Od kilku dni jesteśmy w trójkę w Izraelu. Paweł Edith i ja. Siedzimy teraz u naszej ukochanej Ewy w Tel Avivie i całujemy w policzki cudną Anę, gadamy z Avivem. A zaraz wyjdziemy na rozsłonecznione ulice i piękną miejską plażę, odwiedzimy Jafę i oczywiście wpadniemy na Targ Karmel na doskonały humus. Wirtualnie oczywiście. Ech, niech to szlag…no, bo tak miało być, a tak nie jest. A jest? Humus tylko jest no i tekst, bo trzeba się przedostać przez te deszczowe chmury, przez stalową zasłonę wirusa by poszybować z wizytą do Tel Aviviu, albo… na inne Wzgórze Wiosny.



Humus jemy w trójkę. Nie w Tel Avivie, ale w równie miłych okolicznościach, tym razem przyrody, z rozległym widokiem nie na morze, ale na przestrzenie nieograniczone, połemkowskie. Delektujemy się smakiem Bliskiego Wschodu w otoczeniu tutejszego niebytu wschodniej kultury. Nie słuchamy szumu morza, ale muska nam policzki wiatr, głaszcze uszy jego szum. Nie rozpieszcza nas błękit fal, ale zachwyca wielokrotność odcieni zielonego na okolicznych wzniesieniach, biel tarnin i upojny zapach czeremchy – odurza. To jedyne miejsce z takim koktajlem wrażeń, dostępne na dziś. A ukochane nie tylko dziś. Tu i tam słońce ogrzewa nas równie mocno. Dzięki temu nie jest nam aż tak żal… My już tam byliśmy, na Izraelskim Wzgórzu Wiosny w Tel Avivie, ale Edith ma to jeszcze przed sobą, tak ustaliliśmy, wspólne wrażenia izraelskie ciągle przed naszą trójką, nie zabierzesz nam tego po raz drugi, wirusie!



Ale to i tamto Wzgórze Wiosny to dwa różne światy i nawet smak humusu, zataru i opowieści ich do siebie nie zbliży. Zostawmy zatem przestrzenie naszego tajemnego raju i ruszajmy do Izraela, do Tel Avivu na Targ Karmel w orgię koloru, smaku i pierwszych izraelskich wrażeń. Pomiędzy hałdami grzesznie słodkiej chałwy i oszałamiająco pachnących przyprawy, pomiędzy stosikami Rąk Fatimy /tu zdecydowanie nazywanych hamsami – Rękami Miraim/, górami lśniących bakłażanów i wielkich jak armatnie kule słodkich pomarańczy, a czasem różowej cebuli jest tajne, a na pewno bardzo niepozorne wejście. Pomalowana na błękitno-żółto brama z przeszklonymi skrzydłami, gwiazdami Dawida i napisem po hebrajsku, i jednym najsmaczniejszym słowem , jedynym tu w alfabecie łacińskim – HUMUS. To tu. Najlepszy humus w mieście, najlepsza, jak ją nazwaliśmy, humusownia w mieście. Raj humusowy, oczywiście po izraelskiej stronie wszystkich humusowych rajów! (Ten naj jest bowiem po arabskiej stronie – ojczyźnie humusu). Wszyscy tutejsi znają to miejsce, a nietutejsi, to wtajemniczeni szczęśliwcy, jak my. Niepozorne z zewnątrz, obszerne wewnątrz, skromnie urządzone wnętrze jest oblegane od otwarcia do zamknięcia. Kryje w sobie niezapomniany smak Bliskiego Wschodu. Z oliwą, jajkiem, pietruszką papryka, każdy oczywiście z zatarem, miska za miską , do tego pita, wszystko ciepłe, pachnące świeże, podane z uśmiechem i życzliwym sercem. I także dlatego smakuje wspaniale! Za każdym razem gdy tu jesteśmy – to pozycja obowiązkowa. Możemy już potem nic nie oglądać w Tel Avivie… Nawet gdy to zabrzmi jak obelga dla wszystkich rozkochanych.





