Taki kadr rozpocznie tę opowieść. Gigantyczny grecki bóg sięga swą gigantyczną dłonią po cnotę niewzruszenie tkwiącej w srebrnej sukni dziewicy. Pomiędzy nimi niefrasobliwie wsunęło sie Hello Kitty, ale to nic nie znaczący szczegół podkreślający koloryt tej sceny. Akcja dzieje się na Piazza Duomo na wyspie Ortygia w sycylijskich Syrakuzach. Za chwilę znaczenie tej sceny stanie się jasne.

Dziewica to święta Łucja, w chwili przenoszenia jej srebrnej figury i jej relikwii z jednej świątyni do drugiej. Syrakuzy mają swoją bohaterkę, królową, ulubienicę i jest nią własnie Łucja. Włoskie Bari czci Mikołaja w maju, sycylijskie Syrakuzy grudniową patronkę Szwecji obnoszą po mieście w kwietniu. Włosi tak mają, po swojemu, albo… zgodnie z tradycją, co kto woli. Te Syrakuzy, co to dziś do nich ruszymy, to przedziwne miejsce. Dziewice wolą śmierć od miłości pięknych bogatych lub słynnych młodzieńców, uczeni kąpiąc się w wannie zmieniają świat okrzykiem „Eureka”, a filozofowie patrząc śmierci w oczy rozwiązują spokojnie problem koła. W dodatku w samym sercu starego miasta można przy filiżance kawy czytać po polsku polskie powieści w kawiarni która nazywa się Sopot. Dziś 13 grudnia, świętej Łucji. W Szwecji dziewice w wiankach ze świec na głowie śpiewają piosenki i podają rodzicom bułeczki na śniadanie, A w moich uszach brzmią bębny i trąby, idzie procesja, ale to nie jest w Szwecji….

Św. Łucja to ta, która w jednej ręce trzyma misę z wyłupanymi oczami (swoimi), a w drugiej liść palmy – symbol męczeństwa, lub miecz. Dlaczego jest patronką Szwecji skoro żyła i umarła w sycylijskich Syrakuzach? Historia tego kultu jest skomplikowana i łączy ze sobą wątki pogańskie i chrześcijańskie. Fakt, ze 13 grudnia, któremu patronuje św. Łucja, to jedno z ulubionych świąt Szwedów, i jeden z najważniejszych dni w roku, co biorąc pod uwagę status Szwecji – jako jednego z najbardziej zlaicyzowanych krajów Europy jest urocze i poniekąd wzruszające. Święta dziewica, ma odganiać światło mroku– stąd jej korona ze świec, wszak 13 grudnia „zatrzymuje” słońce – dzień i noc zatrzymują się w walce o dominację. 25 grudnia tę walkę zaczyna wygrywać dzień. Święta Łucja, jak mawia się i u nas dnia przyrzuca, wszystko zatem łączy się w jedną kulturową wspólną europejską opowieść.

Co z Syrakuzami zatem? Wiadomo słoneczne, egzotyczne i pełne zdarzeń. W tej największej greckiej kolonii starożytnego świata urodził się, pracował i w ich obronie zginął Archimedes, tworzył Pindar, bywał Platon, a wielki Ajschylos najprawdopodobniej napisał tu dwa swoje wielkie dramaty. Bywał jak wiemy z Legendy 7 mórz niejaki Sindbad Żeglarz. O tym jednym z najpotężniejszych miast ówczesnego świata, największym greckim rywalu Aten, mawiał Cyceron, że nawet zimą nie ma tu dnia bez słońca. O tak miał rację. Bo kwietniowo-majowe Syrakuzy powitały nas nieskazitelnym błękitem nieba, niemal lipcowym promieniem słońca i procesją ku czci św. Łucji. Tak, jak Mikołaj w Bari, tak w Syrakuzach niepodzielnie króluje i rządzi Łucja. Tu się urodziła i żyła za czasów cesarza Dioklecjana w latach 286-304. Ponoć pochodziła z bogatej rodziny. Legenda mówi, że miała piękne, duże oczy, w których kochał się każdy kto Łucję zobaczył. Rodzina przeznaczyła więc piękną dziewicę bogatemu młodzieńcowi. Ta, będąc już wówczas chrześcijanką i nie chcąc dzielić życia z poganinem odmówiła zamążpójścia, za co miała zostać została zamknięta w domu publicznym. Jednak woły ciągnące wóz nie ruszały z miejsca. Wtrącono ją zatem do więzienia, gdzie, aby uchronić się od hańby, oszpeciła się, wydłubując sobie te swoje piękne oczy. Dlatego w ikonografii przedstawiana jest jako dziewczyna trzymająca w dłoni miskę z gałkami ocznymi. Nie imał się jej ogień, którym chciano ją zabić, zginęłą od ciosu mieczem, stąd sycylijska figura świętej ma szyję przebitą sztyletem. Łucję pochowano początkowo w tutejszych katakumbach, dziś jednak jej grób znajduje się w Wenecji, skąd do Syrakuz przypłynęły relikwie. Przechowywane w ogromnej srebrnej szkatule w jednej z kaplic katedry.

