobecna, jej ciężar, majestat, jej cienie ścigają przybysza w każdym zakątku miasta. Słusznie pisał Herbert o jej nieustającej obecności, o niemożności pojęcia jej potęgi, o kunszcie budowniczych. Dlaczego wędrujemy do Orvieto?

Santa Maria Assunta – katedra w Orvieto, fot. Paweł Kubisztal, 2007 r.

Okazja jest jak najbardziej na miejscu – niedawne Boże Ciało, znajduje w Orvieto kulminację, której uosobieniem jest jedna z najpiękniejszych włoskich katedr.  Nie widziałam procesji w Orvieto, ale podobnie jak większość z nas mam w oku i nozdrzach te pachnące kadzidłem i świeżymi płatkami róż, czerwcowe czwartki. Te procesje z orkiestrą, dźwiękiem trąb, dzieci z kwiatami, chłopcy dzwonkami, feretrony, chorągwie, a w Krakowie jeszcze zakony, Rycerze Maltańscy, Bracia Kurkowi, wszelkiej maści stowarzyszenia mniej lub bardziej historyczne. Spektakularny obrzęd. Tłumy na ulicach. I zawsze do procesji upał, a po spektakularna burza. Nie widziałam takiej w Orvieto, ale zobaczyłam w uroczym Orvieto, to, skąd wzięła się tradycja procesji Corpus Christi. Katedra przechowuje, bowiem jedną z ważniejszych katolickich relikwii – korporał z krwią, która miała wypłynąć z hostii niesionej przez wątpiącego w świętość Eucharystii kapłana Piotra w nieodległym Bolzano w 1264 roku. Cud miał mieć miejsce za czasów papiestwa Urbana IV, przebywającego w tym czasie właśnie w miasteczku Orvieto. I to ten papież ustanowił święto Bożego Ciała, choć nakaz procesji bullą wprowadził dopiero w XV wieku papież Marcin IV. Dlaczego więc to katedra w Orvieto jest pamiątką tych wydarzeń? Dla tak znaczącego cudu potrzeba było godnej oprawy, stąd papież Urban IV, po zbadaniu sprawy, nakazał oprócz obchodów święta, zbudowanie katedry, w której przechowywany miał być i jest do dziś korporał z 27 śladami krwi.

Jest wszędzie, fot. Paweł Kubisztal, 2007, Orvieto

Zaiste budowla jest godna. Ma 100 metrów długości, 40 szerokości, a fasada ma 55 metrów wysokości. Jesteśmy we Włoszech, to są tutejsze proporcje. Potęga katedry wymyka się pojęciu,podobnie jak ów cud. Przytłacza, zachwyca, wreszcie wzrusza. Imponująca fasada magnetycznie przyciąga, nie można się od niej uwolnić, jest jak wyhaftowana w marmurze, hipnotyzuje i wciąga w treści. jesteśmy jak średniowieczni pielgrzymi nanalfabeci, którym fasada jak wielka księga snuje opowieści o grzechu i o zbawieniu.  Aby to umbryjskie arcydzieło włoskiego gotyku mogło powstać, zburzono aż dwa kościoły. Architektów tego kamiennego sukcesu było kilku, wśród nich dwa najsłynniejsze nazwiska Arnolfo di Cambio,budowniczego florenckiej katedry, a także Lorenzo Maitani ze Sieny, autor florenckiego Palazzo Vecchio. Budowa katedry trwała 300 lat. Jej imponującą zewnętrzną fasadę z trzema portalami zdobią: rozeta otoczona postaciami świętych i płaskorzeźbione sceny biblijne. Ta „biblia pauperum” przenosi wzrok patrzących w odległe czasoprzestrzenie biblijnych historii, zrozumiałe niemal dla wszystkich. Bardzo lubię wracać do opisu Orvieta, autorstwa Herberta – wprawne oko miłośnika sztuki przekłada swój zachwyt na maestrię słowa i dopełnia je dowcipem. „Fasada była dla Włochów kolorową procesją nieco przesadną jak opera z chórami rzeźb, mozaik, pilastrów i wieżyczek, a Orvieto jest na pewno jednym z najbardziej uderzających przykładów malarskiej koncepcji architektury. To właśnie sprawia trudną do oddania mieszaninę zachwytu, zażenowania i zupełnego zagubienia w lesie kolorowych kamyków, falujących płaszczyzn brązu, złota i błękitu.”

Fasada katedry, fot. Paweł Kubisztal, kwiecień 2007, Orvieto
Haftowana w marmurze rozeta fasady, for. Paweł Kubisztal, 2007 Orvieto
Adam i Ewa z fasady katedry, for. Paweł Kubisztal, 2007 Orvieto

Wnętrze katedry Santa Maria Assunta wykonane z pasów czarno-białego marmuru (tak jak katedra w Sienie) ozdobiły najgorętsze nazwiska włoskiego quattrocenta. Słynni artyści pracowali przed wszystkim nad zdobieniem najpiękniejszej kaplicy katedry – XV-wiecznej Madonna di San Brizio. Stąd wszyscy zwiedzający najpierw tu kierują swe krok,i by w oniemieniu, przerażeniu i zachwycie pomieszanym z pewnego rodzaju zdziwieniem podziwiać sceny „Sądu Ostatecznego”. Na początku zdobił ją freskami sam Fra Angelico, odwołany wkrótce przez papieża Mikołaja do Rzymu, gdzie pilniej potrzebny był jego talent.  Kolejny wybór padł na Perugina i Antonia Viterbo, ale skończyło się na innym wielkim nazwisku włoskiego renesansu – Luce Signorellim uczniu Piero della Francesca. Ponoć okazał się wykonawcą tańszym, szybkim i jednocześnie znakomitym. Tak, wiem to było dawno…

