Idę plantami, pusto, przede mną tunel zieloności, no nijak inaczej nie mogę nazwać tego pięknego, corocznego widoku krakowskich Plant, począwszy od maja, aż do jesieni. No, istny tunel zieleni. Od pewnego jednak czasu, tę plantową zieloność, w której nurzam się, kojarzę z pewnym szałowym miejscem, w pewnym, sąsiednim kraju. Tunel Miłości – czy to nie brzmi jak tytuł taniego romansu lub brazylijskiej telenoweli? I dlaczego planty z tą zielonością z Tunelem Miłości łączę?… Nie to nie jest efekt powirusowego pomieszania zmysłów. To konsekwentny – ciąg skojarzeń, uparcie tłoczący się w mojej głowie,od zeszłych wakacji, za każdą plantową wizytą.

To nadzwyczajnie urocze i przedziwne miejsce dopadło nas po raz pierwszy na którymś z europejskich lotnisk… Nie pamiętam dokładnie kiedy i na którym, ale na pewno było to lotnisko. Te wielkie banery reklamujące niezwykłe miejsca rozciągnięte na ścianach lotnisk jak nadciągające spełnienia marzeń… to było właśnie jedno z nich. Ogromny seledynowy młodą buczyną niekończący się tunel – dosłownie. Otchłań zieleni z dwoma świetlistymi oknami przy wejściu i wyjściu. Na dole tory kolejowe i od nich łukowato, zgrabnie wycięty łuk tunelu. Natura, czy nie natura? Pod fotografią, która z magnetyczną siłą przyciągnęła nas na kilka chwil, nic nie mówiąca nam nazwa – Klewań, Ukraine… Napadła na nas ta zieloność, więc zapisaliśmy nazwę z zamiarem odszukania, czy takie miejsce w ogóle istnieje, czy to zgrabny fotomontaż, czy dzieło natury, czy biegłe oko fotografia objęło jakiś wyimek przestrzeni, nieco zakłamując szerszy kontekst sprawy…. Ale, że było to lotnisko innego miejsca i widziadło pokazało się w hali przylotów, na początku przygody, wkrótce zapomnieliśmy. Zieloność tunelowa pojawiła się w podsumowaniu wyjazdu, podczas oglądania zdjęć. No, to gdzie ten tunel? Co to ten Klewań? Przepastne internety spowodowały, ze poznaliśmy prawdziwą nazwę miejsca i zeznania, że miejsce istnieje i nie różni się od czarodziejskiej, lotniskowej fotografii. No jasne, że jedziemy. I tak Ukraina była tego lata w planach. Na Wołyniu – tym lepiej, Wołyń też był przecież w planach tego lata….

Klewań oprócz Tunelu Kochania – jak nazywają go Ukraińcy, nie ma nic…. Zielona tuba, którą nieregularnie, czasem raz, a czasem kilka razy dziennie, przetacza swe cielsko niewielkia towarowa elektryczka z drewnem do pobliskiej fabryki, jest najsilniejszym tutejszym magnesem. I jedynym. Miejsce znane jest co najmniej w promieniu 100 kilometrów i nikogo w marszrutkach, autobusach i w stopie nie dziwi pytanie o Tunel Kochania. Jak się dostać (bo to trzeba zobaczyć), gdzie ten tunel i skąd się wziął?