Historia samych Syrakuz sięga roku 734 p. n. Założyli je Koryntianie. Źródła słodkiej, wody, żyzna ziemia i naturalny port wróżyły miejscu przyszłość, a wyspa Ortygia czyli „Przepiórka” dawała możliwość stworzenia warowni broniącej miasto przed najazdami jak pokazała historia Greków, Etrusków, Kartagińczyków. Miasto założone przez mieszkańców Koryntu wyrosło pod bokiem Grecji na potęgę militarną, gospodarczą, artystyczną i polityczną, na najpotężniejszą grecką kolonię na Sycylii. Tłuste lata zakończyła inwazja Rzymian, którzy po trwającym ponad 2 lata oblężeniu zdobyli Syrakuzy i uczynili z miasta stolicę nowej rzymskiej kolonii – Sycylii. Dziś tak naprawdę liczą się tu tylko świadkowie tej dawnej potęgi miasta czyli wyspa Ortygia, która od 2700. lat jest bijącym, zabytkowym sercem Syrakuz i Parco Archeologico – teren wykopalisk, a w nim jeden z największych teatrów antycznego świata. Tam ponoć właśnie, stojący ze śmiertelnym mieczem Rzymianin pragnący ujrzeć hańbę poddania się greckiego uczonego usłyszał od zajętego problemem geometrycznym Archimedesa słynne „Nie niszczcie moich kół!” i potem go zamordował. Współczesna część miasta – odbudowana po przejściach II wojny światowej rozczarowuje, dlatego zostawiamy współczesność przyszłości i groblą (jedną z dwóch) – mostem Nuovo, który łączy wyspę z miastem stajemy oko w oko z Ortygią.

Zastaliśmy stare miasto nieco wyludnione. Niby to normalne, jesteśmy tu przed sezonem, ale jednak coś tu nie grało, a raczej coś właśnie grało, na dziwnie wtedy opustoszałych ulicach. Głos bębnów, trąb i śpiewów dochodził raz po raz spomiędzy krętych uliczek i naglę znikał. Urocza Ortygia przywabiła nas ruinami słynnej, najstarszej na Sycylii doryckiej świątyni wzniesionej ok. 565 roku p. n. e., obecnością katedry o pogańskim rodowodzie, i świętą Łucją, której kult wypłynął w świat i zakotwiczył daleko na północy Europy. Ruszamy zatem na Piazza Pancali, gdzie rozgościła się ta poświęcona Apollonowi bądź Artemidzie grecka budowla. Opodal w nieco sennej, niedzielnej atmosferze poranka rozbrzmiewają pokrzykiwania sprzedawców ryb i owoców morza, których w ciągu tygodnia jest tutaj niezliczona ilość. Nie jednak pokrzykiwania sprzedawców ani o zgrozo nie świadectwo istnienia najstarszej doryckiej świątyni zaprzątnęło naszą uwagę tego poranka, a dochodzący z wielu stron głos bębnów, trąb i raz po raz przemykający ze sztandarem, w pośpiechu zdążający gdzieś mieszkaniec. Zagadka wyjaśniła się właśnie na Piazza Duomo, na którym niepodzielnie panuje barokowa katedra, pierwotnie świątynia Ateny – jedyna budowla ocalała z szeregu innych, które zdobiły tę cześć wyspy od ponad 2,5 tys. lat. To tutaj dziś zgromadzili się mieszkańcy Ortygii i większość mieszkańców Syrakuz.