był wtedy jeszcze tylko w wyobraźni szaleńców…
Ale przy pierwszej wizycie warto się rozejrzeć. Z Bazaru Karmel właściwie widać miejską plażę. I tę wizytę nad brzegiem lazurowego morza warto wpleść w plan odwiedzenia izraelskiej stolicy. Plaża ciągnie się w nieskończoność i w maju jeszcze nie jest oblegana przez mieszkańców i turystów, jest pusto, gorąco, błękitnie – pięknie. Z jednej strony graniczy z tel avivską „starówką” – czyli dawnym arabskim miastem Yafa, z drugiej, z potężnym portem. W pigułce dostajemy mieszankę orientu z panoramą nowoczesnych drapaczy chmur, palmami i błękitną taflą Morza Śródziemnego. Bardzo lubię to miejsce. Humus wyjątkowo dobrze komponuje się z tą panoramą, tym błękitem, tym bogactwem plażowego ptactwa, które u nas tylko w ZOO i mieszanką ortodoksji z ultranowoczesnością i szeroko zakrojonym liberalizmem, także obyczajowym. To tutaj jest, za każdym razem 😉. Tel-Aviv-Jafa – zdecydowanie do zwiedzania przed Jerozolimą – wtedy zachwyci to niewielkie, urocze, pełne wąskich uliczek i maleńkich ważnych świątyń dawne miasteczko, jeden z najstarszych na świecie portów. Dziś pełno tu sklepików i butików z biżuterią artystyczną i ciuchami vintage, ale i niewielkich sklepików z drogimi markowymi gadżetami. Są i przyprawy i orientalne dywany i zupełnie niearabska wieża zegarowa, nieczynna latarnia i oczywiście słynne pomarańcze z Jafy (szukajcie naklejek z tą nazwą – Jaffa – na pomarańczach- stąd ponoć pochodzą najlepsze, zaczęli je uprawiać Palestyńczycy właśnie w okolicach Jafy), katolicka świątynia meczet i żydowskie modlitewnie – wypisz, wymaluj Izrael w pigułce. Miasto do 1949 roku było samodzielne, po stworzeniu państwa Izrael stało się dzielnicą jego stolicy. Urokiem Jafy jest brak knajp, co za tym idzie brak reklam. Jest to mekka sztuki – galerii, pracowni sklepików. Urocze ceramiczne numery domów, malownicze zakamarki, zatrzymują tu na dłużej. To znakomite preludium do późniejszych wrażeń w Jerozolimie, Akce, Nazarecie… Ach, a wiecie, że nasze Delicje to oryginalnie Jaffa cakes – ciasteczka z galaretką z pomarańczy narodziły się właśnie w palestyńskiej Yafie.



fot. Paweł Kubisztal, maj 2014


Przeciwieństwem Jafy – dumnym obliczem Tel Avivu jest bauhausowy szał czyli Białe Miasto. Dzielnica z 4 tysiącami budynków wzniesionych w latach 30. XX wieku przez żydowskich architektów – uciekinierów spod noża niemieckiego nazizmu. Stworzyli w Tel Avivie – stolicy swojej nowej ojczyzny absolutnie fantastyczny, piękny, elegancki kwartał na wzór miasta ogrodu, według założeń Bauhausu i szkoły Le Corbusiera. Budynki jak morskie okręty, tną przestrzenie, miękkie kontury i znakomite proporcje są ucztą dla miłośników architektury tego okresu. Historie dzielnicy można poznać w Muzeum Bauhausu przy ulicy Bialik, ale tak naprawdę najlepiej tę część Tel Aivivu przewędrować, zadzierając głowę do góry i w zachwycie rozglądać się na boki. Białe Miasto naprawdę jest białe, rozległe, przestronne, szykowne i w 2003 roku wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Jeśli ktoś ma chęć nieprzepartą dowiedzieć się co nieco o początkach państwa Izrael i poznać pierwszego premiera – czyli patrona stołecznego lotniska – niejakiego Ben Guriona, to jest ku temu okazja w domu Ben Guriona. Miejsce anonsuje pan w kapelutku na koniu – jakoby jeździec zdobywca tych ziem od zawsze palestyńskich, a dla mnie bardziej jak romantyczny Don Kichot. To właśnie sam Ben Gurion. Niewielu tu turystów, głównie miejscowi, uczniowie szkół, którym rozemocjonowani muzealnicy objaśniają dlaczego tak, a nie inaczej jest w ich kraju.



Tel Aviv to oczywiście tysiące uroczych restauracyjek, knajpek, miejsc do przybywania i prowadzenia bogatego życia nocnego, to muzea, i galerie, ale Izrael jakiego szukamy zaczyna się za granicami tej stolicy… Wciągamy zatem zapach usłanej mleczem łąki, kwitnącej czeremchy, dzikiej jabłoni i tutejszej mięty i ruszamy zaglądać łemkowskim chyżom w oczy okien czyli w duszę. Taki mamy Tel Aviv na dziś. Takie Wzgórze Wiosny. Z innym zobaczymy się jak miną …..demie… wszelkie…. Jesteśmy na to umówieni z Edtih 😉