Zrobił się sam. Wyrzeźbiła go wspomniana elektriczka, która kiedyś jeździła tędy częściej, choć podobnie jak dziś pomiędzy wołyńskim Klewaniem, a Okrzewem. Trzykilometrowy zielony odcinek był od dawna ulubionym miejscem spacerów zakochanych, stąd jego nazwa. Miejsce zostało okrzyknięte jednym z najbardziej romantycznych na świecie. Najlepiej przyjechać tu autobusem relacji Łuck-Równe. Trzeba spytać kierowcę o Tunel Miłości i wysiąść na przystanku Klewań przed skrzyżowaniem dróg. Opodal są dwa niewielkie sklepy i piękny niegdy okazały niegdyś, dziś w kompletnej ruinie, kościół rzymskokatolicki fundacji Czartoryskich, w którym w czasie Rzezi Wołyńskiej przez pół roku, co noc chronili się przed Ukraińcami Polacy. Do centrum Klewania, skąd wędruje się do Tunelu jeździ inny busik – marszrutka, trzeba spytać kierowcę lub kogoś na przystanku znów o ten Tunel – zapewniamy nikt się nie zdziwi, a raczej życzliwie się uśmiechnie i pokieruje. Z przystanku w centrum Klewania to jeszcze jakiś kilometr dwa piechotą.
Miejsce rzeczywiście wygląda niewiarygodnie, szczególnie gdy ma się szczęście przybyć tam o słonecznym, wiosennym poranku, gdy seledynowe, nasączone słońcem liście tworzą obraz baśniowej krainy. Nierzeczywistej. Faktem jest, że miejsce pokochali zakochani, od 2014 roku szczególnie z Japonii! Bowiem w 2014 tunel umieścił w swoim filmie japoński reżyser Akiyoshi Imazeki. A film pokazał na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Hanoi. Odtąd miłosne zaklęcia słychać tu głównie po japońsku. My byliśmy tu popołudniu, w lipcu, drzewa miały już kolor nasyconej zieleni, i miliony, dosłownie miliony komarów. Bo z obu stron nasypu są bagna. Kto nie miał środka anty lub nie miał czym okryć ramion i nóg, był po wniknięciu w ten tunel w mało romantycznym nastroju. Komary zleciały się na te tunelowe bagniska chyba z całej Ukrainy. A sprytne i przedsiębiorcze babcie z Klewania przed wejściem w ocean zieloności sprzedawały środki przeciwkomarowe za podwójną cenę. I co, nie kupisz? Kupisz!


Miejsce jest zagospodarowane – jest tu kawiarenka, całkiem dobrze wyglądająca, automat z lodami ;-), parking, informacja i uwaga, uwaga – rodzaj pałacyku ślubów z hotelikiem. Tak się robi biznes na miłości. I oczywiście mnóstwo zakochanych – z całego świata, a najwięcej właśnie z wspomnianej Japonii. Na szczęście komary podczas naszej wizyty przegnały wiele par i tunel mieliśmy dla siebie. No, prawie. Nie wierzyłam bowiem w pewnej chwili własnym oczom Na środku tego trzykilometrowego odcinka, torów ukrytych w zieleni, pomiędzy buczynami i raz po raz wyłaniającymi się z zieloności bezdomnymi , przyjaznymi psami, stał pięknie zastawiony stolik, pełen świec, kadzidełek, kwiatów….

Przy stole siedzieli ona i on patrzący sobie głęboko w oczy, do tego stopnia, że na ich talerzach rozpływały się cudownie fuksjowe lody truskawkowe, mieszając się z aromatyczna, topniejącą w lipcowym upalnym popołudniu, czekoladą. Zaręczyny. W Tunelu Miłości. No co, nie po brazylijsku? Nie jak w Harlekinach? Hę? A to się działo naprawdę. W absolutnie romantyczny, choć przemyślany, zorganizowany sposób, bez komarów, choć nie bez świadków. No, to zrobiło na nas wrażenie! Minęliśmy tę bańkę szczęścia cichutko obchodząc stolik, ale ciekawsko zerkając w stronę czerwonego pudełeczka w kształcie serca, czy już po, czy jeszcze przed. I zniknęliśmy – mamy nadzieję bezszelestni -e wraz z czworonożnym przyjacielem, zabierając ze sobą choć opary szczęścia unoszącego się wokół głów tej dwójki przy tym zaręczynowym stoliku. Jak w teatrze było. Taka fantazja wołyńska. Tunelu – ze względu na romantyczny stolik nie przeszliśmy do końca, zresztą było już późno, a żeby doświadczyć niezwykłości tego miejsca, nie trzeba pokonywać całego. I co? Powiem, że warto. To absurdalne i jednocześnie przesympatyczne miejsce. Będąc w drodze, po drodze, zdecydowanie trzeba skręcić do Klewania. Wraca się tak, jak się przyjechało, marszrutką do skrzyżowania, a potem na przykład do Łucka. I najlepiej od razu na lody 😉

