Doktor Plaga! – Wenecja

Czy maseczka ma szansę na karierę jako słowo roku? Na miano uciążliwości roku, to na pewno. I pomyśleć, że kiedyś zasłanianie twarzy było nielegalne i nie mam na myśli protestów czy marszów ale hulaszczą karnawałową Wenecję – zdałoby się ojczyznę maski. No bo, co innego przychodzi nam do głowy pod słowem maska? Nie maseczka, – bo ta to, wiadomo, dla poprawy urody – przynajmniej jeszcze do miesiąc temu… ale maska. Taka, co to ukryć się w jej czeluściach można z całą tożsamością, przeszłością, urodą lub jej brakiem, pozycją społeczną lub jej brakiem. Bezeceństw, szaleństw i rozwiązłości pod maską w takiej Wenecji, nie brakowało.

Maski i maseczki w Wenecji, fot. Tymoteusz Tutak, 2017

Zostawiamy w nienaruszalności wszelkie obrzędowe maski i oczywiście teatralne, bo o nich to jeszcze kiedyś. Rodzajów weneckich masek jest mnóstwo. Te najpopularniejsze, które dziś przywozi z sobą niemal każdy oczarowany pływającym miastem turysta, są pozostałością XVI-wiecznej commedii dell`arte – rodzaju teatralnego przedstawienia, opartego treścią na tzw. canvas – czyli dajmy na to takich bardzo ogólnych, szkicowych scenariuszach, które wypełniali szczegółami artyści w zależności od swojej inwencji, talentu i umiejętności. Przedstawienia pękate były od niewybrednych żartów, kopniaków, kuksańców i oczywiście intryg miłosnych. No i postaci – masek, noszących zresztą właśnie bardzo określone, charakterystyczne dla danej postaci maski. To z commedii dell`arte pochodzi słynny Arlekin, czy Kolombina, ale i słynna maska Dottore, ta z długim zakrzywionym ptasim dziobem. Ponoć całkiem niedawno ktoś bardzo dowcipny, lub zakochany w dell`arte obnosił taką po Krakowie. I nie uczynił karnawałowego faux pas, bo długi ptasi nos tej maski jest pamiątką po zarazie dżumy, jaka dotknęła Europę w XIV wieku. Proszę jak się to plecie. Wenecja była ponoć pierwszym miastem, które nie wpuszczało w swoje granice statków z zarażonymi. Te, czekały na redzie lub pobliskich wyspach poza Laguną aż 40 dni (quaranta giorni). Stąd się wzięło słowo straszak ostatnich tygodni czyli kwarantanna. A maska Doktora Plagi – straszyła przez kolejne wieki i dziś akurat przypomniała, że historia kołem się toczy.

Ten długi ptasi nos, na końcu wypchany ziołami miał chronić rzecz jasna i od wirusa i od zapachu, których zapewne w Wenecji tamtych czasów (i nie tylko) nie brakowało.. Maska do dziś wygląda nieco upiornie. Zresztą odpowiada charakterowi postaci – nieco złośliwej, przemądrzałej,  ale jak tu inaczej w wirusa – jak nie ostro? Maski w Wenecji są wszędzie, najwięcej produkuje się ich oczywiście w Państwie Środka 😉 ale na szczęście w Wenecji ciągle są i warsztaty i pracownie specjalizujące się w produkcji, a raczej wytwarzaniu ręcznym masek niezwykle kunsztownych, kolekcjonerskich. Nie kupiłam, ani takiej, ani takiej. Ale owszem, mam takie niecne maleństwo, przywiezione dwa lata temu przez Tymka, dla matki teatrologa. Co przywieźć z Wenecji–maskę! No, chyba, że ktoś złapie w sidła przystojnego gondoliera 😉

Wenecja 2017, fot. Tymoteusz Tutak

Ta moja maciupeńka jest śliczna, wręcz wytworna. Jakże ubogie w wyrazie, o historii nie wspominając są te nasze, co to na wirusa… nawet gdy kolorowe, nawet gdy o różnym kroju, to i tak taki bardziej knebel  niż dzieło, godne komedii. No ale jakie czasy taki karnawał i takie komedie😉)))

fot. Tymoteusz Tutak, 2020

A co do zakazu, to rzeczywiście – poziom rozpasania i tego co działo się w Wenecji za sprawą masek powodował, że miasto – bynajmniej nie z powodu karnawałów nazywano kloaką świata…. Napoleon zakazał więc i już. Jak tu jednak czegoś zakazać Włochom? 😉)) Stąd ta Wenecja i te maski ciągle są obecne i w czasie karnawału rozpalają zmysły wszystkich, którzy tu przybywali – gdy jeszcze było wolno.

