Miska w ryby – Galilea – Tabgha i Kafarnaum

Gdy schrupaliśmy wszystkie kwarantannowe jabłka i wyssaliśmy miąższ z wszystkich dojrzałych kiwi, znów pokazało się to miłe oku dno mojej kolorowej misy. Alegoryczne, syte, z cudem w tle, przeznaczonej tylko dla jedzenia, przywiezione z daleka, troskliwie z życzeniem obfitości dla całej naszej domowej drużyny. Pochodzi z Galilei.

Co jest w misce? Kosz z czterem bochenkami i dwie ryby, ułożone mozaikowo w IV wieku w galilejskiej Tabdze, aby upamiętnić słynny cud rozmnożenia chleba.

Galilea dla Europejczyka to nowotestamentowe historie. Jezus przemierzał te tereny i pozostawił po sobie wiele śladów, które chrześcijaństwo oznaczyło i które napotka każdy, kto wyruszy w tę część Izraela. O Galilei słyszał każdy, bo każdy słyszał o cudzie rozmnożenia chleba i o hymnie wygłoszonym na 150 metrowej Górze Błogosławieństw. Może nie wszyscy o  Kafarnaum, czy Górze Tabor czy Jardenicie nad rzeką Jordan, gdzie odbył się Ten słynny chrzest, co to Jan Chrzciciel chrzcił. Wszystkie te miejsca opowiadają historie ważne dla chrześcijańskiej części naszego globu. Śladów wielkich religii szukamy w różnych częściach świata – indyjskie Sarnath to miejsce narodzenia Buddyzmu, Mekka to centrum świata Islamu, a Izrael, a w tym Galilea to świat Chrześcijaństwa. My wyruszmy po chleb i po ryby.

Tabgha to niewielki rejon nad Jeziorem Tyberiadzkim znanym też jako Galilejskie lub Genezareth,  trzy kilometry od równie znanego chrześcijanom Kafarnaum. Nosi w sobie legendę rozmnożenia, dzięki której w dwóch niewielkich zagubionych świątyniach nad brzegiem jeziora codziennie zjawiają się tłumy. Z Tabghi, jeśli jest się z grupą, lub z nieodległej Tyberiady na jezioro Genezareth, wypływają liczne stateczki z turystami-pielgrzymami, których uniesienie podkarmiane jest „rybą Piotra” czyli sztucznie hodowana białą tilapią w niebotycznej, biblijno-historyczno-przypowieściowej cenie. Jezioro Genezareth, nazywane Morzem Galilejskim w maju jest gorące jak zupa. Stalowobłękitne wody otaczają Wzgórza Golan za którymi już Liban i Syria, wtedy jeszcze nie w ogniu. Powietrze stoi od upału, woda nieruchoma podrzuca wyobraźni obrazy znane z biblijnych opowieści. Burze wyobrazić sobie trudno, ale chodzenie po znieruchomiałej wodzie, może…?…

Nad brzegiem Jeziora Genezareth, Tabgha, maj 2014, fot. NoszkaPopn

Najważniejszy jest w Tabdze maleńki, uroczy Kościół Rozmnożenia Chleba. Pod prostym ołtarzem w mozaikowej posadzce tkwi cel przybywających tu tysięcy chrześcijańskich pątników – przypowieść zawarta we wzorze z kamyczków o rozmiarze 8×8 mm. To jest właśnie to miejsce, gdzie – jak głosi wieść – Chrystus miał uczynić cud i nakarmić rzesze słuchających go ludzi. Niewielkich rozmiarów obrazek kosz z czterema bochenkami i dwie niewielkie ryby. Stanowi tylko część wspaniałej mozaiki będącej pozostałością po pierwszej bizantyjskiej świątyni z IV-V wieku, upamiętniającej biblijny cud po Kazaniu na Górze.

Kościół Rozmnożenia Chleba, Tabgha, maj 2014, fot. Paweł Kubisztal

Bochenków jest cztery, choć pamiętamy przypowieść o pięciu. Piąty interpretowany jest jako chleb eucharystyczny czyli wspólnota kościoła.  Obok mozaikowego kosza jest kamień – miejsce rozmnożenia, a nad, prosty ołtarz po bokach, w nawach rozdzielonych kolumnami z korynckimi kapitelami dwie ikony. Kościół jest w zarządzie niemieckich benedyktynów. Bazylika ma trudne losy. Została zburzona przez Persów na początku VII wieku i leżała w gruzach 1300 lat, aż do lat 30. XX wieku, gdy niemieccy archeologowie dokonali jej odkrycia. Odbudowano ja w 1982 roku, dokładnie w miejscu pierwszej. W 2015 roku kościół został podpalony przez ultrancjonalistyczny ruch żydowski. Mozaika została poważnie uszkodzona. Byliśmy tam rok wcześniej, jeszcze, zanim miejsce padło ofiarą religijnej nienawiści i doszczętnie spłonęło. Zachowam je zatem w pamięci słonecznie, i pokojowo. Niedaleko, dosłownie niemal za rogiem znajduje się druga niewielka świątynia nazywana kościołem Prymatu Piotra. Zaglądamy tu trochę dla urody tego miejsca i dla kronikarskiej rzetelności. Niewielki kościółek ciemny, z wulkanicznego bazaltu, zbudowany na niewielkiej skale, niemal dotyka brzegów jeziora. Pojawił się w tym miejscu już w V w. I podobnie, jak ten od cudu rozmnożenia, został zburzony i odbudowany w latach 30. XX wieku tym razem przez franciszkanów, którzy do dziś opiekują się świątynią. To, co przyciąga pielgrzymów do niewielki budowli to głaz nazywany Mensa Christi – stół Pański. Miał przy nim jadać Jezus wraz ze swoimi apostołami. Od progu świątyni do jeziora prowadzi „12 pokoleń Izraela” – dwanaście głazów w kształcie serc, nazywanych tronami apostolskimi. Tu, jak głosi opowieść – Chrystus oddał ludzkość w duchowa władzę Piotra. Stąd wezwanie kościoła. Warto odwiedzić – dla jeziora. Jest cicho, bardzo przyjemnej atmosfery nie psują nawet raz, po raz pojawiające się autokarowe pielgrzymki – wpadają tu na chwilkę i odjeżdżają podążając ekspresem klimatyzowanych pojazdów od miejsca do miejsca bez czasu na głębszą refleksję, może czasem z minutą na fotkę. My mamy czas, bo go sobie wybraliśmy i tak się złożyło, że poruszamy się niemal ślad w ślad za biblijnymi historiami, bo to taka ziemia, poza nimi właściwie nic tu nie ma.  Toteż zaznajemy ciszy i zapachu morza Galilejskiego, brodząc w jego wodach, godzinę, może dwie. Pozwoliliśmy czasowi płynąć, niemal tak doskonale, jak zrobił to Dali.  Nie popłyniemy stateczkiem, nie zjemy piotrowej ryby, będziemy chodzili w wodzie, wsłuchani w opowieść tysiącletniej, szeleszczącej opowieściami oliwki…