Gwarny, kolorowy tłum omawiał wspólnie, jak to we Włoszech, scenariusz procesji relikwii i naturalnej wielkości srebrnej figury św. Łucji, które wśród oklasków, okrzyków i radosnej muzyki są niesione do znajdującego się tuż obok kościoła św. Łucji. Uczestnicy procesji są ubrani w historyczne, piękne kostiumy, którymi reprezentują burzliwą historię miasta. Powiewają proporce. Łut szczęścia sprawił, że całe to religijno-miejskie zamieszanie oglądaliśmy wraz z ekipą RAI UNO z balkonu urzędowej sali miejskiej. No i było na co popatrzeć, bo próby i przygotowania trwały ponad trzy godziny. I było co podziwiać, bo wśród tlumu na Placu Katedralnym utonął nieomal zalany już i tak betonem, gigantycznych rozmiarów bóg lub heros. Zapewne grecki. a może rzymski. W każdym razie próbował bezsilnie swoje srebrne jak figura świętej, ciało wydobyć z kleszczy ziemi. Trochę jak krzycząca antyczna historia tego miasta, a trochę jak ten odrzucony przez dziewicę Łucję młodzian, który grożącą ręką jeszcze próbuje jej dosięgnąć. Tłum otacza go, jednak nie on jest głównym bohaterem dnia, czy to go tak złości? To może jego złości i zemście zawdzięczamy małego, złosliwego wirusa, który spowodował, że teraz to nikt nie może się cieszyć świętem, wspólnotą? Tłum nie może oklaskiwać tej upartej dziewczyny w jej srebrnej sukni i jej wyłupionych oczu? Przedziwna konstelacja sił artsytyczno-religijnych przytrafiła się nam w ten majowy dzień na Piazza Duomo. Procesja ciągle się nie rozpoczęła. Tym razem konie nabrudziły i trzeba było poczekać na samochód i ekipę sprzątaczy. To trwa, samochód przebija się przez tłum.
W międzyczasie zerknęliśmy do katedry. Starożytnych ozdób świątyni nie oszczędził ani czas ani barbarzyństwo Rzymian. Sama budowla ocalała dzięki przekształceniu jej w 640 roku w miejską katedrę. W jej fasadzie zachowała się niewielka, oflankowana część normańskich murów. Resztę, zniszczoną w XVII w. podczas trzęsienia ziemi zastąpił – co charakterystyczne dla Sycylii – barok.

Z barokową fasadą kontrastuje wnętrze świątyni, w którym w latach 20. XX w. usunięto barokowy wystrój, a częściowo odsłonięto pierwotny wygląd pogańskiej greckiej świątyni. Tak więc w północnej części katedry dostrzeżemy nienarzucające się przy pierwszym spojrzeniu masywne doryckie kolumny. Uderzające jest to połączenie starożytnego profanum nieco wstydliwie, służebnie podtrzymującego fasadę katolickiego sacrum, w którym grecka urna grobowa z V w. p.n. e. pełni funkcję chrzcielnicy.

A tam na zewnątrz nadal trwają próby – porządkowanie, ustawianie, wyznaczanie ról trwają w nieskończoność. Bardzo to włoskie, wszak pochód co roku wygląda tak samo i można przewidzieć jak to może wyglądać, ale przecież odrobinę zamieszania jeszcze nikomu w tej części świata nie zaszkodziło. To dodaje całej sytuacji wagi! Myli się jednak ten, który myśli, ze uroczystość m charakter barwnego, głośnego, jarmarcznego rozgardiaszu. Mieszkańcy Syrakuz darzą swoją świętą niezwykłym szacunkiem. Darmo szukać w mieście plastikowych, czy choćby ceramicznych figurek, obrazków, różańców, kubków z wizerunkiem świętej. Taka powściągliwość wyróżniająca kult Łucji pośród innych mogła się zdarzyć tylko w mieście, w których dawno temu panowała starożytna grecka elegancja… Szczególnej precyzji wymaga podczas tej procesji podnoszenie srebrnej arcyciężkiej figury świętej wykonanej ze srebra, stojącej na wielkim, srebrnym relikwiarzu. Dźwiga ją około 20-30 mężnych sycylijczyków, w zielonych czapeczkach, w garniturach. Podnoszą figurę na dźwięk dzwonka i po kilku krokach figurę opuszczają. W taki sposób procesja trwa tak długo, aż wszyscy nacieszą się widokiem relikwii, oddadzą jej cześć, a turystyczni gapie nasycą oczy barwnością i skomplikowaniem towarzyszących procesji rytuałów.
Ciekawe, jak dziś w czasie wirusowym, izolacyjnym, zdystansowanym, maseczkowym świętuje się z Łucją? Co z radosnym, rozmodlonym tłumem? Jak Łucja przechodzi z kościoła do kościoła, gdy zabronione są spotkania? Co robią Sycylijczycy, aby mogła się przemieścić figura, do któej przeniesienia potrzeba ponad trzydziestu chłopa idącego z sarkofagiem i figurą ramię w ramię? Nie wiem, pewnie procesji nie ma…