Wenecja… no przyznam szczerze, że trzeba zobaczyć. I trudno powiedzieć kiedy najlepiej, bo zawsze są tu tłumy, może poza sezonem mniejsze, no i pustki w czasie wirusa, ale wtedy to my już nie jesteśmy tam zaproszeni. Zapraszam zatem w podróż na ekranie. Nie ma co udawać – trzeba przepłynąć Canale Grande, bo nie odbyć tej podróży, to tak jak omijać Rynek w Krakowie. To po co tu przyjeżdżać? Trzeba odwiedzić ten miejski salon, trzeba złapać vaporetto, najlepiej numer 1, bo on płynie od początku do końca kanału czyli do Placu św. Marka.

Canale Grande, Wenecja, fot. Paweł Kubisztal, 2007
Vaporetto No 1, fot. Paweł Kubisztal, Wenecja 2007
Canale Grande jak z Canaletta, fot. Paweł Kubisztal, 2007, Wenecja

Płynie bardzo wolno, bo to taki tramwaj, co to na każdym przystanku się zatrzymuje. Dzięki temu można smakować ten wenecki salon. Tłumy nieprzebrane – z tym trzeba się liczyć, ale otwórz oczy, duszę i to trzecie oko, to poczujesz piękno, czar i szyk Wenecji. Po kolei będzie wszystko, miniesz słynny Most Rialto, gustowne, bezgranicznie drogie i luksusowe hotele na wodzie, na balkonach których romantycznie odziane w gustowne miękkie szlafroczki zamożne pary popijają bąbelki z kryształowych kieliszków. Miniesz gondole i pasiastych gondolierów i momentami wszystko to będzie wyglądało jak XVI-wieczny sztych.  Nie, nie płynęłam gondolą, bo szczerze, to tak, jak po Krakowie dorożką – jakoś nie po naszemu. Ale ładnie bardzo na zdjęciach taki gondolier się prezentuje. I wiadomo, bez nich Wenecja, to nie Wenecja.

Most Rialto, Wnecja, fot. Paweł Kubisztal, 2007
Gondolier w ferworze… fot. Paweł Kubisztal, Wenecja 2007
Wenecja , fot. Paweł Kubisztal, 2007

Szczerze? Plac św. Marka – tak! Nie tylko z obowiązku. Głównym aktorem tej sceny jest zbudowana w IX wieku Bazylika św. Marka – skarbiec bezcennych dzieł sztuki i symbol łajdackiego rabunku Konstantynopola. Charakterystyczne kopuły – niektórym kojarzące się z meczetami innym z kościołem wschodnim wyglądają przepięknie. Relikwie świętego Marka – patrona miasta – mają godna oprawę. Kryją niełatwą, krwawą historię zapisaną w tysiącach dzieł sztuki, mozaik, rzeźb, kamieni szlachetnych, z których większość została skradziona w Konstantynopolu przez Krzyżowców IV Krucjaty. Mozaiki przyprawiają o zawrót głowy. Słynny Złoty Ołtarz, kapiący wprost drogocennym kruszcem, wysadzany tysiącami pereł, szmaragdów, rubinów, szafirów niby zachwyca, a powoduje jakiś dziwne uczucie zażenowania… Trudno w miejscu, które jest właściwie jednym wielkim magazynem paserskim czuć się do końca komfortowo, nie wspominając o skupieniu czy modlitwie. Chyba po raz pierwszy byłam w kościele, w którym nie czuje się obecności Boga, a podziwia się militarne, i polityczne umiejętności i pasje twórców tej nadzwyczajnej budowli – weneckich dożów. Może te tłumy, może ten ścisk, a może te zrabowane dobra. Ich ilość i ich historia, pomimo ich artystycznej wartości, czasu, z którego pochodzą (ołtarz na przykład rozpoczęto realizować w X wieku), wywołuje rodzaj zdumienia i w tym całym niemym podziwie, chyba oburzenia. Zaczyna się już od słynnej kwadrygi przed wejściem do narteksu świątyni. Cztery galopujące rumaki – kopie oryginałów, które właściwie od starożytnych czasów kradzione przez kolejnych władców sobie nawzajem, były w nieustającej rabunkowej wędrówce drodze. Galopowały przez kolejne stulecia z tą sama siłą, zachwycając kolejnych możnych tego świata na tyle, że pragnęli je mieć u siebie i to zaraz i już. Nie mogli kupić, bo nie były na sprzedaż, brali więc siłą. Gdzie te rumaki nie były – od greckiej wyspy Chios przez Konstantynopol, do Wenecji, potem za przyczyną Napoleona do Francji i z powrotem – do Wenecji. Zmęczone spoczęły w muzeum wewnątrz Bazyliki. Na fasadzie przybyłych witają równie rozszalałe ale już kopie. Ale nie ma się co dziwić temu wszystkiemu, skoro sama świątynia zbudowana została dla skradzionych relikwii – właśnie św. Marka. To zresztą dla Włochów nie pierwszyzna te uprowadzenia świętych szczątków wszak, św. Mikołaj też przybył do Bari, bynajmniej, nie w darze od mieszkańców tureckiej Myry…