Dwanaście pokoleń Izraela, , Tabgha, maj 2014, fot. NoszkaPon
Kościół Prymatu Piotra, tuż nad brzegiem, Tabgha, maj 2014, fot. Paweł Kubisztal

Drzwi kościoła to krakowski akcent. Płaskorzeźbione dłutem Czesława Dźwigaja przedstawiają opowieści o Galilejczyku i jego działalności w okolicy. Miło nam zwiesić oko na rodzimej, krakowskiej produkcji.

Spokojne wody jeziora, wysoki otoczony wzgórzami brzeg, nie pozwalają dostrzec niepokojów toczących tereny za wzgórzami. Nikt z obecnych wówczas nad jeziorem nie przypuszczał chyba, że syryjską ziemię toczył będzie za klika lat robak domowej wojny, który łakomie pożre dziedzictwo Aleppo, zatruje nienawiścią cały syryjski świat. Myślę, że i dziś nikt z obecnych nad brzegiem jeziora nie słyszy, nawet z daleka, konwulsji, jakie wstrząsają raz po raz, tym wiecznie rozognionym bliskowschodnim światem. Niezwykłe to, że to właśnie tej wodzie, tej ziemi ciągle w ogniu, ciągle w walce, przydarzył się człowiek-prorok uosobienie pokoju i miłości. Ruszajmy. Niewycieczkowe przemierzanie świata ma same zalety. Ot pierwsza z brzegu właśnie się nadarza – ruszamy do Kafarnaum, w klimatyzowanym ekspresie z przypadkową 40-osobową grupą rozmodlonych chrześcijańskich Hindusów, ot takie rzeczy na tej ziemi 😉 Barwny tłum porywa nas i wyśpiewuje na nasze powitanie gromkie Alleluja wioząc nas do Kafarnaum.

Karanaum, maj 2014, fot. Paweł Kubisztal
Ruiny „białej synagogi”, Karanaum, maj 2014, fot. Paweł Kubisztal

Czy warto ? Dziś to zaledwie kilka ruin – dom Piotra, nad którym powstał w 1990 roku współczesny kościół, pozostałości najważniejszej w czasach Chrystusa świątyni miasta – białej synagogi z II wieku po Chrystusie, fragmenty murów miejskich. Rozćwiczonej wyobraźni Kfar Nachum pozwoli na błądzenie po dziedzińcach, westybulu, atrium, pośród ścian dawnej bizantyjskiej świątyni, po nieistniejących uliczkach, ogrodach nieistniejącego niegdyś zamożnego portu, na drodze z Mezopotamii do Damaszku. Flawiusz chwalił urodzę i zaradność tego zamożnego, kupieckiego miasteczka. Przewinęły się przez jego mury karawany, tysiące kupców, niezliczone towary. To w tym, dziś opustoszałym miejscu z kilkoma ruinami, kończą wycieczki statki z pielgrzymami, bo miasto mocno związane jest z tradycją chrześcijańską., Właściwie tylko ten aspekt przywabia w uśpione ruiny i niewielki zupełnie współczesny kościół pielgrzymów ożywiając na kilka chwil zmartwiałą osadę. Gdyby sięgnąć do biblijnych historii Nowego Testamentu okaże się, że to tu Jezus dokonał najwięcej cudów, tu usłyszał najwięcej gorzkich słów na temat swojego nauczania, tu miał najwięcej przyjaciół, najczęściej tu bywał i przepowiadał zagładę miastu. Dziś poza miłością archeologów, emocjami obdarzają je pielgrzymi. Miasto co wywyższało się nad niebiosa” zmiotło z powierzchni trzęsienie ziemi. Wracamy pieszo, wędrujemy – to pozwala poczuć, zapamiętać, rozpoznawać. Kolejne galilejskie opowieści – postanowiliśmy rozpoznawać po swojemu. Buszując po polach kukurydzy, wspinając się stromymi stokami, podwożeni przez palestyńskich nastolatków albo przez pilota kanadyjskich linii lotniczych. Tak przebijamy się przez gąszcz znanych wszystkim opowieści. Kilka z nich to osobne, mocno egzotyczne rozdziały, zatem z Galileą na pewno jeszcze się spotkamy.

Brzegi Jeziora Galilejskiego w Kafarnaum, maj 2014, fot. Paweł Kubisztal

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.