Innym znakiem firmowym Ortygii, skupiającym turystów jest słynne Fonte Aretuza – Źródło Aretuzy – osłonięta papirusem kamienna śluza jak pisał o tym miejscu Jarosław Iwaszkiewicz. Bijące tuż przy brzegu słonego morza źródło wody słodkiej było jednym z powodów, dla którego przybysze z Koryntu zasiedlili Ortygię. Decyzja była słuszna – źródło wielokrotnie ratowało życie oblężonych przez najeźdźców mieszkańców Syrakuz. Tak źródło jaki i jego nazwa związana jest z mitem o jednej z nimf z orszaku Artemidy – Aretuzie, do której zapałał gorącą namiętnością bóg rzeki Alfejos. Pragnąca zachować cnotę nimfa uciekła na sycylijską Ortygię, gdzie zamieniła się w źródło. Ciągle w tych Syrakuzach dziewice uciekają od męskiego przeznaczenia. Alfejos nie kazał na siebie długo czekać. Połączył swe wody z wodami źródlanej nimfy. Źródło porośnięte pełnym wdzięku papirusem było tematem twórczości Pindara i Wergiliusza. Jego uroda i historia zainspirowała Karola Szymanowskiego, pisał o nim Jarosław Iwaszkiewicz w swoich „Sonetach sycylijskich”:
Jęk czarnych papirusów u kamiennej śluzy,
Szelest usłyszysz cichy drzemnej, wodnej głębi
I przez senne gruchanie uśpionych gołębi,
W nocy, kiedy nad źródłem staniesz Aretuzy.
Kamienna studnia wokół której gromadzi się każdego dnia wielojęzyczny tłum łączy turystów z miejscowymi i jest początkiem lub końcem sławnej włoskiej wieczornej passegiaty jednym z najbardziej malowniczych bulwarów na Ortygii – Foro Vittorio Emanuelle II.

Ci którzy przechadzkę zaczęli od Źródła Aretuzy zapewne ukończą ją pośród murów XII -wiecznego Castello Maniace, twierdzy wybudowanej na cześć Georga Maniakesa – wybawcy Syrakuz spod arabskiego panowania w 1038 roku. Forteczne wnętrza często służą międzynarodowym konferencjom, zjazdom. Z murów warowni rozciąga się wspaniały widok na wybrzeże i błękitną toń Morza Tyrreńskiego. Pełni wrażeń i nie ukrywajmy, zmęczeni szukamy miejsca, które pozwoli zebrać myśli i siły. Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu, a wreszcie radości mijamy z niedowierzaniem kawiarnię o niezwykle egzotycznie brzmiącej tu nazwie. SOPOT CAFFÈ! Przemiłe spotkanie z polską mową, z fotografiami znad chłodniejszego Bałtyku, najprawdziwszą na świecie herbatą z cytryną i niezwykle sympatyczną właścicielką – rodem z Gdańska, która wśród sycylijczyków krzewi wiedzę o kraju z „dalekiej północy”. Tak więc popijając kawę czy herbatę można poczytać Sienkiewicza, Prusa, Iwaszkiewicza czy Miłosza – w oryginale! Oglądnąć albumy także o Krakowie, poznać kraj, z którego pochodzi urocza właścicielka. Będąc w Syrakuzach nie omińcie SOPOT CAFFÈ przy Via Maniace. Właścicielka tęskni i wita z uśmiechem. Zanim ruszymy dalej skuszeni błękitem morza, ciepłem nadbrzeżnych kamieni w otoczeniu koszulek, kubków i talerzy z nadrukiem sycylijskiego Il Padrino, nie wypatrując wroga z dziwnym jednak uczuciem wpatrujemy się w morską dal… Mija czas… Nagle, na horyzoncie bieleją żagle, a ulicą biegnie nagi człowiek krzycząc szaleńczo „Eureka”!