Bazylika św. Marka, Wenecja, fot. Paweł Kubisztal, 2007
Wenecki lew, fot. Paweł Kubisztal, 2007
Wenecja 2007, fot. Paweł Kubisztal

Bogactwo niezmierzone tego miasta widać – tak miało być. Tak chcieli dożowie i to się wytwornie udało. Jednak z  zatłoczonego placu, zatłoczonego do granic możliwości Mosty Westchnień i kanałów zakorkowanych gondolami, w pewnym momencie chce się uciekać, najchętniej na te wyspę co to ją widać z Placu świętego Marka, ale szybciej będzie w uliczki, za rogiem.

Wenecja, fot. Tymoteusz Tutak, 2017
Wenecja za rogiem fot. Tymoteusz Tutak, 2017
Wenecja 2007, fot. Paweł Kubisztal

Tam rzeczywiście nagle – pusto! Pusto! Ktoś przemyka z pomidorami, ktoś z bakłażanem, ktoś z paczką makaronu, łódki – jak na lądzie rowery przykryte plandeką, bo właściciel albo jeszcze nie wybrał się do pracy, albo jest już w pracy i łódka czeka na popołudniową przejażdżkę do sąsiada… Życie najprawdziwsze i najnormalniejsze się kryje w zakamarkach Wenecji. A to trudne miasto. Trudno się tu żyje. To rodzaj aresztu. Zakładnicy piękna architektury i szmaragdowej wody toczą tu życie poddane przypływom i odpływom. Piłkę trzeba umieć kopać, tak, aby nie wpadła do kanału i nie wybiła szyby w okienku po drugiej stronie romantycznego mostku. chodników jak na lekasrtwo, łódka to sprzęt najpierwszej potrzeby. W ten areszt wpisane są westchnienia –  ochy i achy, bo uroczych zakamarków, mostków, okiennic, zaułków, gdzie nawet gondolier jest sam, jest tu całe mnóstwo.

Wenecja, fot. Paweł Kubisztal 2007
Wenecja – zakładnik przypływu, fot. Paweł Kubisztal, 2007
Samotność gondoliera…, fot. Tymoteusz Tutak, Wenecja 2017

Błąkaliśmy się bez mapy i bez planu. Tak tu trzeba – po swojemu zaplatać nitkę nici do kłębka Ariadny. Z tą różnicą, że nie chcesz się odnaleźć. Takie smakowanie Wenecji potrzebuje czasu, warto zatem wyłuskać, dzień, dwa, może trzy. Trzeba zaglądnąć na choćby kilka z tych 118 wysp archipelagu zanurzonego w wodach Laguny Weneckiej. Odpływamy zatem na Burano, Lido i gdzieś jeszcze…

Wenecja 2007, fot. Paweł Kubisztal
Plac św. Marka, Wenecja, fot. Paweł Kubisztal, 2007

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.