Fort. Paweł Kubisztal, 2006, Orvieto
Potępieni i zbawieni, fot. Paweł Kubisztal, 2006, kaplica Madonna di San Brazio katedry w Orvieto

W rok zatem, powstało dzieło, będące w części kontynuacją pracy wielkiego malarza Fra Angelico i w części absolutnie będące niezależnym dziełem wyobraźni wielkiego Luki. Słynny „Sąd Ostateczny” składa się z cyklu siedmiu fresków. Ściany górnej części kaplicy szczelnie pokryte są malowidłem niezwykle ekspresyjnym, wręcz groteskowym pełnym powyginanych ludzkich ciał, dynamicznym, świadczącym o fascynacji autora anatomią i wyglądem człowieka. Wśród przedstawionych postaci znajdują się słynne twarze będące bohaterami gorących wydarzeń politycznych ówczesnych czasów – fałszywym prorokiem jest, więc największy z wrogów Medyceuszów – florenckich mecenasów Signorelliego – Girolamo Savonarola. Ten płomienny kaznodzieja, reformator, dominikanin, schizmatyk, wytykający kościołowi moralne zepsucie i w związku z tym uznanym za heretyka, skonfliktowany był także z ówczesnym papieżem. Był zatem torturowany, powieszony, a następnie spalony na stosie. Na fresku ucieleśnia więc Antychrysta. Ale nie tylko jego, Signorelli uwiecznił na ścianach kaplicy. Sportretował siebie (w kapeluszu) Fra Angelico i wiele znanych postaci swoich czasów: Petrarkę, Rafaela, Dantego, Kolumba, czy Bocaccia. O tym „Sądzie Ostatecznym” mówi się, że wręcz kunsztem przewyższa ten watykański, autorstwa Michała Anioła. Bez wątpienia ten wielki Toskańczyk wzorował się na starszym koledze – Signorellim, gdy 40 lat po nim malował dzieło swego życia w Kaplicy Sykstyńskiej. Dół kaplicy zdobią między innymi motywy roślinne, a także wizerunki poetów filozofów i ilustracjami do ich dzieł w tym do „Boskiej komedii”Dantego.

fot. Paweł Kubisztal, 2006, Orvieto

Gdzie jest zatem i hostia i korporał z plamami krwi, dla których przybywają tu rzesze pielgrzymów? Zbudowano dla nich specjalną kaplicę po lewej stronie ołtarza – Capellę del Corporale, którą malowidłami dekorował Ugolino wraz z uczniami, a które przedstawiają właśnie Cud w Bolsenie.

Po wyjściu z katedry wydawałoby się słusznym odwiedzić miasto, ale katedra nie pozwala odejść od swojej fasady. Nie szukamy jak Herbert restauracji, z której byłoby ją widać i która byłaby odpowiednio droga „przez cień, jaki rzuca na makaron”. Ale zaglądamy w malownicze uliczki i oczywiście do znajdującej się opodal słynnej studni św. Patryka. Głęboka na prawie 59 metrów, szeroka na ciut ponad 13 metrów, prowadzi na dno 248 stopniami, tak szerokimi, by mogły po nich wjeżdżać i zjeżdżać osiołki niosące naczynia na wodę. Ma dwie oddzielne klatki schodowe – jedna prowadzi w dół, druga w górę. To arcydzieło inżynierii powstało w XVI wieku, w czasie rabunku Rzymu dokonanego przez wojska hiszpańsko-niemieckie. W tym trudnym czasie, w Orvieto schronił się papież Klemens VII. W trosce o miasto, które mogłoby być oblężone, polecił architektowi Antoniemu di Sangallo Młodszemu zbudować studnię. Dzięki niej miasto na wzgórzu miałoby stały dostęp do wody.

Studnia św. Patryka, Orvieto, fot. Paweł Kubisztal 2007
fot. Paweł Kubisztal, Orvieto 2007

Studnię można zwiedzać. Klatki schodowe rozświetlają dziennym światłem, symetrycznie rozłożone łukowate okna, wybite od strony studni (wieczorami oświetla je światło elektryczne – kiedyś pewnie pochodnie). Woda w studni pochodzi od cieków wodnych, płynących pod tufowymi skałami, na których położone jest miasteczko. Z nazwą studni ponoć wiąże się włoskie powiedzenie – dotyczące rozrzutności. O kimś ze swobodnym podejściem do pieniędzy mówi, się, że ma kieszenie jak studnia św. Patryka – bez dna.

Ot tak, z lekkością skaczemy z wysokości katedralnego sacrum wprost w otchłanie studziennego profanum. È così italiano!

W stronę światła, fot. Paweł Kubisztal, studnia św. Patryka w Orvieto, 2007

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.